[273.] Maska Kallos Banana- na przekór uwielbieniu milionów!

[273.] Maska Kallos Banana- na przekór uwielbieniu milionów!


Maski firmy Kallos cieszą się niesłabnącą sławą najbardziej rozchwytywanych masek fryzjerskich. I nie bez powodu- w cenie 10 zł otrzymujemy aż 1L produktu. Warto się skusić chociażby po to, żeby wypróbować jej działanie na sobie.

Osobiście nie jestem zwolenniczką tych masek ze względu na mizerny skład. Jednak nie chcąc wydawać opinii tylko na podstawie przeczytania składu INCI, postanowiłam zakupić wersję bananową i wypróbować na swoich włosach.

Co producent pisze o produkcie?
"Bananowa maska z zawartością aktywnych składników - A, B1, B2, B3, B5, B6, C, witamina E, olej z oliwek i ekstrakt banana - błyskawicznie nawilża, odmładza i pobudza włosy. Tworzy specjalną warstwę ochronną na włosach, dzięki czemu są bardziej odporne na szkodliwe działanie gorącego powietrza oraz inne czynniki atmosferyczne. Rozjaśnia, nadaje gładkość i miękkość suchym, słabym, matowym włosom."

INCI: Aqua, Cetearyl Alcohol (emolient), Cetrimonium Chloride, Olea Europaea Oil (oliwa z oliwek), Parfum (bardzo wysokie stężenie), Citric Acid, Cyclopentasiloxane (silikon), Dimethiconol (silikon), Propylene Glycol (humektant o właściwościach drażniących gruczoły łojowe), Musa Sapientium Fruit Extract (esktrakt z banana), Niacinamide (witamina B3), Calcium Pantothenate (pantotenian wapnia), Sodium Acsorbyl Phosphate, Tocopheryl Acetate, Pyridoxine HCI, Maltrodextrin Sodium Starch, Octenylsuccinate Silica, Benzyl Alcohol, Methylchloroisoth Iazolinone, Methylisothiaz Olinone.

(Po zastosowaniu klasycznym maski.)

Po klasycznym zastosowaniu maski szału nie ma- włosy się puszą i na całej długości niesfornie odstają. Cóż- po tym składzie nie spodziewałam się cudów i cudów rzeczywiście nie ma. Natomiast maska ta świetnie spisuje się w innej roli- do wygładzania końcówek!

(Kallos Banana nałożony na końcówki)

Po umyciu włosów nakładam maskę, która bardziej odpowiada moim włosom. Spłukuję ją i dopiero po rozczesaniu włosów, zamiast nałożyć silikonowe serum, rozcieram w dłoniach odrobinę Kallosa i nim zabezpieczam końcówki!
Maska Kallos sprawdza się u mnie jako baza do wkręcania w nią inne półprodukty- aktualnie prym wiodą mieszanki olejów Babuszki Agafii oraz oleje: lniany i sezamowy. Również bardzo dobrze sprawdza się jako baza dla maceratu oleju rycynowego i kory dębu, o którym pisałam Wam w poście o przyciemnianiu włosów domowym sposobem: KLIK!

Na sam koniec pozwolę sobie poruszyć kwestię zapachu maski- wiele osób zachwyca się tym zapachem. Dla mnie jest za ostry, wręcz duszący i nieprzyjemny. Mimo tak mocnego zapachu- nie utrzymuje się on na włosach.

Ze względu na cenę i wydajność, warto ją mieć w łazience jako "pogotowie półproduktowe". W innych celach, zwłaszcza pielęgnacyjnych, nie spełnia obietnic producenta.

A Wy znacie Kallosy? Lubicie?
Pozdrawiam,

[272.] Charakteryzacja Hello Kitty

[272.] Charakteryzacja Hello Kitty


Jaka była Wasza ulubiona bajka w dzieciństwie? Jedną z moich ulubionych było Hello Kitty i sentyment do tej bajki pozostał mi aż do teraz ;). Dlatego dziś postanowiłam pokazać Wam swoją wersję charakteryzacji Hello Kitty! 

Jako, że tytułowy bohater bajki jest charakterystycznym, bezpyszczkowym stworkiem, w mojej charakteryzacji główną rolę gra spora ilość płynnego lateksu, przy którego pomocy zakleiłam usta. Nieodzownym elementem bajki jest duża ilość różu i słodyczy, tak więc makijaż oka wykonałam bardzo cukierkowy, w odcieniach fioletu, różu i z dużą ilością brokatu.





Zaklejenie ust lateksem nie jest szczytem możliwości charakteryzatorskich, jakie można byłoby tutaj zastosować, jednak wciąż się uczę. Natomiast makijaż oka wyszedł mi na tyle ciekawie, że szkoda byłoby mi nie pokazać Wam tej charakteryzacji!

Gdyby kogoś zainteresowały uszka, to można je dostać tutaj: KLIK!

Jestem ciekawa Waszych opinii!
Pozdrawiam,

[271.] Przyciemnienie włosów domowym sposobem- olej rycynowy i kora dębu.

[271.] Przyciemnienie włosów domowym sposobem- olej rycynowy i kora dębu.


Ponad miesiąc temu przeszłam zmianę koloru włosów. Z czerwieni, którą nosiłam ponad rok, zdecydowałam się na ombre z zamiarem odstawienia farb chemicznych. Rude kosmyki poprawiam henną khadi, natomiast brązowa farba jest bardzo dobrze dobrana, prawie nie odróżnia się od mojego naturalnego koloru włosów. Prawie, bo włos farbowany zawsze będzie się minimalnie różnił od naturalnego. Zdecydowałam się delikatnie przyciemnić odrost przy pomocy mieszanki z olejem rycnowym i korą dębu.

Olej rycynowy przyciemnia włosy ale również wzmacnia je i stymuluje do wzrostu. Kora dębu oprócz właściwości przyciemniających, zmniejsza przetłuszczanie się włosów. Wykonanie maceratu z użyciem tych składników jest banalnie proste, jednak potrzebuje czasu na dojrzenie.


Jak wykonać macerat?
1. Do garnuszka wsypujemy 2 łyżki stołowe kory dębu i zalewamy 200g (dwie duże butelki) oleju rycynowego.
2. Ogrzewamy przez 15-20 minut na wolnym ogniu, co jakiś czas mieszając.
3. Przelewamy mieszankę do zamykanego pojemnika i odstawiamy na 2 tygodnie.
4. Po tym czasie przecedzamy korę dębu.


Macerat jest półproduktem. Gdy zamierzam nałożyć go na skalp, mieszam 1 łyżeczkę maceratu z 1 łyżeczką maski Kallos i dopiero taką mieszankę nakładam na skórę głowy. 

Mieszankę stosuję tylko 1x w tygodniu. Trzymam ją na włosach 30 minut- pamiętajcie, żeby nie trzymać olejów/masek zbyt długo na skórze głowy, ponieważ to sprawia, że włosy zaczynają wypadać. Mieszanka zmywa się bezproblemowo szamponem z łagodnymi detergentami. 

Po trzykrotnym użyciu mieszanki odrost prezentuje się następująco:



W świetle lampy błyskowej odrost minimalnie się odznacza, jednak w świetle dziennym jest on niemal niezauważalny. Liczę, że ta metoda sprawi, że na długi czas będę mogła odstawić farby chemiczne i uda mi się zapuścić ładne, naturalne włosy...
... które zapewne posłużą mi jako baza do dalszych eksperymentów z kolorem =)

Mam nadzieję, że zainteresowałam Was tym tematem!
Pozdrawiam,

[270.] Prosta transformacja w wampirzycę.

[270.] Prosta transformacja w wampirzycę.

Ostatnio na blogu pokazywałam Wam, jak wykonać ranę imitującą ugryzienie wampira. Dziś pokażę Wam swoją propozycję wampirzej charakteryzacji. Oba makijaże będą świetne dla tych z Was, które wybierają się na imprezę halloweenową z partnerem lub przyjaciółką.

 (Charakteryzację z ugryzieniem wampira znajdziecie tutaj: KLIK!)


Przyznam, że taka charakteryzacja "chodziła za mną" już od dawna. Niestety, przez długi czas nie mogłam znaleźć odpowiedzi na pytanie: "Jak wykonać wampirze kły?" 

Pierwszą moją myślą był zakup gotowych- zdecydowałam się na kły firmy Kryolan- są to najłatwiej dostępne kły a do tego w przystępnej cenie. Walczyłam z nimi ostro, ale nie udało mi się ich dopasować. Jestem z nich tak samo niezadowolona jak pozostałe dziewczyny wypowiadające się pod aukcją. Przeglądając internet natrafiłam na kolejną ofertę- kły Scarecrow. Mimo wielu pozytywnych opinii na zagranicznych portalach nie zdecydowałam się na zakup. Nie ze względu na wysoką cenę (100 zł za parę) ale fakt, że kły te trzeba ściągnąć po 15 minutach, by nie zniszczyły szkliwa. W tak krótkim czasie nie byłabym w stanie wykonać zdjęć na blog a tym bardziej wykonać charakteryzację na sesję zdjęciową ani iść na imprezę...


Kolejnym błyskotliwym pomysłem było wykonanie kłów własnoręcznie. Na necie wpadłam na bardzo prosty tutorial- otóż wystarczyło roztopić plastikową łyżeczkę we wrzątku, uformować kształt kła i przykleić do zęba. Cóż- mimo gotowania łyżeczki przez długi czas, nie roztopiła się ani troszkę. Kolejna próba zakończona fiaskiem.

 Danie główne będzie z kotka!

I w końcu nadeszła wiekopomna chwila- wpadłam na najprostszy i najlepszy sposób wykonania kłów! Wystarczyło sięgnąć po tipsy (żadne specjalne, zakupione w chińskim markecie), przyciąć je nożyczkami w odpowiedni kształt i przykleić na klej Corega do protez ;).


Potrzeba ok. 10 minut, żeby kły na prawdę dobrze przykleiły się do zębów. Po tym czasie jesteśmy w stanie swobodnie rozmawiać i poruszać żuchwą, bez ryzyka przesunięcia się kłów. Nie są one jednak zamocowane na tyle mocno, by można było w nich jeść- także jeśli idziecie na imprezę halloweenową, weźcie ze sobą klej Corega, by móc przymocować kły dowolną ilość razy. Na sesję zdjęciową na pewno spiszą się wzorowo! 

 Zbliżenie na makijaż oka. O moim sposobie na idealną kreskę pisałam Wam tutaj: KLIK!

Kły można również pokryć sztuczną krwią, by dodać charakteryzacji bardziej przerażającego wyrazu, ja jednak postawiłam na makijaż halloweenowy w stylu glamour. 
Mam nadzieję, że spodobał się Wam!
Pozdrawiam,





[269.] Rio Rio!

[269.] Rio Rio!



 
W dzisiejszym poście chciałabym pokazać Wam efekty drugiej części sesji zdjęciowej, w której miałam przyjemność uczestniczyć będąc w Warszawie. Pierwszą część, w azjatyckim klimacie możecie przypomnieć sobie tutaj: KLIK!

Dziś pokażę Wam zdjęcia w bardziej egzotycznym i gorącym klimacie! Mimo, że do Sylwestra jeszcze bardzo dużo czasu, to ja jak typowa sroka, zapragnęłam dużej ilości cekinów w makijażu! Tym razem "makijaż" nie skupiał się na twarzy Modelki a bardziej na dekolcie, tworząc strój, jakiego na pewno nie powstydziłaby się tancerka z Rio de Janeiro!



Ekipa:



Marta jest nie tylko utalentowaną Modelką, ale również tancerką! I wielbicielką kotów, więc bardzo szybko znalazłyśmy wspólny temat do pogaduszek =). A czasu na gadanie miałyśmy sporo, ponieważ tego typu "makijaż" jest bardzo pracochłonny- przyklejałam każdy cekin osobno, raz po razie.



Makijaż, który wykonałam w głównej mierze opierał się na dekoldzie. Wzór wymyśliłam wcześniej, tak samo jak i dobór kolorów cekinów. Natomiast makijaż twarzy był kompletnie spontaniczny- na poniższym filmiku możecie zauważyć, że Marta początkowo ma całkiem inaczej pomalowane powieki: 



Mam nadzieję jednak, że finalna wersja całego makijażu przypadła Wam do gustu =)
Pozdrawiam serdecznie i czekam z niecierpliwością na Wasze opinie oraz uwagi!

[268.] Babuszka Agafia, żeń-szeniowy scrub do twarzy tłustej i problematycznej.

[268.] Babuszka Agafia, żeń-szeniowy scrub do twarzy tłustej i problematycznej.


Lubicie peelingi? Od kilku lat ten typ kosmetyku przeżywa rozkwit. Na rynku pojawiają się coraz nowsze produkty i ciężko zgadnąć, który jest dla nas odpowiedni?

Najlepszą metodą w tym wypadku jest metoda prób i błędów oraz czytanie składów INCI. Wyróżniamy trzy podstawowe typy peelingów: 
- gruboziarnisty: w większości stosowany do zabiegów na ciało, przy skórze grubej i mocnej,
- drobnoziarnisty: zastosowanie na twarz lub na ciało przy skórze wrażliwej i delikatnej,
- enzymatyczny: do stosowania na delikatną i wrażliwą skórę twarzy, rzadko wykorzystywany na ciało. 

(Natomiast o tym, dlaczego warto czytać składy INCI i na jakie nazwy zwracać uwagę pisałam Wam tutaj: KLIK!)

  
W przypadku mojej tłustej, trądzikowej i jednocześnie naczynkowej cerze bardzo dobrze spisują się peelingi drobnoziarniste. Do tej pory najchętniej wykorzystywałam peeling ze skały wulkanicznej ze strony zrobsobiekrem.pl, ponieważ jest to produkt pozbawiony zbędnych dodatków. Półprodukt dodawałam do mieszanki OCM i wykonywałam masaż twarzy.

Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie zapragnęła urozmaicenia! Tym razem moją uwagę przykuł żeń-szeniowy scrub (czyli peeling) do twarzy tłustej i problematycznej. Skład brzmiał bardzo obiecująco:

INCI
Salt (sól), Glycerin (gliceryna), Butyrospermum Parkii (masło shea), Cocamidopropyl Betaine (łagodny detergent), Panax Ginseng Powder (puder żeń-szeń), Macadamia Ternifolia Seed Oil (olej macadamia), Vaccinium Vitis-ldaea Leaf Extract (liść borówki brusznicy), Rosa Canina Fruit Oil (olej dzikiej róży), Organic Cera Alba (organiczny pszczeli wosk), Tocopherol (witamina E, konserwant), Parfum.



Przede wszystkim należy pamiętać, że peeling stosuje się maksymalnie raz w tygodniu a nie jak jeszcze do niedawna sądzono: 2-3x w ciągu tygodnia! Zbyt częste stosowanie peelingu będzie prowadziło do podrażnienia skóry a w efekcie wzmożonego wysypu niedoskonałości (w przypadku cery tłustej) lub przesuszeń (skóra sucha).

Powyższy peeling mogę zaliczyć do grona ulubieńców: mimo sporej ilości masła shea oraz gliceryny nie zapycha porów ani nie pozostawia tłustej warstwy. Jest to bardzo delikatny, jednak skuteczny peeling. Moja skóra nie czerwieni się przy nim zbyt szybko, dlatego mam czas na wykonanie masażu.  Po zastosowaniu peelingu wypryski zdecydowanie szybciej się goją- mają na to wpływ zarówno usunięcie martwego naskórka jak i żeń-szeń.

W mojej opinii peeling nie posiada wad. Posiada jednak dwie dość istotne cechy, o których należy pamiętać:
1. Dodatek delikatnego detergentu (Cocamidopropyl Betaine) sprawia, że wystarczy zmyć makijaż płynem micelarnym lub mleczkiem a następnie przejść do peelingu. Możemy pominąć etap żelu, ponieważ ten peeling wykazuje właściwości myjące. 

(O tym, dlaczego oczyszczanie twarzy jest istotne i w jaki sposób powinno przebiegać pisałam Wam tutaj: KLIK!)

2.  Peeling ma słony smak- także należy zwrócić szczególną uwagę, by nie dostał się do oczu, niemniej jednak przedostanie się go do jamy ustnej jest równie nieciekawym przeżyciem.


Po wykonaniu peelingu warto nałożyć maseczkę. Jeśli nie macie na to czasu, można zostawić powyższy peeling na twarzy przez kilka minut. Dzięki zawartości oleju makadamia, oleju z dzikiej róży, ekstraktu z borówki brusznicy i innych, peeling wykazuje właściwości nawilżające i przeciwstarzeniowe.

A Wy jakie lubicie peelingi? Znacie powyższy?
Pozdrawiam,

[266.] Ajuwerdyjski olejek do twarzy i ciała z różowym lotosem, khadi.

[266.] Ajuwerdyjski olejek do twarzy i ciała z różowym lotosem, khadi.



Dziś przychodzę do Was z recenzją olejku, który miał być hitem. Miał, jednak wyszło z tego coś innego... Od roku stosuję na noc oleje zamiast kremu i moja skóra jest w tak dobrym stanie, jak nigdy. Do tej pory sama sporządzałam mieszanki olejów dostosowane do potrzeb mojej skóry, jednak postanowiłam wypróbować gotowy kosmetyk. 

Olejki firmy khadi cieszą się sporą popularnością. Na ich temat możemy przeczytać wiele pozytywnych recenzji. Dlatego kiedy nadarzyła się okazja, postanowiłam zakupić olejek. Zdecydowałam się na wersję z różowym lotosem, ponieważ jest polecana do cery mieszanej. Dla przypomnienia, jestem posiadaczką cery tłustej z tendencją do trądziku i rozszerzonych naczynek, jednak nie znalazłam bardziej odpowiadającej mi wersji z asortymentu khadi. 

Obietnice producenta:
Ajurwedyjski olejek do twarzy i ciała z różowym lotosem przeznaczony do pielęgnacji skóry mieszanej. Regularnie stosowany pomaga utrzymać jedwabiście miękką skórę, zapewnia odpowiedni stan jej uwodnienia. Pomaga zredukować nadmierną produkcję sebum. Zawiera zioła o działaniu ściągającym.

  • Czerwony lotos ogranicza nadmierną produkcję sebum
  • Lajjalu ma działanie ściągające, usuwa nadmiar gorąca
  • Brahmi łagodzi podrażnienia, przyspiesza gojenie drobnych ranek
  • Kora z drzewa banianowego wykazuje właściwości ściągające i oczyszczające
  • Manjistha pobudza krążenie, oczyszcza skórę, działa antyseptycznie
  • Olej z łusek ryżowych wygładza zmarszczki, działa nawilżająco; poprawia wygląd cery, zawiera naturalny filtr przeciwsłoneczny
  • Olej sezamowy i słonecznikowy nadaje skórze jedwabistą miękkość
  • Olej z neem zapobiega infekcjom skóry
  • Olej z nasion z marchwi chroni skórę przed promieniowaniem UV
Aromaterapia:

  • Lawenda odpręża, wycisza, pomaga zredukować stres
  • Devadaru działa relaksująco, uśmierza nerwy
  • Yang yang jest afrodyzjakiem, łagodzi depresję
Objętość netto: 10 ml, cena ok. 12 zł


INCI:
Oryza sativa oil (olej ryżowy), Sesamum indicum oil** (olej z sezamu indyjskiego), Helianthus annuus oil** (olej słonecznikowy), Nelumbo nucifera (kwiat lotosu), Rubia cordifolia, Centella asiatica (wąkrota azjatycka), Ficus benghalensis (drzewo banjanowe), Lavandula angustifolia (Lawenda), Tocopheryl acetate (witamin E), Cananga odorata (ylang ylang), Mimosa pudica (mimoza), Cedrus deodara (cedr himalajski), Azadirachta indica (Neem), Daucus carota sativa (marchew zwyczajna), Geraniol*, Linalool*, Limonene*, Benzyl Alcohol*, Eugenol*, Benzyl Salicytate*, Farnesol*, Benzyl Benzoate*, Coumarin*.
* część składowa naturalnego eterycznego olejku
** pochodzi z kontrolowanych upraw ekologicznych

Olejek ma bardzo lekką konsystencję, mogłabym określić go jako olejek suchy. Wystarczą 2 krople, by nanieść olejek na całą twarz, niestety, dłonie nie ślizgają się po skórze jak przy użyciu klasycznego olejku, a tarcie skóry tylko przyspiesza jej starzenie, dlatego najlepszą formą aplikacji jest wklepywanie. Omijam okolice oczu. Przy wcześniej wspomnianych 2 kroplach na całą twarz, olejek wchłania się w skórę błyskawicznie i można nałożyć makijaż. Podkład mineralny nie spływa, nie waży się nałożony na olejek. Nakładając olejek większą ilością uzyskujemy efekt "poślizgu", jednak wtedy nie wchłania się tak dobrze, dlatego lepiej w taki sposób wykorzystywać go na noc.


Z obietnic producenta na pewno sprawdziła się obietnica regulacji pracy gruczołów łojowych- nie zaobserwowałam łojotoku czy rozszerzenia porów. Natomiast olejek nie miał wpływu na pojawianie się i gojenie wyprysków. Gdy stosowałam własne mieszanki olejów, wypryski potrafiły zniknąć w ciągu 3-4 dni. Stosując ten olejek, po tygodniu pryszcz wciąż dumnie prezentował się na skórze, w pełnej, czerwonej okazałości! Nie zauważyłam również, żeby olejek nawilżał- zaraz po jego zastosowaniu skóra nie była ukojona a wręcz przeciwnie- bardziej reaktywna i zaczerwieniona. Stosowanie uprzykrzał zapach- kojarzył mi się z tanimi odświeżaczami powietrza. 

Żałuję, że olejek nie spisał się. Jest to kosmetyk nieodpowiednio dobrany dla potrzeb mojej skóry. Myślę, że mogą po niego sięgnąć osoby o skórze mieszanej, ale bez tendencji do wyprysków i odwodnionej cery. Nie poleciłabym go osobom o cerze wrażliwej i naczyniowej. Osobiście do wersji z różowym lotosem nie wrócę, ale chętnie zapoznam się z innymi wersjami olejków khadi. Mam nadzieję, że inny egzemplarz z kolekcji zrekompensuje niesmak pozostawiony przez różowy lotos. Zwłaszcza, że składy INCI wszystkich olejków są na prawdę świetne!

Pozdrawiam,

[265.] Volume Million Lashes Feline, Loreal - tusz niewarty swojej ceny.

[265.] Volume Million Lashes Feline, Loreal - tusz niewarty swojej ceny.



Loreal jest marką uważaną za ekskluzywną. Nie każda Pani stosowała kosmetyki Loreal, jednak każda je kojarzy i ma o nich dobre zdanie- wyrobione głównie na podstawie reklam. Nie od dziś wiadomo, że reklama dźwignią handlu. Jednak żeby nie wyrabiać sobie zdania o marce tylko na podstawie subiektywnej oceny składu, czasem kupię kosmetyk tej firmy, by móc na własnej skórze poznać jego działanie.

Od niedawna Loreal wypuścił kilka nowych tuszy do rzęs a wśród nich wersję "Feline". Na blogach doczekała się pozytywnych recenzji. Poczułam się skuszona i gdy tylko zorientowałam się, że w Hebe tusz ten jest przeceniony na 40 zł z 60 zł, postanowiłam go wypróbować. Dodam, że mój egzemplarz tuszu był ostatnim na półce, co tym bardziej zachęciło mnie do szybkiego zakupu. 


Tusz posiada silikonową szczoteczkę, którą bardzo polubiłam. Umożliwia wytuszowanie rzęs od nasady, nie skleja ich ani nie tworzy grudek. Niestety, na tym kończą się jego zalety. Tusz daje bardzo przeciętny efekt, lepiej spisuje się nawet tusz Lovely Pump Up (cena regularna 10 zł!) a do mojego ulubieńca Rimmel Lash Accelerator Endless (cena regularna 30 zł) nie umywa się w ogóle! Tusz daje efekt, który mogłabym nazwać ledwo zauważalnym. Gdy nakładam więcej warstw, by mocniej podkreślić spojrzenie, zaczyna sklejać rzęsy.

U góry- rzęsy bez tuszu, poniżej- oko lewe: zastosowanie 3 warstw tuszu, oko prawe: zastosowanie większej ilości tuszu.

Tusz podkreśla rzęsy bardzo delikatnie a nie takiego efektu spodziewałam się za kosmetyk "z górnej półki" w wysokiej cenie! Kolejny problem pojawia się przy zmywaniu- tusz nie jest wodoodporny jednak bardzo ciężko się go zmywa. 
Jedną z niewielu zalet tuszu jest jego estetyczne opakowanie- wspaniale prezentuje się na toaletce, przyciąga wzrok. Jednak nie po to kupuję tusz, żeby stał i pięknie wyglądał!

A czy Wy znacie Feline? Jakie są Wasze odczucia?
Pozdrawiam!

Copyright © 2017 kosmetologia-naturalnie.pl