Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wcierka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wcierka. Pokaż wszystkie posty
[539.] Aktualna pielęgnacja włosów

[539.] Aktualna pielęgnacja włosów

Ostatnią aktualizację włosową pokazywałam Wam początkiem czerwca - od tamtego czasu troszkę zmodyfikowałam pielęgnację, ponieważ zaczął pojawiać się u mnie problem wypadania włosów. Poza tym na rynku pojawiło się kilka nowości, które chciałam wypróbować!


Regenerujący żel do twarzy, ciała i włosów Aloesove

Pielęgnację włosów zawsze rozpoczynam od olejowania. Jednak zauważyłam, że moje włosy są znacznie lepiej wyglądają po olejowaniu na humektant. Są wtedy wygładzone, ale nie strączkują, zachowują objętość - bardzo dobrze spisuje się u mnie kwas hialuronowy i gliceryna, ale tym razem postanowiłam wypróbować żel aloesowy - zwłaszcza, że Sylveco wypuściło aż 3 nowe serie, w tym czysty żel aloesowy Aloesove! 

W poście dotyczącym żeli aloesowych dostępnych na Polskim rynku przybliżałam Wam kilka pozycji i gdy pisałam tamto porównanie, najładniejszy skład miał żel Equilibra oraz Organic Heaven. Żelu Equilibra zużyłam kilka opakowań (zarówno do włosów, twarzy jak i ciała) jednak w pewnym momencie zaczął podrażniać moją skórę. Jednocześnie mogłam stosować inne kosmetyki z aloesem, np. lekki krem brzozowy Sylveco. Problem dotyczył ewidentnie żelu Equilibra i co więcej - na grupach facebookowych poświęconych naturalnej pielęgnacji zaczęłam natrafiać na informacje, że u coraz większej rzeszy osób pojawia się owy problem. Postanowiłam poszukać przyczyny problemu na własną rękę - pod względem mikrobiologicznym jak i pH nie znalazłam żadnych niepokojących zmian. Co więc mogło się wydarzyć? Być może Producent zdecydował się pozyskiwać aloes z tańszego źródła, co odbiło się na jakości - musicie wiedzieć, że aloes można pozyskiwać w dwojaki sposób: z samego wnętrza liścia (samego soku) lub z całego (a więc ścianek liścia jak i wnętrza- soku). To właśnie w ściankach liścia aloesu znajdują się substancje, na które wiele osób ma uczulenie. Stosowanie lepszej jakości ekstraktu z aloesu, pozyskanego z samego wnętrza (miąższu) liścia bardzo rzadko wywołuje podrażnienia. Niestety po samym składzie INCI nie da się wywnioskować, jaki rodzaj aloesu został użyty w kosmetyku, dlatego nie mam pewności, czy faktycznie to jest powodem zmiany reakcji mojej skóry na ten dobrze znany mi kosmetyk - jednak nic innego nie przychodzi mi do głowy. Dodam, że problem z podrażnieniem po aloesie pojawił się nie w trakcie stosowania już otwartej tubki, tylko po zakupie nowej, z nowszej partii. Po tej sytuacji odpuściłam stosowanie żelu aloesowego na rzecz innych humektantów. Natomiast żel Aloesove ma sok aloesowy jakości farmaceutycznej, dlatego postanowiłam go wypróbować - nie zawiodłam się! Żel wykorzystuję z powodzeniem na skórę (na ciało na zadrapania czy otarcia czy twarz w ramach humektantowego serum) i włosy.

Powróćmy więc do wykorzystania tego produktu do włosów - żel aloesowy w opozycji do wcześniej wykorzystywanej gliceryny, nie obciąża nadmiernie włosów. Gliceryna mocno nawilża i nabłyszcza włosy jednak również mocno je wygładza, wręcz lekko obciąża, chociaż nie daje efektu strączkowania (w końcu to humektant a nie emolient) - zdecydowanie byłaby lepszym wyborem dla włosów wysokoporowatych, z tendencją do puszenia. Natomiast żel aloesowy sprawia, że włosy zachowują swoją lekkość. Jednocześnie stają się mocno nawilżone, sprężyste oraz pięknie lśniące!

Czy żel aloesowy można stosować jako serum do wygładzania końcówek lub żel do wygniatania loków?

Można, ale należy zachować ostrożność - żel aloesowy to humektant, więc pod wpływem niekorzystnych warunków atmosferycznych będzie wyciągał nawilżenie z włosa zamiast je wiązać a tym samym będzie potęgować puszenie się włosów. Więcej na ten temat pisałam w artykule poświęconym pielęgnacji PEH włosów. Reakcja włosów na żel aloesowy zastosowany solo może również zależeć od naszych włosów - aktualnie moje niskoporowate włosy całkiem dobrze na niego reagują, gdy stosuję go do wygniecenia końcówek włosów w lekkie loki jednak gdy miałam włosy wysokoporowate nie było opcji, żeby po takim zastosowaniu włosy wyglądały dobrze. Przede wszystkim obserwuje reakcje swoich kosmyków!

INCI:
Aqua, Glycerin, Propanediol, Panthenol, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Ginkgo Biloba Leaf Extract, Hydroxyethylcelulose, Sodium Alginate, Allantoin, Lavandula Angustifolia Oil, Citrus Aurantium Dulcis Oil, Pelargonium Graveolens Oil, Rosmarinus Officinalis Oil, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Limonene, Linalool, Citronellol, Geraniol

Cena: ok. 26 zł / 250 ml
Link do sklepu


Oliwka dla dzieci Anthyllis Baby


Skoro opowiedziałam Wam już o podkładzie pod olejowanie, to czas pochwalić się, co stosuję do olejowania włosów - a jest to oliwka Anthyllis, która już kiedyś gościła na blogu. Moje włosy bardzo lubią mieszanki olejów i sądzę, że dlatego ta oliwka tak bardzo im spasowała! Wraz z połączeniem z żelem aloesowym tworzą duet idealny, dzięki któremu mam pewność, że włosy będą dobrze wyglądać już po samym umyciu, bez jakiejkolwiek stylizacji. Oliwka ta jest na bazie oleju sojowego, więc muszę kiedyś wypróbować go solo. Kiedyś stosowałam na włosy oliwkę Sylveco (również na bazie oleju sojowego) i także bardzo dobrze ją wspominam. Chociaż wciąż nie uzyskałam aż tak dobrego efekt jak po oleju kokosowym.

INCI:
Glycine Soja Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Helianthus Annuus  Seed Oil, Parfum, Tocopheryl Acetate, Tocopherol, Limonene, Linalool

Cena: ok. 24 zł za 100 ml


Łagodzący peeling do skóry głowy Vianek

Raz na dwa tygodnie wykonuję peeling do skóry głowy - tym razem zdecydowałam się na Vianek i już od otwarcia wieczka urzekł mnie niesamowicie przyjemnym, pudrowym aromatem! Peeling złuszcza zarówno mechanicznie (zawiera cukier) jak i chemicznie (kwas salicylowy).

By ułatwić sobie poprawną aplikację produktu na skórę głowy (jest to istotne, by nie trzeć drobinkami po włosach, ponieważ w ten sposób można je uszkodzić i sprawić, że będą bardziej łamliwe), spłukuję włosy głową w dół - w ten sposób dzięki grawitacji mam ułatwiony dostęp do skalpu. Aplikuję dokładnie produkt na całej powierzchni skóry głowy (łatwiej nakładać go w mniejszej ilości w kilku partiach niż na raz nałożyć większą ilość i próbować rozsmarować na skórze głowy) po czym wykonuję krótki masaż. Po skończeniu pozostawiam produkt jeszcze na pół minuty na skórze głowy, po czym spłukuję dokładnie peeling i przechodzę do mycia głowy.

Po takim zabiegu skóra głowy jest odświeżona, mniej się przetłuszcza a włosy pozostają pięknie uniesione od nasady. Stosuję produkt ostrożnie, ze względu na dodatek kwasu jednak jak pisałam Wam już w części IV Kompendium Wiedzy o Złuszczaniu Naskórka - peelingi kwasowe są ciekawą opcją w przypadku skóry głowy:

Kompendium Wiedzy o Złuszczaniu Naskórka cz. IV - peelingi skóry głowy

INCI:
Vitis Vinifera Seed Oil, Sucrose, Helianthus Annus Seed Oil, Glyceryl Stearate, Cocos Nucifera Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Glyceryl Laurate, Salicylic Acid, Hydroxystearic Acid, Tocopheryl Acetate, Citrus Limonum Peel Oil, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Parfum, Limonene, Citral

Cena: 23 zł / 150 ml
Link do sklepu


Szampon - aktywator wzrostu włosów Beluga, Natura Siberica form Men


Jak wspomniałam na wstępie - ostatnio mam problem z nasilonym wypadaniem włosów. Nie pamiętam, kiedy ostatnio włosy wypadały mi aż w takiej ilości, dlatego postanowiłam skupić pielęgnację na wzmocnieniu cebulek. Akurat natrafiłam na promocję na szampon Beluga, który gościł na blogu ładnych kilka lat temu i bardzo dobrze się u mnie sprawdzał. Bardzo lubię serię kosmetyków Natura Siberica for Men, za każdym razem zachwycają mnie składem, działaniem, zapachem i cieszącą oko szatą graficzną. 

I tym razem nie zawiodłam się na tym szamponie! Jest delikatny dla skóry (właściwości myjące zapewnia izetionian, anionowy środek powierzchniowo-czynny, ale łagodny dla skóry o czym pisałam Wam w porównaniu substancji myjących stosowanych w kosmetykach) a jednocześnie skutecznie oczyszcza. Chociaż jest to szampon dla mężczyzn, bardzo dobrze spisuje się na długich włosach - ułatwia ich rozczesywanie, wzmacnia, dodaje blasku, ale odrobinkę puszy włosy co zobaczycie na zdjęciu poniżej. Z substancji wzmacniających cebulki znajdziemy taurynę, ekstrakt z kawioru bieługi i łopianu.

Jedynym, drobnym minusem tego szamponu jest sól - może ona wysuszać włosy, dlatego należy zwracać uwagę, czy szampon ten pasuje naszym włosom!

Cena: ok. 18 zł / 250 ml

Link do sklepu


Szampony mocniej oczyszczające - White Agafia

Szampony na bazie SCS, dlatego wykorzystuję je do sporadycznego, mocniejszego oczyszczenia włosów. Stosowane systematycznie jako jedyny szampon niestety wzmagają u mnie swędzenie skóry głowy co jest sygnałem, że jest ona bardziej sucha. Osobiście odradzam stosowanie jedynie szamponów z SCS, ponieważ jest to silna substancja myjąca, jednak należy mieć na uwadze potrzeby naszych włosów - ważne, by nie przesadzać z mocnym oczyszczaniem skóry głowy i nie spowodować nasilenia łojotoku.

"Naturalny" SLS - Sodium Coco-Sulfate (SCS)
 Porównanie siły substancji myjących stosowanych w kosmetykach

Aktualnie wypróbowałam dwa szampony - wersję rokitnikową, o której pisałam Wam w ostatniej aktualizacji i którą bardzo sobie chwalę, oraz brzozową - niestety ta druga bardzo puszy mi włosy, dlatego zamierzam powrócić do wersji rokitnikowej. Oba szampony poza SCS posiadają w składzie sól, która również może wysuszać włosy. W sumie ciężko jest znaleźć szampon mocno oczyszczający o naturalnym składzie i innej substancji myjącej niż SCS. W dodatku zawsze przy SCS pojawia się sól, ponieważ te dwa związki wchodzą w reakcje zagęszczając szampon. Na chwilę obecną przeplatanie szamponu delikatnego z mocniej oczyszczającym (stosowanym ok. 1-2x na 2 tyg) bardzo dobrze sprawdza się na moich włosach.



Szampon rokitnikowy White Agafia

INCI:
Aqua, Melilotus Albus Flower/Leaf/Stem Extract, Sodium Coco-Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Sodium Chloride, Hippophae Rhamnoides Fruit Oil, Rubus Chamaemorus Fruit Extract, Helianthus Annuus Seed Oil, Arnica Montana Flower Extract, Rubus Idaeus Seed Oil, Rosa Canina Fruit Extract, Saponaria Officinalis Root Extract, Glycerin, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Tocopherol, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Limonene

Cena: ok. 12 zł / 280 ml

Link do sklepu


Szampon brzozowy White Agafia

INCI:
Aqua, Melilotus Albus Flower/Leaf/Stem Extract, Sodium Coco-Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Sodium Chloride, Betula Alba Leaf Extract, Helianthus Annuus Seed Oil, Pinus Pumila Needle Extract, Larix Sibirica Needle Extract, Malva Sylvestris Flower Extract, Saponaria Officinalis Root Extract, Glycerin, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Tocopherol, Citric Acid, Benzyl Alcohol,  Dehydroacetic Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Limonene, Linalool

Cena: ok. 12 zł / 280 ml

Link do sklepu


Maska do włosów bardzo suchych Hairfood Banana, Garnier Fructis


Po wielu zachwytach nad maską do włosów Fructis z tej samej serii, ale w wersji z papają, nadszedł czas na wypróbowanie kolejnej wersji. Skusiłam się na wersję bananową, ponieważ uwielbiam kosmetyki o tym aromacie! Maska nie pachnie jednak "typowo" jak kosmetyki o zapachu banana - wyraźnie czuć waniliową nutę, przez co kosmetyk bardziej określiłabym jako "bananowy budyń" niż "banan", jednak i tak uważam go za niezwykle apetyczny. Wersja bananowa jest również mocniej wygładzająca i dociążająca włosy niż wersja z papają. Z pomocą tej wersji łatwiej o utratę objętości fryzury, dlatego stosuję ją z rozwagą, w niewielkiej ilości, co przekłada się na jej świetną wydajność. Poleciłabym ją natomiast do włosów suchych, wysokoporowatych, które ciężko wygładzić i zdyscyplinować.

Kosmetyki o zapachu banana

Cena: ok. 25 zł / 390 ml

Link do sklepu


Wcierka z kozieradki

Poza szamponem Beluga postanowiłam powrócić do dobrze znanej, prostej i taniej wcierki - naparu z kozieradki. Łyżeczkę zmielonych nasion zalewam wrzątkiem tak, by woda zalała ziółka. Chwilkę mieszam, pozostawiam do wystygnięcia i po umyciu włosów aplikuję je na skórę głowy przy pomocy strzykawki bez igły. Jeśli chcecie bardziej bogatą w substancje aktywne domowej roboty wcierkę to polecam zajrzeć do przepisu wcierki z kofeiną i kozieradką jednak aktualnie postanowiłam przypomnieć sobie jak działa sama kozieradka. 

Cena: ok. 3 zł / 50 g
Do zakupu w sklepach zielarskich, spożywczych i aptekach


Czy udało mi się zahamować wypadanie włosów?
Wciąż jestem w trakcie "kuracji" szamponem Beluga i kozieradką, dlatego o pełnych efektach napiszę Wam zapewne w denku lub kolejnej aktualizacji włosowej. Połączenie obu produktów stosuję od dwóch tygodni i wypadanie włosów zostało częściowo zahamowane. Do idealnego efektu jeszcze trochę brakuje, więc nie poddaję się i systematycznie sięgam po oba preparaty. Po zakończonej "kuracji" muszę zaobserwować, czy problem nie powraca. Także trzymajcie kciuki, żebym uporała się z tym problemem!

Tak prezentuje się moja aktualna pielęgnacja włosów. Jestem bardzo ciekawa, czy stosowałyście któreś z powyższych kosmetyków? A może skusicie się na któreś z nich? Koniecznie dajcie mi znać!

Pozdrawiam serdecznie!
 
[499.] Botanicum Natural SPA - odżywka do włosów, krem pod oczy oraz ziołowy balsam na usta

[499.] Botanicum Natural SPA - odżywka do włosów, krem pod oczy oraz ziołowy balsam na usta

Dziś chciałabym pokazać Wam trzy preparaty nowej marki kosmetyków naturalnych - Botanicum Natural SPA. Ich składy oparte są przede wszystkim o oleje oraz masła, kosmetyki posiadają przyjemnie proste i całkowicie naturalne składy! Z pewnością zainteresują te z Was, które - podobnie jak ja - doceniają dobrodziejstwo naturalnych emolientów!

Pierwszym kosmetykiem, którego wręcz nie mogłam się doczekać, kiedy przetestuję i będę mogła Wam opisać, jest odżywka do włosów o zapachu kokosa! Poszukiwałam preparatu, który pobudzi cebulki do wzrostu włosów i powstania babyhair, jednak tym razem zamiast po wcierkę Vianek, sięgnęłam po Botanicum. Dawno nie testowałam olejowych formuł w celu stymulacji cebulek włosów a przecież bardzo ciekawe efekty obserwowałam np. po oleju Sesa wcieranym w skalp! Najwyższa pora, żeby poznać się z czymś nowym! A że moje włosy uwielbiają olej kokosowy, odżywka Botanicum musiała trafić do mojego koszyka!


Skład INCI:
Cocos Nucifera Oil - olej kokosowy,
Urtica Dioica Leaf and Helianthus Annuus Sunflower Seed Oil - macerat pokrzywy w oleju słonecznikowym,
Equisetum Arvense Leaf and Helianthus Annuus Seed Oil - macerat skrzypu w oleju słonecznikowym,
Tocopherol - witamina E zapobiega jełczeniu kosmetyku.

Przyznaję, że skład chociaż tak prosty, to bardzo mnie zaintrygował- przede wszystkim dzięki 100% olejowej formule dostajemy kosmetyk wypełniony po brzegi substancjami aktywnymi! Zioła zawarte w tej odżywce (pokrzywa i skrzyp) są bardzo dobrze znane jako wzmacniające włosy, hamujące ich wypadanie ale także pobudzające wzrost włosa, czy minimalizujące łojotok.

Również byłam ciekawa, czy zobaczę na włosach różnicę pomiędzy czystym olejem kokosowym stosowanym dotychczas a powyższą mieszanką oleju kokosowego ze słonecznikowym i w dodatku okraszonym ziołami.



Już przy pierwszym kontakcie jest wyczuwalna różnica względem konsystencji i zapachu obu produktów- czysty olej kokosowy w temperaturze pokojowej jest stały jednak łatwo roztapia się pod wpływem ciepła ciała oraz posiada charakterystyczny, kokosowy zapach. Natomiast odżywka Botanicum posiada mniej zbitą konsystencję, bez trudu daje się nabrać na dłonie bez konieczności rozcierania produktu palcem. Pierwsza nuta zapachowa to oczywiście kokos, jednak jeśli uważnie się "wwąchacie", to wyczujecie olejową nutę z oleju słonecznikowego.

Miękka konsystencja odżywki umożliwia jej łatwą, sprawną i szybką aplikację - ze względu, że jest to mocno emolientowy kosmetyk, taką odżywkę stosujemy przed myciem głowy. Osobiście nakładałam ją zarówno na długości włosów a także na skórę głowy (jednak warto pamiętać, że nie każdej osobie służy przetrzymywanie olejów na skórze głowy! Może to przyczyniać się do czopowania mieszków włosowych a tym samym wzmożonej wypadania kosmyków! Dlatego zalecam nie trzymać olejów na skórze głowy dłużej niż 30 min.) Odżywkę nakładałam przed każdym (w wyjątkowych przypadkach co drugim) myciem włosów.


Odżywkę tę stosuję już ok. 2 miesiące a głowę myję co 2-3 dni, z taką też częstotliwością aplikowałam kosmetyk. I przyznam się, że efekt przerósł moje oczekiwania! 

Odżywkę zaczęłam stosować początkiem grudnia i moje włosy zareagowały na nią w mgnieniu oka- włosy rosły w tak szybkim tempie, że zanim nastały Święta, zdążyłam dwa razy poprawić je henną, by nie straszyć odrostem! 

Okres świąteczno-noworoczny spędziłam w podróży, dlatego dopiero po nowym roku wróciłam do systematycznego stosowania odżywki Botanicum. Po raz kolejny skóra głowy bardzo pozytywnie zareagowała na "końską" dawkę substancji aktywnych i obserwowałam szybki przyrost babyhair jak i - niestety- odrostu!

Tym razem jednak nie sięgnęłam po hennę w celu wyrównania koloru włosów: zapewne jesteście ciekawe efektu! Z góry przepraszam, że tak nieładnie pokazuję Wam swój odrost, jednak chciałabym, żebyście same mogły ocenić efekt. Włosy w naturalnym kolorze to właśnie przyrost powstały w niecały miesiąc! 


Mimo dyskomfortu związanego z obecnością tak rażącego odrostu, zamierzam jeszcze wstrzymać się z farbowaniem, ponieważ chciałabym wypróbować rozjaśnianie włosów kwasem jabłkowym zamiast chemicznej farby pod hennę (aktualnie używam Montibello Oalia, której skład pozostawia wiele do życzenia). Mam nadzieję, że efekt rozjaśniania będzie widoczny i będę mogła Wam go zaprezentować, jednak łatwiej będzie rzetelnie ocenić efekt rozjaśniania przy ciut większym odroście. 

A jak mają się moje babyhair? Spójrzcie same!



Po raz kolejny - jak było w przypadku wcierki Vianek! - doczekałam się tak okazałych babyhair, że mogłabym zaczesywać sobie z nich grzywkę! Oczywiście malutkie babyhair były jeszcze przed rozpoczęciem stosowania odżywki, jednak znacznie przybrały na długości podczas jej stosowania. Były poprawiane henną jeszcze tuż przed Świętami.


Natomiast w kwestii działania odżywki na długość włosów, to również jest wzorowo, chociaż odżywka zachowuje się odmiennie niż czysty olej kokosowy. Tak samo jak po samym oleju kokosowym, moje włosy są gładkie i ładnie odbijają światło, jednak nie mają charakterystycznej "sztywności" jak po oleju kokosowym. Są one mocniej dociążone, bardziej miękkie i podatne na stylizację. Czysty olej kokosowy nadaje moim włosom tę "sztywność" dzięki którym są mniej podatne na odkształcenia, ale też bardziej sprężyste i uniesione od nasady, jednak sprawdza się to jedynie u osób o włosach niskoporowatych lub średnioporowatych ale w kierunku niskoporowatych. U osób z tendencją do puszenia się włosów czysty olej kokosowy dodatkowo puszy włosy i sprawia, że stają się matowe oraz szorstkie (na szczęście jest to etap przejściowy i po odstawieniu oleju kokosowego stopniowo zanika. Będąc posiadaczką włosów wysokoporowatych w przeszłości także padłam "ofiarą" czystego oleju kokosowego o czym pisałam Wam w Mojej Włosowej Historii - natomiast aktualnie olej kokosowy jest moim ulubionym olejem!)

Zaobserwowałam także wzmocnienie włosów na długości- do fryzjera chodzę systematycznie na podcinanie końcówek i aktualnie moje końcówki powinny już wymagać odświeżenia- aktualnie nie widzę takiej konieczności, więc wizyta u fryzjera opóźnia się w czasie. Poza tą odżywką nie zmieniałam nic w pielęgnacji włosów stąd też to jej przypisuję efekt mniejszej podatności włosów na uszkodzenia. Zaobserwowałam także zmniejszenie wypadania włosów!

Sądzę, że odżywkę Botanicum z powodzeniem mogą spróbować te z Was, które nie przepadają za czystym olejem kokosowym- jeśli puszy Wam włosy, nie podoba Wam się jego działanie na loki lub fale, to dodatek oleju słonecznikowego z odżywce Botanicum znacząco minimalizuje to działanie oleju kokosowego. Jeśli Wasze włosy potrzebują dociążenia i wygładzenia, to odżywka może się spisać! Polecam ją także tym z Was, które mają problem z wypadaniem włosów oraz powolnym przyrostem. 

Cena: ok. 50 zł za 200 ml


Poza odżywką, do mojego koszyka wpadł też ziołowy balsam na usta oraz krem pod oczy. Zacznijmy więc od "kremu" - celowo umieściłam tę nazwę w cudzysłowie, ponieważ z definicji krem to połączenie fazy wodnej i olejowej a ten preparat jest również kosmetykiem emolientowym. Jednak dzięki nawie "krem" od razu potencjalny klient wie, w jaki sposób ten preparat stosować.

Skład INCI:
Butyrospermum Parkii Butter - masło shea,
Centaurea Cyanus Flower and Helianthus Annuus Seed Oil - macerat chabra bławatka w oleju słonecznikowym,
Trifolium Pratense Flower and Helianthus Annuus Seed Oil - macerat koniczyny w oleju słonecznikowym,

Daucus Carota Root and Helianthus Annuus Seed Oil - macerat marchwi w oleju słonecznikowym,
Achillea Millefolium Leaf and Flower and Helianthus Annuus Seed Oil - macerat krwawnika w oleju słonecznikowym,
Kaolinite - żółta glinka,
Ascorbyl Palmitate - witamina C,
Tocopherol - witamina E.



W przypadku pielęgnacji okolicy oczu należy ostrożnie dobierać preparaty pielęgnacyjne- skóra w tej strefie ma bardzo płytko ukorzenione gruczoły łojowe i łatwo doprowadzić do ich zaczopowania, co skutkuje powstaniem prosaków. Dobierając krem pod oczy należy zwracać baczną uwagę na jego wchłanialność- nie powinien pozostawiać ciężkiej ani tłustej powłoki, lecz wchłaniać się całkowicie lub z pozostawieniem bardzo delikatnego filmu.


Niektóre z moich Czytelniczek mają tak suchą skórę wokół oczu, że wchłania ona nawet treściwe oleje i masła, dlatego cieszę się, że powyższy kosmetyk zaskoczył mnie swoim działaniem i mogę Wam go zarekomendować! Przede wszystkim zawiera masło shea i olej słonecznikowy o silnie odżywczych właściwościach, a także wiele skutecznych ziół- chaber o właściwościach zmniejszających zasinienia i cienie wokół oczu, koniczyna oraz krwawnik działają antyoksydacyjnie hamując procesy starzenia się skóry a marchew wspomaga regenerację naskórka. Całość dopełnia witamina C o działaniu uszczelniającym naczynia krwionośne a także witamina E, która zapobiega jełczeniu produktu a także wykazuje działanie antyoksydacyjne (szczególnie silne w połączeniu z witaminą C za co duży plus!).

Osobiście nie stosowałam go jednak codziennie- nie jestem posiadaczką suchej skóry wokół oczu więc powyższy krem pozostawiał na ich okolicy treściwy film, który dostawał się do oka powodując zamglenie. Zawarta w kremie żółta glinka nie tylko ma nasycić skórę minerałami ale także powinna zmniejszyć efekt tłustego filmu na skórze. Stosowałam więc produkt 2x w tygodniu jako "serum" na okolice oczu - w tym celu rezygnowałam z dotychczas stosowanego kremu (Resibo) i nakładałam bardzo cienką warstwę kremu Botanicum. Zastosowany w rozsądnej ilości nie zostawiał aż tak tłustej powłoki i nie wpływał do oka, co uprzyjemniło jego stosowanie! Skóra wokół oczu stopniowo stała się bardziej rozświetlona, odżywiona i elastyczna.

Jeśli jesteście posiadaczkami bardzo suchej skóry wokół oczu i preferujecie treściwe konsystencje na tę okolicę, to ten krem z pewnością spisze się u Was! Dużym plusem jest jego niesamowita wydajność!

Cena: ok. 50 zł za 30 ml


Ostatnim kosmetykiem, który bardzo pozytywnie zaskoczył mnie swoim działaniem był ziołowy balsam na usta - czyli pomadka ochronna!

Skład INCI:
Prunus Amygdalus Dulcis Oil - olej ze słodkich migdałów,
Trifolium Pratense Flower and Helianthus Annuus Seed Oil - macerat koniczyny w oleju słonecznikowym,
Butyrospermum Parkii Butter - masło shea,
Cocos Nucifera Oil - olej kokosowy,
Mangifera Indica Seed Butter - masło mango,
Cera Alba - wosk pszczeli,
Tocopherol - witamina E.

Balsam wzorowo spełnia swoje podstawowe zadanie, jakim jest ochrona ust w czasie mrozów i wietrznych dni. Nawilża je i uelastycznia, stają się miękkie, gładkie oraz odporne na wypływ temperatury na zewnątrz. Podczas stosowania tej pomadki nie pojawiły się żadne suche skórki ani spierzchnięcia ust!

Jednak pomadka ta uratowała... mój podrażniony od kataru nos! Od ciągłego pocierania chusteczką skóra wokół nosa była czerwona, bardzo wrażliwa i okropnie się łuszczyła. Wiele kosmetyków nakładanych na tę okolicę mocno szczypało i dodatkowo drażniło skórę. Natomiast balsam Botanicum ma bardzo ciekawą formułę jak na pomadkę- nie jest bardzo sztywny i pod wpływem ciepła ciała szybko się rozpuszcza. Nie musiałam więc mocno dociskać pomadki do skóry i to znacznie ułatwiało aplikację. Był to jeden z niewielu kosmetyków, który dobrze tolerowała moja skóra a że zawsze miałam go przy sobie, pomógł mi w znacznym stopniu zregenerować podrażnioną skórę wokół nosa i już po kilku dniach po ustąpieniu kataru, po suchych skórkach, zaczerwienieniu i podrażnieniu nie było ani śladu!

Cena: ok. 25 zł za 4,3 g


Osobiście jestem bardzo zadowolona z wszystkich trzech kosmetyków i serdecznie polecam Wam przyjrzeć się bliżej ofercie marki! Osobiście zamówiłam te preparaty ze sklepu BioEcoLife przy okazji zakupu mojego ulubionego podkładu w formie płynnej marki Couleur Caramel - co więcej, na stronie sklepu jest możliwość zakupu próbek tegoż podkładu! Niezmiernie mnie to cieszy, ponieważ podkład ten nie należy do tanich kosmetyków, więc wielką szkodą byłoby nie trafić z kolorem. Jednak jeśli chodzi o jego działanie, to kompletnie się w nim zakochałam, o czym miałyście możliwość przeczytać w jego pełnej recenzji!

Wracając do oferty marki Botanicum- pod każdym z powyższych kosmetyków podałam Wam link skąd zamawiałam te kosmetyki - w dodatku mam dla Was wspaniałą wiadomość, ponieważ od dziś przez 10 dni (a więc do 6 lutego 2018r.) wpisując do zamówienia hasło "KN12" uzyskacie 12% rabatu na cały asortyment (a więc całą markę Botanicum jak i Couleur Caramel)! Warto zwrócić uwagę, że marka Botanicum Natural SPA ma w ofercie serię dla mężczyzn na bazie oleju konopnego (bardzo uniwersalny olej, nada się zarówno do pielęgnacji cery tłustej, trądzikowej, skłonnej do niedoskonałości jak i podrażnionej, czy z suchymi skórkami) a walentynki za pasem!

Jako iż Botanicum Natural SPA jest młodą marką, trzymam za nią mocno kciuki! Bardzo się cieszę, że rynek polskich kosmetyków naturalnych wciąż się rozwija, oferując przeróżne ciekawe kosmetyki, które nie tylko charakteryzują się skutecznością ale także bezpieczeństwem stosowania. 

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie!
[494.] Moja Włosowa Historia

[494.] Moja Włosowa Historia

Zapewne zauważyłyście, że na moim blogu niewiele postów poświęconych jest włosom- jest to spowodowane tym, że:

I. W toku studiów pielęgnację włosów omawiałam bardzo pobieżnie, bardziej w formie ciekawostki. Zdecydowanie większą uwagę wykładowcy przykładali do anatomii i fizjologi skóry oraz tym, w jaki sposób oddziałują na nią substancje kosmetyczne,

II. Osiągnięcie celu, jakim jest idealnie wypielęgnowany i błyszczący włos, zajęło mi na prawdę sporo czasu. Włosy jako martwe wytwory naskórka reagują na pielęgnację odmiennie i musiałam dokładnie zrozumieć, jak powinno się je pielęgnować.

Jednak nadszedł czas, w którym mogę szczerze powiedzieć, że jestem całkowicie zadowolona z kondycji oraz wyglądu moich włosów- dlatego chciałabym opowiedzieć Wam swoją włosową historię i tym samym zmotywować Was do walki o piękną czuprynę przy pomocy naturalnych kosmetyków.

Czy da się osiągnąć gładką taflę przy pomocy tylko naturalnych kosmetyków, bez wspomagania silikonami? Sprawdźcie same!



Dzieciństwo

Od małego miałam zapuszczane długie włosy sięgające aż do pasa. Nigdy jednak nie nosiłam ich rozpuszczonych, ponieważ byłam niesfornym dzieckiem i wszędzie było mnie pełno. Na co dzień, później także do przedszkola i szkoły, czesała mnie babcia- potrafiła wyczarować na moich włosach  piękne warkocze, kłosy, francuzy ale do szkoły czy na czas zabaw upinała je w koczek, by nie przeszkadzały w harcach. Nierzadko koczek był ozdabiany wieloma kolorowymi spinkami, które pomagały ujarzmić baby hairy- spinki bywały w przeróżnych kształtach i kolorach- do tej pory pamiętam swoje ulubione: w dalmatyńczyki, motyki i kokardki! Niestety, nie odziedziczyłam po babci zdolności do pięknych upięć, dlatego do teraz proszę ją o pomoc, np. o zaplecenie francuza, gdy wybieram się na jazdę konną- to najwygodniejsza fryzura pod toczek! Babcia też uwielbia, gdy na rodzinne spotkania upinam włosy w kok- chyba przypominają jej się dawne czasy, gdy szykowała mnie do wyjścia do szkoły!

Codzienne fryzurki do szkoły.
Odświętny dzień, stąd rozpuszczone włosy!
 
Niestety, chociaż babcine upięcia do tej pory robią wrażenie, rozczesywanie włosów było moją zmorą- codzienne czesanie było bardzo bolesne i chociaż starałyśmy się z babcią w jakiś sposób przytrzymywać włosy, by zmniejszyć uczucie szarpania, była to najbardziej znienawidzona przeze mnie część poranka.


Włosy w tym czasie były myte szamponem dla dzieci (najczęściej Bobini lub Bambino) a następnie suszone gorącym nawiewem. Na noc babcia zaplatała mi luźny warkocz, który miał zapobiec powstaniu kołtunów. Gdy poszłam do zerówki, mama zdecydowała o zmianie szamponów z dziecięcych na ten, który zawsze był w domu obecny- zazwyczaj były to szampony najtańsze typu Barwa. Od tamtej pory zaczął nasilać się u mnie problem łupieżu, który został zrzucony na zerówkę i kontakt z innymi dziećmi, jakbym miała się od nich zarazić łupieżem- dziś wiem, że problem ten był związany ze zmianą szamponu na agresywnie myjący, co szkodziło skórze głowy. Mama jednak  odkryła cudowne antidotum na łupież- Nizoral- i od tego czasu zawsze było w łazience obecnych jego kilka saszetek, stosowałam go 1x na 2 tygodnie i to wystarczało, by łupież się nie pojawiał.

Po I Komunii Świętej, za przykładem innych dziewczynek, mama namówiła mnie na ścięcie włosów, żebym nie musiała męczyć się z "cubrzeniem"- tak w mojej rodzinnej miejscowości określa się ciągnięcie za włosy podczas czesania. Do fryzjera poszłam bez emocji- ani nie byłam wielce ciekawa, jak będę wyglądać w krótkiej fryzurze, ani nie było mi też szkoda długiego warkocza. Jednak po wyjściu od fryzjera i chłodnej ocenie w lustrze (o ile chłodno może stwierdzić coś 8-latka ;)) uznałam, że poczekam aż włosy odrosną i już więcej ich nie zetnę- nie podobałam się sobie w krótkich włosach zwłaszcza, że było bardzo ciężko je spiąć i utrzymać w dyscyplinie. Przeszkadzały mi w zabawie!



Na szczęście w miarę wzrostu włosów mama odkryła kolejny kosmetyczny hit- odżywkę bez spłukiwania! Była marki Timotei i napakowana silikonami- wystarczyło po umyciu głowy spryskać nią włosy i... faktycznie włosy było dużo łatwiej rozczesać! Od tamtej pory czesanie przestało być zmorą- a ja zaczęłam systematycznie chodzić do fryzjera co kilka miesięcy, by podcinać końcówki- zawsze prosiłam o ścięcie włosów do ramion i w takiej fryzurze chodziłam aż do liceum. A aż do czasów gimnazjum pozwalałam się babci czesać ;).


Gimnazjum

Przyszedł czas, gdy młoda dziewczyna ma masę kompleksów więc próbuje zmienić coś w swoim wyglądzie. Ścięcie nie wchodziło w grę a mama zabraniała się farbować- nawet nie było mowy o kilku pasemkach w okresie letnim! Postawiłam więc na kondycję i sama zaczęłam kupować sobie kosmetyki do włosów- bardzo mocno reklamowana była wtedy marka Sunsilk a że była w zasięgu moich kieszonkowych, to głównie na niej bazowałam. Stosowałam wtedy szampon i odżywkę, przy czym raz kupowałam odżywki do wpłukiwania, raz bez spłukiwania – w zależności od swojej fantazji- i tak pogubiłam się w tej pielęgnacji, że zaczęłam stosować odżywki do spłukiwania bez spłukiwania... Co więcej- dopiero koleżanka na III roku studiów (!!!) uświadomiła mi mój błąd!

Po kilku zużytych opakowaniach marki Sunsilk zmieniłam firmę na Niveę- zwłaszcza lubiłam serię Diamond Gloss, ponieważ po niej włosy bardzo ładnie się błyszczały. Kolejną ważna zmianą w okresie gimnazjum było to, że przestałam suszyć włosy suszarką- myłam je późnym popołudniem i zazwyczaj do wieczora zdążyły wyschnąć, chociaż zdarzało mi się iść spać w mokrych włosach- było to jednak sporadyczne, ponieważ nie spało mi się wygodnie na mokrej poduszce. Z dzieciństwa pozostał mi nawyk zaplatania włosów w luźny warkocz i do teraz jest to moja "fryzura do spania".

Pod koniec gimnazjum odkryłam prostownicę i to, jak ładnie moja twarz wygląda na tle prostych włosów- bardziej szczupło, mniej pyzato. Nic więc dziwnego, że sięgałam po prostownicę coraz częściej aż w końcu używałam jej codziennie- wtedy też zaczęłam chętniej nosić rozpuszczone włosy. Ponadto zdecydowałam się na zrobienie grzywki a w wakacje pomiędzy gimnazjum a liceum mama pozwoliła na zafarbowanie końcówek włosów (oczywiście pod kategorycznym nakazem ich ścięcia przed pójściem do szkoły)! Pobiegłam do fryzjera z wielkim entuzjazmem i opowiedziałam mu o wszystkich kolorach tęczy jakie chcę mieć na końcówkach włosów- fryzjer jednak ostudził mój zapał i słusznie polecił mi... rudości ;). Od tamtych rudych końcówek zaczęła się moja wielka miłość do tego koloru włosów.


Liceum

W okresie licealnym moja pielęgnacja włosów wciąż bazowała na szamponie i odżywce Nivea, którą niepoprawnie stosowałam (nie spłukiwałam jej, chociaż powinnam- nie robiłam tego świadomie), jednak moje włosy nie były oblepione. Wręcz zawsze miały lekką tendencję do puszenia się a odkąd zaczęłam stosować codziennie prostownicę, puszenie przybierało na intensyfikacji- zauważyłam także, że z falowanych włosów zaczęły robić się kręcone- teraz wiem, że było to efektem zniszczeń po prostownicy, jednak wtedy loki mi nie przeszkadzały- i tak je przecież prostowałam.


Jednak chcąc bardziej zadbać o pielęgnację, zaczęłam starać się o ochronę włosów przed wysoką temperaturą- po kilku miesiącach moja pielęgnacja przedstawiała się następująco:

1. Mycie włosów 1x szamponem Nivea
2. Aplikacja odżywki Nivea do spłukiwania lecz bez jej spłukania
3. Rozczesywanie włosów
4. Spray termoochronny Joanna
5. Brylantyna w wosku Joanna
6. Jedwab na końcówki Biosilk

Nie wiem, czy miałyście kiedyś styczność z brylantyną- to niemal wosk nakładany na włosy! Mimo tak bogatej i obciążającej pielęgnacji, włosy nie były sklejone ani postrączkowane- myślę, że aż taka warstwa kosmetyków musiała w dobrym stopniu chronić włosy przed wysoką temperaturą prostownicy, bo nie zauważyłam przerzedzenia ani łamliwości włosów- chociaż nie mogę powiedzieć, żeby prostownica była im całkowicie obojętna, w końcu kręciły się uporczywie oraz puszenie przybierało na sile. Jednak wyprostowane trzymały się nienagannie aż do drugiego dnia.

Włosy prostowałam codziennie, ponieważ po nocy spędzonej w warkoczu włosy się odkształcały- do teraz mam włosy podatne na stylizację. Nigdy jednak nie prostowałam ich gdy były mokre, nie suszyłam suszarką a także systematycznie podcinałam co kilka miesięcy. W liceum postanowiłam zapuszczać włosy- nie zainwestowałam jednak w żadne preparaty pobudzające wzrost włosa, ot, pozwoliłam im rosnąć.


Studia

Będąc na studiach niestety musiałam ograniczyć budżet kosmetyków do włosów, dlatego zamiast Nivea, kupowałam kosmetyki Ziaja- nie byłam jednak zadowolona z wyglądu moich włosów, więc sięgnęłam po dobrze mi znane szampony Barwa a następnie rekompensowałam włosom ten prosty szampon odżywką Nivea. Pozostała część pielęgnacji- termoochrona, brylantyna, jedwab, prostownica i brak suszenia włosów pozostawały bez zmian.

Będąc w połowie pierwszego roku moja współlokatorka przekonała mnie, że mam ładne naturalne loki i powinnam przestać prostować włosy. Doceniłam wtedy objętość i lekkość swoich włosów a ta rozmowa dodała mi takiej pewności siebie, że odstawiłam prostownicę z dnia na dzień a wraz z nią kosmetyki termoochronne. Pielęgnacja ograniczała się do szamponu Barwa ze skrzypem oraz odżywki Nivea stosowanej bez spłukiwania. W ten sposób zaoszczędziłam nie tylko pieniądze ale też czas rano- a wiadomo, że poranki studenckie są na wagę złota ;). Zapuściłam także grzywkę, ponieważ nie umiałam znaleźć fryzjera, który podciąłby ją tak, bym była zadowolona (na studia wyjechałam daleko i nie miałam już możliwości odwiedzać Pani Fryzjerki, która znała moją fryzurę  niemal od dziecka).


Problemem, który jednak wciąż mi doskwierał, był łupież. Ze względu na studencki budżet, próbowałam zrezygnować z Nizoralu na rzecz tańszych szamponów przeciwłupieżowych np. Head & Shoulders. Niestety, łupież wciąż się utrzymywał i gdy postanowiłam odstawić szampony przeciwłupieżowe miałam tak okropny łupież, że nawet współlokator zwrócił mi na niego uwagę (!!!) - było to przykre doświadczenie.

Wciąż kusił mnie rudy kolor włosów, ale bałam się tak drastycznej zmiany koloru- nie byłam przekonana, czy kolor będzie mi pasował, ani też czy dogadam się z fryzjerem, o jaki odcień rudości mi chodzi- a zależało mi na naturalnym odcieniu a nie wściekłym pomarańczu. Miałam niestety wrażenie, że farby drogeryjne a nawet fryzjerskie, dają bardzo sztuczny efekt.

Postanowiłam spróbować czystą hennę khadi- fabowałam nią włosy kilkakrotnie, jednak na swoich jasnobrązowych włosach uzyskiwałam mahoniowy odcień czerwieni a nie rudości. Ponadto henna potęgowała puszenie się włosów i utrudniała ich rozczesywanie.



Zdjęcie z fleszem, stąd rudy połysk
W końcu nadeszła wielka chwila gdy postanowiłam, że jestem gotowa na zmianę! Było to w wakacje po II roku studiów. Pech chciał, że natrafiłam na internecie na bardzo zachęcające ogłoszenie- otóż "wirtuoz włosa" (jak sam siebie określał) z bardzo znanej akademii "Berendowicz-Kublin" w Katowicach poszukiwał dziewczyn zainteresowanych metamorfozą, którą będzie mógł nagrać. Zadzwoniłam pod numer podany w ogłoszeniu i zapytałam, czy metamorfoza ma być całkowitą niespodzianą, czy jest możliwość ustalenia, co będziemy na włosach wykonywać? Nie interesowała mnie metamorfoza, po której kompletnie się nie poznam- odpuściłabym ją już na starcie, jednak Pan Wirtuoz przekonał mnie, że oboje będziemy zadowoleni. Umówiliśmy się najpierw na wstępny wywiad, podczas którego określimy, jaki efekt końcowy chcę uzyskać i co Pan zaproponuje.

W dniu umówionej wizyty wszystko przebiegło perfekcyjnie- stawiłam się przed czasem i czekając w poczekalni przeglądałam na ścianach dziesiątki zdjęć znanych gwiazd, aktorów i piosenkarek, które pod zdjęciem składały swój autograf z dopiskiem, że są zadowolone z wykonanej fryzury. Sam salon także mnie onieśmielił- przyzwyczajona do małego, wiejskiego saloniku, zachwyciłam się przeogromną ilością stanowisk fryzjerskich, samych fryzjerów, kosmetyków jak i klientów. Czułam, że trafiłam w dobre ręce.

Wywiad przebiegł pomyślnie- Pan Wirtuoz dokładnie obejrzał moje włosy po czym zapytał, co chciałabym mieć zrobione? Powiedziałam, że zapuszczam włosy, więc zależy mi jedynie na podcięciu końcówek (miałam już wtedy długość do talii!) ale za to chciałabym zaszaleć z kolorem i myślałam o rudościach. Opisałam też dokładnie kolor i zaznaczyłam, że zależy mi na uzyskaniu jak najbardziej naturalnego odcienia rudości, nie pomarańczu- zapytałam, czy mógłby mi pokazać wzornik kolorów, żebym mogła wskazać interesujący mnie odcień? Pan odmówił twierdząc, że to co we wzorniku różni się od tego, co wychodzi na włosach, ale rozumie, jaki odcień mnie interesuje. Być może ta odmowa powinna wzbudzić moje podejrzenie, jednak byłam  podekscytowana wizją płomiennorudych włosów oraz przekonana, ze trafiłam na specjalistę!

Nawet nie wiecie, jak bardzo się myliłam...


Włosowa tragedia

Dwa dni później stawiłam się ponownie w akademii "Berendowicz-Kublin", tym razem już na metamorfozę. Przed rozpoczęciem Pan Wirtuoz zaczął zmieniać koncepcję- przekonywał mnie do ścięcia włosów do ramion oraz na wykonanie grzywki. Zdezorientowana jego zachowaniem odmówiłam, bo nie tak się umawialiśmy i przypomniałam, że zależy mi na długości włosów. Zapytał, czy w takim razie może zrobić mi ombre? Byłam zdecydowana na zmianę koloru a że ombre dopiero zaczynało być modne, zgodziłam się pod jednym warunkiem- będzie wykonane w rudościach. Pan Wirtuoz zgodził się i przeszliśmy do działania. Najpierw zabrał mnie do pomieszczenia, gdzie wykonał farbowanie włosów (poza kamerą)- efekt bardzo mi się podobał mimo, iż nie spodziewałam się takiej zmiany! Od czubka głowy miałam bardzo ciemne, niemal czarne włosy z fioletowym połyskiem, ale na wysokości ramion przechodziły w ognistą rudość aż po same końce! Na włosach do talii efekt był niesamowity! Pomyślałam, że podcięcie końcówek to tylko formalność i już cieszyłam się z nowej fryzury.

Na cięcie przeszliśmy do osobnego pomieszczenia- studia zdjęciowego. Tam najpierw wykonano mi zdjęcia bez makijażu oraz bez stylizacji włosów a następnie Pani Wizażystka wykonała makijaż. Gdy już wyglądałam reprezentacyjnie zaproszono mnie przed kamerę- nie miałam więc przed sobą lustra i nie widziałam, co fryzjer wyczynia z moimi włosami. Akcja!

Pan Wirtuoz Włosa przeszedł do cięcia- usłyszałam pierwsze "ciach!" nożyczek a po chwili zauważyłam obok swoich stóp bardzo długie pasmo włosów... Zbyt długie...

Od razu zareagowałam i zapytałam, czy na pewno Pan Wirtuoz pamięta, że zapuszczam włosy? Uspokoił mnie mówiąc, że mocno cieniuje moje włosy, by nadać im lekkości i objętości, ale nie zmniejszy ich długości. Nawet Pan Operator Kamery przyjaźnie się uśmiechnął i powiedział, żebym była spokojna, ponieważ jestem w dobrych rękach a nawet on widzi, że wciąż mam długie włosy. Kontynuowaliśmy więc nagrywanie.

Po wykonaniu filmiku nadszedł czas na zdjęcia "po"- w tym celu miałam się przebrać. Poszłam do łazienki i dopiero tam w lustrze zobaczyłam swoje włosy... Aż teraz mi serce drży, gdy przypominam sobie tą chwilę.

Z przodu włosy ledwie sięgały ramion! Z tyłu głowy miałam pozostawione jedno długie pasmo włosów, które faktycznie sięgało talii- pozostała część była krzywo przycięta – i nie była to celowa asymetria! Pan Wirtuoz wystylizował moją fryzurę na wielkie fale- najwyraźniej próbował ukryć lub uratować tę nieszczęsną metamorfozę.

Z pięknego ombre, które miałam wcześniej, niewiele zostało- na tych krótkich włosach dominowała chłodna czerń z ledwie rudymi końcówkami. Całość prezentowała się bardzo mało atrakcyjnie- cera momentalnie poszarzała, fryzura wizualnie mnie przygniotła i wyglądałam na starszą niż jestem... Koszmar.

Stanęłam jednak na wysokości zadania, powstrzymałam łzy i zapozowałam do ostatnich zdjęć. Zaraz po ich skończeniu Pan Wirtuoz zapytał: "I jak się Pani podoba nowa fryzura?" - nie wytrzymałam, łzy popłynęły niczym grochy i powiedziałam, że fryzura kompletnie mi się nie podoba, jest za krótka i prosiłam, by nie obcinał mi włosów. "Przyzwyczai się Pani"- usłyszałam w odpowiedzi. Zrozpaczona wyszłam ze studia do recepcji, by wziąć kurtkę- nawet po minach Pań Recepcjonistek było widać zdziwienie i niedowierzanie na widok mojej fryzury.

 Zdjęcie "przed" pokazuje moje włosy jedynie po koloryzacji. Zdjęcie "po" - zarówno po strzyżeniu jak i "stylizacji"- widzicie to gniazdo na czubku głowy?!

 Długość włosów "do pasa" wg "Wirtuoza Włosa" z akademii Berendowicz-Kublin Katowice.



Film ze strzyżenia jest dostępny online- wersję skróconą można obejrzeć bezpłatnie, także wklejam zarówno dla zainteresowanych jak i dla tych, które zastanawiają się nad "metamorfozą": LINK


Do mieszkania dojechałam cała we łzach- dobrze, że akurat w ten dzień współlokatorzy kończyli zajęcia wieczorem. Płakałam i płakałam i płakałam. Nie mogłam patrzeć w lustro, bo za każdym razem lała się z nich jeszcze większa ilość łez, aż zaczęło być to po prostu bolesne- niewiele było w moim życiu takich momentów, żebym aż tak nie mogła się uspokoić. Poszłam pod prysznic- stwierdziłam, że muszę umyć włosy i zobaczyć, w jaki sposób będę je układać, jak spinać. Nawet pod prysznicem, myjąc te włosy, płakałam! Może to zabawne, przeżywać aż tak włosy, które przecież odrosną, ale wiedziałam już jedno- do balu magisterskiego nie uda mi się ich zapuścić do pasa a do tego dążyłam.

Dlaczego nie upomniałam się o poprawę cięcia lub odszkodowanie? Przed metamorfozą podpisałam umowę a sama metamorfoza nie była płatna. Sądziłam więc, że nic nie wskóram a poza tym, bałabym się wracać do tego fryzjera. Zresztą włosów by już nie dokleił...

Niestety nie posiadam innych zdjęć z tego okresu ponieważ skutecznie unikałam obiektywu. Chociaż na powyższych zdjęciach wydaje się, jakby większość fryzury była w rudościach, to był to efekt tylko po "nastroszeniu" włosów przez fryzjera. Po ich umyciu ukazała mi się smutna prawda...


Początkowo umówiłam się do innej fryzjerki na poprawę koloryzacji i cięcia- gdy mnie zobaczyła, stwierdziła że wyglądam tak, jakbym nieudolnie zapuszczała irokeza. Jednak gdy zbliżał się termin wizyty u nowej fryzjerki spanikowałam, że już nic z moich włosów nie zostanie- tym samym odwołałam wizytę.


Punkt zwrotny

Cała sytuacja z "Berendowicz-Kublin" pchnęła mnie do świadomego dbania o włosy- najpierw postanowiłam zawalczyć o przyrost za wszelką cenę: wróciłam do szamponu Nivea (podjęłam się dorywczej pracy, więc mogłam sobie pozwolić na takie szalone wydatki ;)), wciąż stosowałam odżywkę Nivea bez jej spłukania a do tego zakupiłam zestaw startowy włosomaniaczki chcącej zapuścić włosy- olej rycynowy i biotebal. Co wieczór chodziłam spać z mieszanką oleju rycynowego i żółtka jajka- mimo to miałam wrażenie, że włosy nie chciały rosnąć. Po odrośnie było widać, że włosy rosną, ale długość ani drgnęła- zapewne był to efekt cięcia degażówkami.

Byłam zdeterminowana do tego, by mieć rude włosy, dlatego kupowałam farby drogeryjne (najczęściej Joanna Naturia w odcieniu płomienna Iskra) i nakładałam na całą długość. Efekt był opłakany- do połowy głowy odrost łapał intensywną, rudą pomarańcz a pozostała część włosów była czarna- to chyba najgorsze możliwe połączenie kolorystyczne. Nie wiedziałam jednak, że drogeryjna farba nie zakryje czerni bez wcześniejszej dekoloryzacji. Po kilku miesiącach zabaw z drogeryjnymi farbami miałam włosy kompletnie zniszczone- suche, spuszone, matowe.

W tym okresie szczęśliwym trafem zmieniłam dwie rzeczy w pielęgnacji:

1. Wprowadziłam olejowanie włosów oliwką HIPP,
2. Poznałam dziewczynę, która była fryzjerką i widziałam, że faktycznie zna się na włosach- pozwoliłam jej więc przywrócić moje włosy do porządku.

Podczas pierwszej wizyty Fryzjerka wykonała dekoloryzację i tym samym pozbyła się czarnego pigmentu. Nałożyła farbę Oalia Montibello w odcieniu 7.44, która wciąż gości w mojej łazience (rozjaśniam nią odrost). Poprawiła także delikatnie cięcie- umówiłyśmy się, że będę przychodziła do niej co miesiąc na podcięcie końcówek i w ten sposób wyrównamy krzywe cieniowanie bez konieczności drastycznego cięcia podczas jednej wizyty- nie byłam gotowa na ponowne eksperymenty.

Efekt po pierwszej wizycie u Fryzjerki, która podjęła się doprowadzić moje włosy do ładu- od tamtej pory systematycznie wykonywałam zdjęcia i prowadziłam "aktualizację włosową".

W tym też okresie podczas rozmowy ze współlokatorką, zgadałyśmy się o tym, że obie lubimy odżywkę Nivea- współlokatorka uświadomiła mnie, że jest to odżywka, którą powinnam spłukiwać z włosów! Był III-ci rok studiów, aż 9 lat żyłam w nieświadomości! Zaczęłam stosować odżywkę zgodnie z zaleceniami producenta, lecz nie dawała satysfakcjonującego efektu na włosach, dlatego pozostałam przy swojej metodzie pozostawiania odżywki na włosach, tym razem już świadomie i z premedytacją. Włosy nie zachwycały kondycją, ale były odrobinę bardziej dociążone.

 Marzec 2014

 Kwiecień 2014

Czerwiec 2014 - zdjęcie wykonane bez czesania na sucho, ponieważ wtedy wyglądały znośnie. Nie umiałam jednak przekonać się do nieczesania włosów i w którymś momencie dnia zawsze sięgałam po szczotkę.

Niestety, rudy kolor bardzo szybko się wypłukiwał. Co miesięczne farbowanie- mimo, że wykonywane u fryzjera- także przyczyniało się do pogorszenia kondycji włosów. Wpadłam na pomysł zmiany koloru włosów na burgund- nie mam pojęcia dlaczego ubzdurałam sobie, że będzie on wypłukiwał się do rudości =). Gdy wspomniałam o tym fryzjerce, nie wyprowadziła mnie z błędu, ale zmieniła kolor- jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że sprany burgund wygląda równie nieciekawie jak sprany rudy! Ratowałam się jednak pianką Venita "Ognisty Wulkan".

Lipiec 2014

Kondycja moich włosów wcale się nie poprawiała mimo, że stosowałam coraz bardziej bogatą i wymyślną pielęgnację! Przetestowałam wiele kosmetyków: zarówno tych fryzjerskich, które miały zmniejszyć wypłukiwanie czerwonego pigmentu (marki Montibello), drogeryjnych napakowanych silikonami (jak do tej pory niezawodna Nivea czy Kallos) jak i naturalnych- pierwsze podejścia do naturalnych szamponów były tragiczne: włosy wyglądały na jeszcze bardziej zniszczone!

Wrzesień 2014

Wpadłam w dziki szał włosomaniaczych rytuałów, aż stały się one niemal moją obsesją. Codziennie lub co drugi dzień spędzałam kilka godzin z włosami zawiniętymi pod czepkiem. Najpierw kilka godzin olejowania, następnie dwukrotne mycie- czasem metoda OMO, czasem tylko szamponem, czasem dwoma różnymi szamponami. Następnie maska na włosy na minimum 30 minut- często tuningowana miodem, aloesem, siemieniem czy olejami. Po umyciu włosów koniecznie wcierka i serum silikonowe na końcówki. I wiecie co? Włosy wyglądały coraz gorzej...

Styczeń 2015

Bałam się minimalistycznej pielęgnacji ponieważ wydawało mi się, że skoro moje włosy nie reagują na bogatą pielęgnację, to pewnie po minimalizmie będą prezentowały się koszmarnie. Stosowałam więc coraz to nowsze urozmaicenia, kosmetyki, półprodukty w nadziei, że w końcu trafię na coś, co mi pomoże.

Luty 2015

W tym czasie zaczynałam swoją przygodę z naturalną pielęgnacją- początkowo nie byłam do niej przekonana, ponieważ po użyciu szamponów Sylveco włosy wyglądały jeszcze gorzej. Dopiero gdy dowiedziałam się, że efekt spuszonych włosów po zastosowaniu szamponów bez silikonów występuje, ponieważ jest to faktyczny stan naszego włosa a dopiero po pozbyciu się silikonów możemy realnie i trwale odżywić włosy, postanowiłam wytrwać przy naturalnych szamponach. Zmieniłam więc szampony na Sylveco i pierwsze 2 tygodnie były koszmarem- włosy wyglądały bardzo źle, jednak zauważyłam znaczną poprawę na skórze głowy: nagle przestał dokuczać mi łupież! A przypominam, że walczyłam z nim od ok. 6 roku życia.

Również luty 2015, po dwóch tygodniach stosowania szamponu pszeniczno-owisanego Sylveco jako pierwszego naturalnego szamponu stosowanego systematycznie.

Z powodu poprawy stanu skóry głowy pozostałam przy naturalnych szamponach. Odżywki i maski stosowałam przeróżne- zarówno te naturalne jak i konwencjonalne. Olejowałam włosy przed każdym myciem a kondycja włosów wciąż była mizerna. Postanowiłam pozostać przy naturalnych kosmetykach ponieważ uważam je za świadomy i bardziej bezpieczny wybór- a kosmetyki napakowane silikonami wcale nie dawały efektu "WOW"- nie miałam więc czego żałować. W tym okresie Sylveco wypuściło odżywkę wygładzającą i była to pierwsza odżywka, która była w stanie widocznie dociążyć moje niesamowicie spuszone kosmyki (oczywiście stosowałam ją bez spłukiwania ;)).

 Marzec 2015- włosy bez rozczesania na sucho.

 Czerwiec 2015 - totalne spuszenie włosów po miesięcznym stosowaniu oleju kokosowego. Początkowo dawał rewelacyjne efekty, dlatego gdy obserwowałam coraz mocniejsze puszenie się włosów, nie obwiniałam za to tego oleju.

Sierpień 2015- mimo zmiany oleju, włosy wciąż strasznie się puszyły, były matowe i suche.

W końcu stwierdziłam, że czerwień najwyraźniej nie jest moim kolorem- miałam już serdecznie dość wiecznie spuszonych włosów! W tym czasie wzdychałam do włosów dziewczyn z bloga SophieCzerymoja – obie autorki mają włosy niczym z reklamy a osiągnęły taki efekt głównie dzięki... hennie! Postanowiłam po raz ostatni poddać się drastycznej metamorfozie: tym razem u jeszcze innej fryzjerki ponieważ ta, do której chodziłam wcześniej, bardzo zmieniła swój stosunek do mnie- wytykała moją fascynację naturalnymi kosmetykami i uporczywie namawiała na kosmetyki fryzjerskie. A przecież już je przerabiałam i efektu nie było... Zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno ta Fryzjerka wie, jak dbać i pielęgnować włosy? Czy na pewno dobrze dobiera oksydant, czy może robi to z przyzwyczajenia? Postanowiłam spróbować więc szczęścia u nowo poznanej Fryzjerki, która jednak wydawała się mieć większe pojęcie o włosach.

U niej poddałam się ponownej dekoloryzacji- czerwony pigment po piance Venita jest zmorą fryzjerów, na szczęście Fryzjerce udało się go wywabić. Zdecydowałam się na ombre, przy czym jego górna część miała być maksymalnie zbliżona do mojego naturalnego odcienia włosów, ponieważ zamierzałam je zapuszczać. Ombre przechodziło w rudość, którą zamierzałam poprawiań henną na wzór Moniki z SophieCzerymoja. Do koloryzacji został dodany bardzo modny Olaplex.

Ten zabieg również odbił się na kondycji moich włosów- były jeszcze w gorszym stanie a myślałam, że gorzej być nie może! Nie zamierzałam już więcej farbować włosów ani udawać się do fryzjera- w tym celu zakupiłam nożyczki fryzjerskie i by samodzielnie podcinać końcówki. Postanowiłam także zmienić całkowicie kosmetyki do pielęgnacji włosów- wyrzuciłam wszystkie nienaturalne kosmetyki jakie mi pozostały i uzupełniłam je kilkoma naturalnymi nowościami. I w ten sposób trafiłam na ulubieńców, których uporczywie trzymałam się kilka miesięcy (a w przypadku odżywki i szamponu- nawet kilkanaście!). Były to:

1. Szampon do włosów osłabionych i łamliwych, Eco Laboratorie, którym myłam włosy dwukrotnie
2. Maska jajeczna, Babuszka Agafia stosowana początkowo bez spłukiwania a następnie zgodnie z zaleceniami producenta- spłukując
3. Olejek wzmacniający, Babuszka Agafia
4. Henna khadi

Wrzesień 2015

Odkąd porzuciłam chemiczne farbowanie a także zmieniłam pielęgnację na całkowicie naturalną, stan moich włosów w końcu zaczął diametralnie się poprawiać! Już po kilku miesiącach prezentowały się następująco:

Luty 2016

 Kwiecień 2016

 Czerwiec 2016

Wrzesień 2016

Nic więc dziwnego, że trzymałam się kurczowo tych kosmetyków i nie zamierzałam ich zmieniać! Jednak postanowiłam po raz kolejny powalczyć o rude kosmyki- ten kolor nie dawał mi spokoju! Tym razem postanowiłam sama zatroszczyć się o swoje włosy! Do rozjaśnienia odrostów posłużyła mi farba Montibello Oalia 7.44 na oksydancie 6.6%. Chcąc ochronić włosy przed zniszczeniami, do farby dodałam Ultraplex z Joanny- jak zaobserwowałam podczas kolejnych farbowań, Ultraplex był kompletnie zbędny a tylko nadał włosom brzydkiej, zielonej poświaty. Po raz kolejny dostałam nauczkę, że jednak to, co naturalne, najbardziej mi służy.

Luty 2017- na tej części włosów, która była farbowana po raz pierwszy, wyraźnie widać zieloną poświatę.

Odkąd przestałam katować włosy co miesiąc chemiczną farbą, ich stan diametralnie zaczął się poprawiać. Nie bez znaczenia pozostała henna, która nie tylko pomaga mi uzyskać wymarzony, naturalnie wyglądający odcień rudości, niemożliwy do osiągnięcia przy pomocy chemicznych farb, ale także wzmacnia i pogrubia włos.

Od roku farbuję włosy przy pomocy henny- początkowo używałam khadi, następnie zmieniłam na Swati (aktualnie marka zmieniła nazwę na "Sattva"). Rozrabiam ją z naparem z rumianku do konsystencji rzadkiego błota – mało atrakcyjne porównanie ale bardzo trafne ;). Hennę nakładam dokładnie na odrost a resztkę pozostałej henny przeciągam na długości włosów- w ten sposób uzyskując naturalnie wyglądające refleksy.

Kwiecień 2017

Jednak moje naturalne, brązowe włosy, nie dają się "rozjaśnić" do odcienia rudości przy pomocy samej henny- dlatego jeśli odrost zaczyna być widoczny pomimo wyrównywania jego koloru henną, nakładam farbę Montibello Oalia na 30 minut na sam odrost. Po zmyciu farby Montibello, od razu aplikuję hennę- zarówno na odrost jak i na długość włosów, by wyrównać ich koloryt. Farbowanie odrostów wykonuję nie częściej niż raz na 2 miesiące. Natomiast w ciągu minionego roku zdarzyło mi się tylko 2 razy nałożyć farbę chemiczną na całą długość włosów – podczas pierwszego farbowania, gdy naturalny kolor włosów sięgał połowy ich długości, by ujednolicić wcześniej posiadane ombre a także po 4-5 miesiącach od tego farbowania, ponieważ potrzebowałam wyrównać kolor (zielona poświata po Ultraplexie Joanny nie chciała się poddać samej hennie).

Powoli zaczęłam także wprowadzać nowe kosmetyki do włosów- wszystkie oczywiście naturalne! W końcu moje włosy są w dobrym stanie i – w przeciwieństwie do poprzednich doświadczeń- zmiana kosmetyków daje mniej lub bardziej, ale zawsze pozytywny, efekt! W końcu mogę cieszyć się pięknie wyglądającymi włosami bez potrzeby ich stylizacji. Ot, wystarczy umyć i jestem gotowa na wielkie wyjście! To duży komfort psychiczny gdy wiem, że niezależnie od sytuacji i pogody, moje włosy pozostają gładkie i lśniące.

Grudzień 2017

Aktualna pielęgnacja:
I. Szampon odżywczy Vianek stosowany 2x pod rząd,
II. Odżywce do włosów Biolaven, którą spłukuję,
III. Biofermencie z bambusa EcoSPA w ramach zabezpieczania końcówek włosów,
IV. Oleju kokosowym stosowanym przed każdym, lub co drugim myciem- w przeciwieństwie do efektu, jaki dał w czerwcu 2015r, aktualnie jest to mój ulubiony olej!

Do niedawna podcinałam włosy samodzielnie przy pomocy nożyczek fryzjerskich, jednak moje długie kosmyki mają teraz tendencję do tracenia objętości, dlatego zdecydowałam się na wizytę u profesjonalisty. Trafiłam na godną zaufania Panią Fryzjerkę, która lekko wycieniowała mi końcówki włosów, jednak w taki sposób, by nie wyglądały na przerzedzone. Dzięki temu subtelnemu cięciu fryzura zyskała całkiem inny wygląd! Systematycznie odświeżam cięcie oraz końcówki, jednak farbowanie pozostawiam w swoich rękach.


Równowaga PEH

W ciągu ostatnich kilku miesięcy bardzo doceniłam urozmaicanie pielęgnacji włosów przy pomocy PEH, czyli dostarczaniu włosom substancji z grup Protein, Emolientów i Humektantów. Wcześniej w obawie o pogorszenie stanu fryzury stosowałam minimalistyczną i sprawdzoną pielęgnację bazującą na emolientach (powyższe kosmetyki z listy). Włosy wyglądały bardzo dobrze, jednak postanowiłam wyciągnąć z nich jeszcze więcej! Tym samym zaczęłam częściej stosować humektantowy podkład pod olej przed myciem włosów- zazwyczaj żel aloesowy lub kwas hialuronowy. Jednocześnie zmieniłam szampon na taki z dodatkami protein pszenicy (dostępny na Ukrainie marki Yaka, jednak ze względu na jego brak dostępności w PL, czaję się na szampon wzmacniający z nowej, fioletowej serii do włosów firmy Vianek). Okazało się, że częstsze sięganie po humektanty i proteiny dało wymarzony efekt gładkiej tafli, który zamierzam utrzymać!

Równowaga PEH w pielęgnacji włosów- poradnik dla początkujących

Poza proteinami pszenicy obecnymi w aktualnie stosowanym szamponie, systematycznie 1x w miesiącu dodaję do odżywki czystą l-cysteinę. Działa ona na podobnej zasadzie jak Olaplex, ponieważ wbudowuje się we włos i tym samym "zastępuje" obecność pękniętych mostków dwusiarczkowych we włosie, swoimi. Jednak l-cysteina bardzo podnosi pH odżywki, do której jest dodawana, dlatego nie jest wskazane aplikować ją zbyt często. Pomijam także jej aplikację na skórę głowy a na długości trzymam ok. 20-30 minut.

L-cysteina jako naturalny Olaplex


Olejowanie włosów

Moje włosy zdecydowanie bardziej preferują maceraty ziół w olejach oraz mieszanki olejowe niż czyste oleje- nie dają one efektu "wow", ale jak najbardziej je stosuję, jeśli nie mam nic lepszego pod ręką. Oleje nie tylko odżywiają włos ale także chronią go przed zbyt agresywnym działaniem substancji myjących z szamponów (mimo iż stosuję szampony na bazie delikatnych substancji myjących to mam na uwadze, że włosy na długości nie wymagają tak częstego mycia jak włosy u nasady, nie przetłuszczają się a za to częściej ocierają (np. o szalik) i tym samym są bardziej podatne na urazy).

Olejowanie włosów- Kompendium Wiedzy

Zdecydowanie najlepsze efekty na włosach obserwowałam po: olejku na porost włosów Babuszki Agafii (stosowałam go także na długości), olejku wzmacniającym Babuszki Agafii, oleju Sesa, odżywczym olejku do włosów Vianek. Stosowałam także czyste, pojedyncze oleje i masła – całkiem ładne efekty dawało masło awokado, olej z czarnuszki, musztardowy i pestek winogron  - jednak najlepsze rezultaty widzę po oleju kokosowym!


Co ciekawe, pierwszą próbę stosowania oleju kokosowego podjęłam już podczas pierwszych eksperymentów z olejowaniem (czerwiec 2015)- miałam wtenczas włosy wysokoporowate i olej kokosowy dodatkowo uwydatnił ich złą kondycję. Chociaż po kilku pierwszych użyciach ładnie dyscyplinował włosy, przez co byłam bardzo zmotywowana do jego stosowania, to jednak przy długotrwałym stosowaniu włosy stały się spuszone i matowe. Dzieje się tak, ponieważ niewielkie cząsteczki oleju kokosowego wnikają pod otwartą łuskę włosa i tym samym uniemożliwiają jej domknięcie. Z tegoż samego powodu olej kokosowy tak bardzo pasuje mi aktualnie- na włosach mających domknięte łuski niewiele olejów ma szansę odżywić taki rodzaj włosa, zazwyczaj pokrywają jedynie jego powierzchnię. Natomiast niewielkie cząsteczki oleju kokosowego umożliwiają przeniknięcie nawet pod domkniętą łuską włosa i jego odżywienie oraz wzmocnienie. Już po pierwszym użyciu oleju kokosowego zauważyłam znaczne nabłyszczenie i zdyscyplinowanie włosów, jednak bez efektu nadmiernego obciążenia kosmyków. Po umyciu włosy wciąż posiadają charakterystyczną lekkość, sprężystość i objętość.

Rozczarowaniem okazał się dla mnie olej lniany- jest zdecydowanie zbyt mocno obciążający, przez co moje włosy zaczynają się strączkować i tracą odbicie od nasady. Podobny efekt uzyskiwałam nawet mając włosy wysokoporowate, dla których olej ten jest dedykowany- ale cóż, ile włosów, tyle przypadków!

Olejem, który zachwycił mnie szybkością swojego działania był odżywczy olejek do włosów Vianek- już po pierwszym użyciu widoczne było wygładzenie i nabłyszczenie włosa (a przypominam, że na efekty olejowania należy poczekać, czasem bardzo długo- jak widzicie, moja droga do pięknych włosów trwała aż 4 lata! Dlatego zachęcam do bycia wytrwałą, bo warto!). Co więcej- nie tylko ja obserwuję natychmiastowe działanie olejku Vianek- jeśli czytałyście historię Magdaleny to zapewne pamiętacie, że również wspominała o tym efekcie:

"Wasze Historie"- historia Magdaleny


Pobudzenie wzrostu włosów

Chociaż moim pierwotnym celem był szybki przyrost włosów, to w pewnym momencie włosomaniactwo weszło na stałe do mojego planu pielęgnacji. Kiedy najbardziej zależało mi na zapuszczeniu włosów, tuż po nieszczęśliwej metamorfozie, jak na złość włosy nie chciały rosnąć! Aktualnie bardziej zwracam uwagę na ich możliwe zagęszczenie (oczywiście w granicach możliwości genetycznych- warto jednak walczyć o każdy babyhair!) oraz ogólną kondycję niż przyrost, jednak w toku swojego włosomaniactwa wypróbowałam kilka znanych wcierek:

1. Jantar- dawała bardzo dobre efekty zarówno w kwestii przyrostu włosów jak i ilości babyhair, jednak stosowana dłużej niż miesiąc przyspieszała przetłuszczanie się skóry głowy. Nie posiada jednak całkowicie naturalnego składu, dlatego postanowiłam zmienić ją na bezpieczniejszy kosmetyk.

2. Wcierka Babuszki Agafii – nieznacznie ale widocznie pobudzała wzrost włosów, nie zauważyłam po niej znacznego zwiększenia ilości babyhair,

3. Napar z kozieradki – daje efekty porównywalne z Jantarem, wysyp babyhair oraz przyrost włosów zdecydowanie zauważalny i satysfakcjonujący, nie przyspieszyła przetłuszczania włosów,

4. Normalizujący tonik-wcierka do skóry głowy, Vianek – ten produkt dał u mnie najbardziej spektakularne efekty w kwestii babyhair! Pojawiło się ich całe mnóstwo aż mogłam zaczesać je niczym grzywkę. Nie zauważyłam za to znaczącego przyrostu włosów na długości.

Zdarza mi się wcierać olej w skórę głowy, jednak nie wykonuję tego systematycznie, ponieważ olej na skórze głowy nie powinien pozostawiać dłużej niż przez 30 minut. Stwarza to ryzyko czopowania mieszków włosowych, ich niedotlenienia a tym samym- osłabienia i wypadania włosów. Natomiast nałożone oleje na długości włosa trzymam kilka godzin (np. idąc do pracy lub na siłownię).


Podsumowując:

Moje początki świadomej pielęgnacji były bardzo trudne- mimo stosowania przeróżnych kosmetyków, systematycznego olejowania, podcinania, braku stylizacji na gorąco i bogatej pielęgnacji, moje włosy wyglądały bardzo nieestetycznie i aż ciężko było uwierzyć, ile czasu poświęcałam na ich pielęgnację. Frustrujący był brak jakichkolwiek efektów przed ok. 2 lata świadomej pielęgnacji! Dopiero rezygnacja z comiesięcznego farbowania włosów farbami chemicznymi pomogła mi uzyskać pierwsze efekty. Zmiana farby chemicznej na hennę przyczyniła się nie tylko do poprawy kondycji włosa ale także umożliwiła mi uzyskanie pożądanego, naturalnie wyglądającego odcienia rudości.

Kolejnym krokiem milowym w pielęgnacji było wdrożenie pielęgnacji PEH, dzięki której włosy wyglądają nienagannie niezależnie od warunków atmosferycznych oraz zastosowanych kosmetyków, które chętnie zmieniam w poszukiwaniu ideałów!

Pielęgnację opieram tylko i wyłącznie na kosmetykach naturalnych, żaden ze stosowanych przeze mnie preparatów nie zawiera silikonów a mimo to udało mi się osiągnąć efekt gładkiej tafli na włosach.


Mam nadzieję, że moja włosowa historia będzie dla Was motywacją w walce o piękne włosy! Ufam, że te z Was, które zastanawiają się, czy pielęgnacja włosów bez silikonów jest w stanie przynieść zadowalający efekt przekonają się, że istnieją ich naturalne zamienniki, równie skuteczne a jednocześnie nie szkodzące środowisku ani fryzurze!

Koniecznie dajcie znać, jak wygląda Wasza pielęgnacja włosów, czy stosujecie naturalne kosmetyki? Jakie są Wasze doświadczenia?

Możecie również wysyłać mi swoje historie na meila: kosmetologia-naturalnie@wp.pl - najciekawsze zostaną opublikowane, by być inspiracją i wsparciem dla pozostałych Czytelniczek!

Pozdrawiam serdecznie!

Copyright © 2018 kosmetologia-naturalnie.pl