[522.] Dermokonsultancje z Orietnatą- relacja

[522.] Dermokonsultancje z Orietnatą- relacja

Praca na stanowisku dermokonsultantki była dla mnie dużym doświadczeniem - to dzięki niej nauczyłam się rozmowy z Pacjentem (nie pod kątem sprzedaży ale w jaki sposób przedstawiać zawiłe zagadnienia dot. pielęgnacji, by były zrozumiałe dla przeciętnej osoby) a także nabrałam pokory dla tego, jak przeróżne potrafią być problemy kosmetyczne. Bardzo dobrym przykładem jest trądzik- chociaż sama skutecznie zwalczyłam go przy pomocy metody OCM i pielęgnacji zimnotłoczonymi olejami, zrozumiałam, że to nie oznacza iż jestem ekspertem i każdej osobie z trądzikiem ta metoda pomoże. Mnogość osób i przypadków z jakimi się spotkałam dała mi równie wiele jak studia kosmetologiczne. O ile prowadzenie dermokonsultacji mam w małym palcu i z przyjemnością wspominam tę pracę, o tyle - zabawna rzecz - nigdy sama nie korzystałam z dermokonsultacji jako Pacjent!

Kilka miesięcy temu w moim sąsiedztwie został otwarty sklep Eco Life z ekologiczną żywnością i naturalnymi kosmetykami. Wiedziona ciekawością zaglądnęłam do sklepu i nie pożałowałam, ponieważ znajduje się w nim pełna oferta wielu kosmetyków naturalnych! Od tamtej pory zaglądam tam systematycznie i tak trafiłam na informację, że w punkcie będą odbywały się dermokonsultacje z firmą Orientana. Pomyślałam, czemu nie skorzystać?


Sama nie wiedziałam, czego mam się spodziewać - niby markę Orientana kojarzyłam, wiedziałam jakie ma składy (niektóre wzorowe, niektóre niestety nie do końca naturalne a przynajmniej nie wg moich kryteriów) ale jakoś nigdy do tej pory nie było mi po drodze z tymi kosmetykami, nawet sama nie umiem powiedzieć, dlaczego? Chyba miała na to wpływ dostępność marki, akurat w sklepach w których najczęściej robię zakupy, po prostu nie było Orientany. Dzięki sklepowi Eco Life mogłam bliżej zapoznać się z tymi kosmetykami i zainteresować nimi:



Na dermokonsultacje nie przyszłam anonimowa - zapytałam wcześniej o możliwość wykonania zdjęć, dlatego też Panie wiedziały, że przyjdzie blogerka jednak bardzo miłą niespodzianką okazało się, że Pani Dermokonsultantka poczytuje mój blog! Bardzo szybko znalazłyśmy wspólny język i przepadłyśmy w rozmowie nad słusznością stosowania kosmetyków naturalnych (a jakże!). 





Pani Dermokonsultantka przybliżyła mi informacje o wszystkich kosmetykach Orientana - mogłam każdy z nich powąchać, zapoznać się ze składem i konsystencją. Bardzo cenną informację było dla mnie wskazanie, że w ofercie firmy Orientana znajduje się bardzo dużo kosmetyków o bezolejowych formułach jak maski i esencje. Sądzę, że to ciekawy wybór dla osób obawiających się olejów w składach kosmetyków przy czym przypominam, że są one niezbędne, dla prawidłowego nawilżenia skóry jeśli jesteśmy narażone na zmienne warunki atmosferyczne jak wiatr, mróz, wysoka i niska temperatura, czy wilgotność. Jednak bezolejowe maski, które stosujemy w warunkach domowych jak najbardziej są ciekawą opcją! Jest to właśnie jeden z tych elementów, na który sama bym nie wpadła, gdybym nie udała się na dermokonsultacje lub nie zapoznała wnikliwie z firmą (a jak wspomniałam wcześniej - jakoś do tej pory mi ona umykała i znałam ją jedynie pobieżnie). 


Kosmetyki Orientana mogłabym polecić zwłaszcza tym z Was, które interesują się koreańską pielęgnacją, ale jednocześnie zwracają uwagę na składy INCI. W ofercie znajdziemy kilka rodzajów esencji, wciąż trudno dostępnych wśród kosmetyków naturalnych a także typowe ekstrakty wykorzystywane w Azji jak śluz ślimaka. Swoją drogą, Orientana może pochwalić się najwyższą dopuszczoną ilością śluzu ślimaka w swoich preparatach, dlatego jest on obecny już na początku składu kremu.



 Mnie osobiście bardzo zaintrygował bioferment z żeń-szenia zawarty w esencji - wiecie, że przygodę z biofermentami rozpoczęłam już dawno i stosuję je głównie w pielęgnacji włosów, jednak w czasopismach branżowych coraz więcej pisze się o wyjątkowej skuteczności biofermentów. Działają mocnej i skuteczniej niż "klasyczne" wyciągi (także drogie Panie, od teraz zamiast świeżego ogórka na twarz kładziemy kiszonki (fermenty) ;)). Biofermenty dopiero docierają na Polski rynek natomiast w Azji są popularne od dłuższego czasu. Żeń-szeń jest znany ze swych przeciwstarzeniowych właściwości i jeśli można dostać go w kosmetykach w "skondensowanej" dawce, jestem na tak!


Zaintrygowała mnie także seria z szafranem - to nowość w ofercie marki, którą cechuje treściwa konsystencja. Sądzę, że może to być na prawdę mocno nawilżający kosmetyk i pokładam w nim nadzieję! W dodatku krem zaciekawił mnie zapachem - jak większość kosmetyków Orientana, zapachy są charakterystyczne dla Azji, zwłaszcza obrębu Indii (w końcu pielęgnacja "azjatycka" to nie tylko pielęgnacja koreańska. Orientana łączy ze sobą dobrodziejstwa zarówno surowców wykorzystywanych w Ayurwedzie jak i w medycynie Dalekiego Wschodu) aromaty te są ciepłe, korzenne, wyraźnie wyczuwalne. Są intrygujące i rzadko spotykane wśród kosmetyków dostępnych w Polsce.
 

Oczywiście Orientana to nie tylko kosmetyki służące do wzbogacenia pielęgnacji ale także preparaty wykorzystywane w codziennej rutynie jak kremy, olejki, kosmetyki do demakijażu, szampony, odżywki i wiele innych! Zachęcam Was do zapoznania się z ofertą a poniżej pokażę Wam jeszcze kilka kosmetyków, które mnie zaintrygowały:

 Po prawej maska-esencja z biofermentem z żeń-szenia.



 Poniżej skład INCI:



Dermokonsultacje były przeprowadzone na bardzo wysokim poziomie. Pani Dermokonsultantka posiada bardzo dużą wiedzę z zakresu pielęgnacji jak i substancji aktywnych stosowanych w kosmetykach. Mówię to z ręką na sercu - jestem klientem zadającym trudne pytania, na które osoba bez odpowiedniego wykształcenia nie potrafi szczegółowo odpowiedzieć. Jak później się okazało, Pani Dermokonsultantka posiada wykształcenie kierunkowe co niewątpliwie podniosło wartość i wiarygodność przekazywanych informacji.

Podczas dermokonsultacji otrzymałam pakiet reklamowy z całym mnóstwem próbek a także dwoma maskami! Osoby o cerach wrażliwych i alergicznych szczególnie wiedzą, jak ważna jest możliwość otrzymania próbki produktu. Chciałabym, by więcej marek decydowało się na saszetkowanie produktów w próbki a także na prowadzenie dermokonsultacji! 


Na sam koniec chciałabym podziękować ekipie sklepu Eco Life oraz firmie Orientana za możliwość wykonania tej relacji! Chciałabym także zaprosić Was do sklepu Eco Life, ponieważ ma bardzo szeroką ofertę, nie tylko kosmetyków ale także produktów spożywczych. Jest zlokalizowany poza centrum (a w Rzeszowskim centrum korki są katorgą, dlatego sama rzadko tam jeżdżę samochodem!), w pobliżu dużego parkingu jak i przystanków autobusowych. Lokalizacja jest bardzo atrakcyjna i dobrze oznakowana, za co duży plus! Pokażę Wam, co jeszcze można znaleźć w tym sklepie:

 Oczywiście nie mogło braknąć Sylveco ;).

 Szeroka gama kosmetyków Eco Laboratorie, którą również bardzo chwalę!



 Kosmetyków GoCranberry nie znam, ale składy mają ciekawe!

 Widzicie na powyższym zdjęciu wodę aloesową Beaute Marrakesh? Aktualnie to mój hit!

 Oleje Etja jak i żel aloesowy Equilibra również mocno polecam!

 Pełna oferta kosmetyków dla dzieci (te mydełka Yope niesamowicie mnie ciekawią!)

 Szeroki asortyment produktów bezglutenowych...

... nieprzetworzonych ...

 ... zdrowych!

 Przekąski wcale nie muszą źle smakować - Biosaurusy chętnie wcinam, gdy łapie mnie chwila słabości!

 Mój ulubiony olej kokosowy do włosów - Bio Planete Virgin (z miąższu a nie kopry kokosa) !

Jestem bardzo ciekawa, czy byłyście już kiedyś na jakiś dermokonsultacjach? Jeśli tak - jakiej firmy i jakie były Wasze odczucia? Jestem ciekawa, czy ta relacja przypadła Wam do gustu? 

Zastanawiam się, czy nie iść na dermokonsultacje z ... Sylveco? Z jednej strony może to wydawać się śmieszne, w końcu ich ofertę znam od podszewki ale z drugiej strony - być może są wśród Was osoby, które chciałyby przeczytać taką relację? Na dermokonsultacje innych marek nie zamierzam się wybierać - nie kojarzę, by jeszcze jakieś firmy kosmetyków naturalnych prowadziły takie eventy. Czekam na Wasze opinie i sugestie!



Kolejne dermokonsultacje w Eco Life już 25 maja, na które w imieniu Eco Life zapraszam! Osobiście jednak nie będę mogła w nich uczestniczyć, ponieważ będę na innym wydarzeniu... Zgadujcie jakim a ja już w następnej notce dam Wam znać, gdzie się wybieram!

Dajcie znać, kto da się skusić na dermokonsultacje? Osoby z Rzeszowa - dajcie znać, czy odwiedzicie Eco Life!

Pozdrawiam i życzę miłego dnia! =)
[521.] Wyniki konkursu z okazji 10tys. like!

[521.] Wyniki konkursu z okazji 10tys. like!

Nadszedł 13 maj i najwyższa pora wyłonić Zwycięzcę konkursu, który zorganizowałam z okazji przekroczenia 10 tys. polubień fanpage Kosmetologia Naturalnie na Facebooku. Chociaż miałam wystarczająco dużo czasu na to, by zapoznać się z przesłanymi do mnie historiami, wybór najlepszej pracy był nie lada wyzwaniem! Do konkursu przystąpiły aż 77 osoby (już w pierwszym dniu, w kilka godzin po publikacji posta konkursowego otrzymałam pierwsze 3 zgłoszenia)!

Przyznam Wam szczerze, że obawiałam się, czy wymagania jakie postawiłam w zadaniu konkursowym (opisanie swojej historii) nie będzie zbyt wymagające i czy w ogóle dostanę jakieś prace. Wiem, że spisanie swojej historii kosmetycznej to czasem niemal spisanie swojego życiorysu (ponieważ u wielu z Was pierwsze problemy kosmetyczne pojawiły się w wieku nastoletnim, niektóre były z Wami od dziecka) i zajmuje sporo czasu, który nie zawsze da się ot tak wygospodarować. Nie każdy też ma ochotę dzielić się swoim doświadczeniem czy tym bardziej zdjęciami swojej twarzy. Ponadto zdaję sobie sprawę, że mimo, iż licznik polubień na fb przekroczył tak okrągłą sumę, to jednak osób śledzących mnie na bieżąco jest jedynie garstka. Wszystkie te myśli sprawiły, że obawiałam się iż konkurs będzie klapą ale gdzieś z tyłu głowy jakiś głosik podpowiadał mi, że nie ma co myśleć negatywnie i z pewnością znajdzie się ktoś, kto prześle mi swoją pracę. Dlatego serdecznie chcę podziękować wszystkim z Was, które poświęciły swój czas, napisały swoje historie i postanowiły wziąć udział w konkursie!

Wasze historie ujęły mnie za serce - KAŻDA! Nieważne, czy była ona kwieciście napisana czy też przez osobę mającą "ciężkie pióro". Wiele z Was w treści meila pisało takie zdania jak "Mam nadzieję, że dotrwasz do końca (...)" , "Wiem, że nie umiem ładnie pisać (...)" - DZIEWCZYNY! Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy ma dar do ładnego pisania =). Wysyłając do mnie swoją historię nie liczy się stylizacja wypowiedzi ale jej SENS! To, że Wasze historie są autentyczne i pokazują, jak wiele potrafią zdziałać naturalne kosmetyki jest na prawdę niesamowite! Widząc niejednokrotnie na Waszych zdjęciach spektakularne efekty "przed" i "po" wprowadzeniu prawidłowej pielęgnacji a także czując prawdziwe emocje jakie targały autorką historii i ja miałam łzy szczęścia w oczach! I na prawdę nieważne, czy ktoś swoją historię ubierał w słowa z polotem, czy używał prostych zdań - te emocje są wyczuwalne podczas czytania każdej z wysłanych do mnie historii!

Dla przypomnienia nagroda w konkursie (dodatkowo bezpośrednio od Producenta zostanie przesłany do Zwycięzcy krem Lush Botanicals, który ze względu na brak konserwantów musi zostać wyprodukowany w świeżej partii). Więcej szczegółów w poście konkursowym.
 
Jednak przejdźmy w końcu do wyłonienia Zwyciężczyzni ponieważ sama już chcę podzielić się z Wami jej historią! Jak wspomniałam wcześniej, konkurencja była spora i wyłonić tę jedną, jedyną osobę było wyjątkowo ciężko jednak mam nadzieję, że po przeczytaniu tej historii będziecie ze mną zgodne, że nagroda została przyznana słusznie! 

Zwycięzką historią jest historia Irminy, której autorka boryka się od dziecka z kruchymi naczynkami i wrażliwą cerą a na dodatek w wieku nastoletnim dopadł ją naprawdę ciężki trądzik... Zresztą, przeczytajcie same!

__________________________________

"Moja cera nigdy nie była idealna - jako dziecko miałam problem z pękającymi naczynkami. Do Komunii szłam z piękną, czerwoną plamą pod okiem ;-) Apogeum nadeszło jednak dopiero w okresie dojrzewania, kiedy chodziłam do gimnazjum. Na mojej skórze pojawiły się wielkie, ropne gule, które praktycznie zasłoniły czoło i brodę. W tamtych czasach nie słyszałam jeszcze o pielęgnacji naturalnej. Znałam trzy alternatywy - kosmetyki z supermarketu, wizytę u dermatologa i czyszczenie cery u kosmetyczki. Ta pierwsza była oczywiście opcją codzienną - żele, toniki i preparaty punktowe na bazie alkoholu były postawą pielęgnacji. Kremu nie używałam - uważałam, że przy trądziku nie jest on niezbędny. Często wyciskałam krostki, co zaowocowało dość konkretną kolekcją blizn i przebarwień. Jako nastolatka pierwszy raz wybrałam się do dermatologa. Diagnozą oczywiście był izotek, na leczenie którym się nie zdecydowałam. Później dostałam receptę na jakiś alkoholowy płyn w pojemniku z gąbką, którego nazwy niestety nie pamiętam. Działał podobnie do moich ukochanych kosmetyków - wysuszał cerę, która odwdzięczała się kolejnym atakiem trądziku. Kilka lat później ginekolog przepisał mi tabletki antykoncepcyjne, które miały poprawić stan mojej cery. Faktycznie, przez okres ich przyjmowania było całkiem nieźle. Po odstawieniu moja twarz zaczęła wyglądać tak źle, jak nigdy dotąd.


Jej stan nie polepszył się nawet kilka miesięcy po odstawieniu. Wszystkie kosmetyki powodowały zaognianie się zmian. W tamtym okresie sięgałam głównie po serię z liści manuka Ziai. Na co dzień używałam bardzo mocnych podkładów - królował Estee Lauder Double Wear. 

Któregoś dnia trafiłam na aplikację, która pozwalała czytać składy po zeskanowaniu kodów kreskowych. Wtedy też wrzuciłam większość moich kosmetyków ;-) w tym momencie zaczęłam powoli interesować się kosmetykami niedrogeryjnymi, jednak nie byłam jeszcze świadoma tego, co mi szkodzi i po co nie powinnam sięgać. Swoje kroki skierowałam do mydlarnii. Kupiłam wtedy krem z zielonej herbaty do cery tłustej, zieloną glinkę, hydrolat różany i afrykańskie czarne mydło. Po wdrożeniu tej pielęgnacji krostki stawały się mniej czerwone, z czasem robiło się ich mniej. Niestety moja radość nie trwała długo.

Po kilku miesiącach używania mydła moja twarz zaczęła być bardzo wrażliwa. Zawsze miałam skłonność do naczynek, ale wtedy wystarczyło umycie twarzy wodą, żeby cała skóra była czerwona! Niedługo później pojawiło się pieczenie i ściągnięcie, a każda krosta zaczęła zostawiać plamę. Oczywiście nadal używałam kryjących podkładów. 

Na blog Kosmetologia Naturalnie trafiłam niechcący, szukając w Google sposobu na określenie typu skóry. Jednego dnia przeczytałam wszystkie posty, zapisując sobie harmonogram dbania o cerę. Na żółtych karteczkach notowałam każdy kosmetyk, który mógłby się u mnie sprawdzić. Kluczowy okazał się być post o białych glinkach. Nie wiedziałam, że można oczyszczać skórę w taki sposób. Tak delikatna pielęgnacja była mi obca. Miałam świadomość tego, że mam problem z naczynkami, ale lekceważyłam to, bo przecież skoro mam trądzik to muszę mieć cerę mieszaną, prawda? ;-) dopiero lektura bloga odpowiedziała mi, że powinnam rozważyć ten kierunek w pielęgnacji. Wstyd przyznać, ale wcześniej nie znałam też pojęcia oczyszczania etapowego - po prostu zmywałam makijaż miceralem i płukałam twarz wodą. Po wprowadzeniu dwóch kroków  (glinka i miceral), trądzik zaczął się wycofywać. Pomocny okazały się również łagodzący hydrolat z melisy i lekki krem, które zniwelowały problem ściągnięcia i pieczenia. Od początku konsekwentnie stosuję się do wspomnianego harmonogramu - co do pozycji pilnuję nakładanie oleju, serum czy maseczki. Przestałam bać się masek nawilżających, a olej (malinowy), który kiedyś podejrzewałam o zapychanie okazał się zbawieniem dla mojej skóry. Nauczyłam się także stosować serum. Ponad wszystko pokochałam też peeling enzymatyczny - wcześniej sięgałam tylko po mechaniczne, które "roznosiły" pryszcze po twarzy. Pierwszy zestaw kosmetyczny jaki skompletowałam okazał się strzałem w 10 (widocznie czytałam blog bardzo dokładnie! :D)

Pielęgnację naturalną połączyłam z lekką zmianą diety - przede wszystkim przestałam jeść kilogramy słodyczy i fastfoodów. Po kilku miesiącach czuję się jak po operacji plastycznej ;-) ciężkie podkłady zastąpiłam podkładem mineralnym od Anabelle Minerals. Ostatnio nie zaliczam już niespodzianek nawet przed mięsiączką. Cera jest bardziej ujednolicona, rzadziej robi się czerwona. Przebarwienia i blizny pozostały, ale to kolejny punkt na mojej liście żądań do wykonania. Myślę jednak, że ogromnym sukcesem jest fakt, że w krótkim czasie (ok. 4 miesiące) osiągnęłam to, o co walczyłam przez całe życie. 
 

Dzięki zainteresowaniu się pielęgnacją naturalną zdobyłam większą świadomość w również w temacie dbania o własne zdrowie. Chętnie analizuję składy kosmetyków, coraz mocniej trafia do mnie żartobliwa idea "nie smaruj skóry tym, czego byś nie zjadła" - w przenośni oczywiście ;-) zaczęłam zgłębiać wiedzę także w temacie tego, jak na skórę i zdrowie działają różne rodzaje pokarmu. Dzięki temu schudłam już 7 kg, a podejrzewam że czekoladą była jednym z głównych winowajców w kwestii mojego trądziku.

Cieszę się, że trafiłam na Twój blog. Jego lektura diametralnie odmieniła moje życie. Dziękuję!"
 
 
Aktualnie stosowane kosmetyki przez Irminę:
- Płyn micelarny Biolaven, 
- Hydrolat melisowy Bioline,
- olej z nasion malin Etja,
- nawilżająca maseczka Planeta Organica,
- peeling enzymatyczny Sylveco,
- biała glinka Bioline,
- serum anti-age dla cery tłustej i mieszanej Planeta Organica.
______________________

Jestem niezwykle ciekawa, co sądzicie o tej jakże spektakularnej metamorfozie! Mam nadzieję, że będzie dla Was motywacją do tego, że warto zwracać uwagę na składy kosmetyków!

Z racji tego, iż dostaję wiele pytań, czy opublikuję także inne przesłane historie a ja sama widzę, że naprawdę było mnóstwo wspaniałych historii oczywistym jest, że chciałabym je stopniowo publikować. Są one niesamowitą motywacją oraz lekcją, zarówno dla osób dopiero myślących o zmianie pielęgnacji jak i dla weteranów. Każdy może z tych historii wyciągnąć coś dla siebie a ja sama widzę, jak przeróżne są cery i jak odmienne mają preferencje! Zakładam, że skoro każda osoba wysyłająca mi swoje zgłoszenie była gotowa na publikację, to nie będziecie mieć nic przeciwko, że pozostałe historie będą pojawiać się w przyszłości =). Jeśli jednak z jakiś przyczyn nie życzycie sobie, by Wasza historia została opublikowana, uprzejmie proszę o kontakt meilowy (biuro@kosmetologia-naturalnie.pl).

A jeśli są wśród Was osoby, które wahają się, czy przesyłać do mnie swoje historie - czy to ze względu na "ciężkie pióro" czy też w obawie, że efekt finalny jest mało ciekawy - od razu mówię - WYSYŁAJCIE! Każda historia jest cenna, godna uwagi i pokazuje, że naturalne kosmetyki są dla każdego! Zarówno dla nastolatek, młodzieży, młodych mam i ich rodzin czy Pań w wieku dojrzałym! Można je stosować mając duże problemy dermatologiczne jak trądzik czy AZS ale można także je stosować nie mając żadnych zmian skórnych - w końcu świadomy wybór kosmetyków to prewencja zdrowia i urody na przyszłość a także dbałość o nasze środowisko!

Pozdrawiam Was serdecznie i czekam na Wasze opinie!
[520.] Półprodukty, które zrewolucjonizowały pielęgnację moich włosów!

[520.] Półprodukty, które zrewolucjonizowały pielęgnację moich włosów!

O równowadze PEH wspominam Wam niemal w każdej notce dotyczącej pielęgnacji włosów - nie bez powodu! Znalezienie recepty na idealną fryzurę niemal graniczy z cudem, jednak nie jest wiedzą tajemną ani skomplikowaną, co odkryła każda Włosomaniaczka - wystarczy pamiętać, że niezbędne są trzy grupy substancji: Proteiny, Emolienty i Humektanty (PEH) oraz odpowiednie proporcje pomiędzy nimi. Proporcje te zależne są od kilku zmiennych, w tym wyjściowej kondycji włosa, dotychczasowej pielęgnacji, warunków atmosferycznych czy indywidualnych "upodobań" naszych kosmyków - ile fryzur, tyle przypadków! U każdej osoby sprawdza się coś innego nawet, jeśli ich włosy wydają się być niemal identyczne, dlatego nie ma innej rady, jak próbować u siebie różnych rozwiązań.

Brzmi skomplikowanie? Ale tylko na początku! Wszystkie niezbędne informacje dotyczące pielęgnacji PEH zawarłam w mini poradniku, który w przystępny sposób pomoże tym z Was, które pierwszy raz mają z nią styczność:


Mimo, iż sama znam już całkiem dobrze preferencje swoich włosów, to jednak lubię od czasu do czasu spróbować nowych formuł czy surowców kosmetycznych w celu sprawdzenia, czy polubią się z moimi włosami. Osobiście zauważyłam, że w przypadku moich włosów lepiej spisują się czyste półprodukty czy tuningowanie nimi w wysokim stężeniu gotowych kosmetyków niż szukanie kolejnych gotowych preparatów. Chociaż rzadko dzielę się z Wami przepisami na domowe kosmetyki, to powiem szczerze, że zdarza mi się "ukręcić" coś dla samej siebie. Tworzenie własnego kosmetyku jest jak szycie sukienki na miarę - umożliwia dobór odpowiednich substancji czynnych w odpowiednim stężeniu tak, by dały maksymalnie dobry efekt! Brzmi cudownie, prawda? Tylko to, co sprawdza się u mnie, niekoniecznie sprawdzi się u innych osób, dlatego nie widzę sensu dodawania na blog kolejnych przepisów. Jeśli jednak chciałybyście, żeby takie posty pojawiały się, koniecznie dajcie mi znać!

Testując na swoich włosach kolejne nowości, wpadłam w ostatnich tygodniach na 3 półprodukty, które diametralnie zmieniły stan moich włosów! Próby wykonywałam kilkakrotnie i za każdym razem efekt był równie zadowalający. Chociaż powyższe półprodukty znacie już z mojego bloga, to tym razem zastosowałam je w odmiennych konfiguracjach.

I. Czysta gliceryna (glicerol) jako humektant pod oleje


Gliceryna w mojej opinii jest bardzo niedocenianym półproduktem - większość osób z przerażeniem powiela informacje o jej niesamowicie komedogennych właściwościach - tak mocnych, że nawet zastosowana w żelu myjącym powoduje to straszne zapchanie cery! NIC BARDZIEJ MYLNEGO!

Oczywiście z pewnością znajdą się osoby, których cery źle reagują na glicerynę poprzez powstanie niechcianych niedoskonałości. Jednak zdecydowana większość osób ulega panice i mając małą wiedzę nt. kosmetyków i pielęgnacji wydaje osąd. Obserwując składy kosmetyków jednym z najczęściej powtarzających się jest właśnie gliceryna i osoby twierdzące iż "wszystko je zapycha" z automatu zwalają winę na glicerol. Popularność gliceryny w kosmetykach wynika nie tylko z przystępnej ceny ale także bardzo dobrych właściwości nawilżających (jest humektantem), zmiękczających naskórek czy też usprawnieniu działania innych substancji czynnych jak ekstrakty roślinne. Nic więc dziwnego, że jest tak chętnie wykorzystywana!

Gliceryna jest substancją higroskopijną, bardzo dobrze rozpuszczalną w wodzie. Dlatego też bez trudu daje się spłukać już pod wpływem bieżącej wody nawet jeśli jest zastosowana w stanie czystym a co dopiero zastosowana w kosmetyku, gdzie jej stężenie często nie przekracza kilku procent. Dlatego tak istotnym czynnikiem jest oczyszczanie twarzy, które powinno być przeprowadzane dokładnie oraz dwa razy dziennie (rano i wieczorem)- nie tylko ze względu na usunięcie ze skóry potencjalnie pozostającej na twarzy warstwy gliceryny, ale ogólnie zmycie resztek kosmetyków, naprodukowanego sebum i zanieczyszczeń dnia codziennego (np. smog). Pozostawianie takiej mieszanki na twarzy prowadzi do utleniania się sebum, powstawania substancji mogących działać drażniąco na cerę i zaostrzać tym samym objawy cery trądzikowej. Brak prawidłowego i DOKŁADNEGO oczyszczania prowadzi w prosty sposób do powstawania wągrów i zaskórników.



W mojej łazience gliceryna jest obecna zawsze- wzbogacam nią hydrolaty, by wykazywały właściwości nawilżające, dodaję do maseczek czy innych kosmetyków DIY. Fantastycznie sprawdza się nałożona na dłonie pod treściwe masło w formie kuracji. Niejednokrotnie ratuje mnie w trakcie kataru, gdy nic nie pomaga na podrażnioną skórę na nosie i policzkach (gliceryna jako jedna z niewielu substancji nie podrażnia tkliwej skóry, za to skutecznie pomaga hamować powstawanie "suchych skórek" będących następstwem pocierania nosa chusteczką). Nie tak dawno wspominałam Wam, że bardzo dobrze sprawdza się u mnie metoda nawilżającego (humektantowego) podkładu pod oleje stosowane na włosy- stosowanie czystego humektantu pod olej przynosi u mnie dużo lepsze rezultaty niż zastosowanie maski/odżywki do włosów z dodatkiem gliceryny (stężenie ma znaczenie!). Pierwsze próby nakładania humektantu pod olej zakończyły się falstartem - żel aloesowy Equilibra stosowany pod oleje przy włosach zniszczonych, suchych i wysokoporowatych dawało - w mojej ówczesnej opinii- nieprzewidywalny efekt. Raz włosy były zachwycające, innym razem jakby trafił w nie piorun. Wtedy jeszcze nie znałam tajników pielęgnacji wg PEH i nie potrafiłam zrozumieć, co "mówią" do mnie moje włosy. 

Swoją drogą świetny post o tym "co mówią Twoje włosy" opublikowały Dziewczyny z SophieCzerymoja! Jeśli nie umiecie zrozumieć, czego Waszym włosom potrzeba, koniecznie zerknijcie!

Kolejne nieśmiałe próby nakładania humektantowego podkładu pod olej na włosy trwały przy okazji... stosowania serum silnie nawilżającego Clochee. Serum to jest genialne w swojej prostocie i szczerze je Wam polecam - to kompleks humektantów, którego zadaniem jest właśnie mocne nawilżenie skóry. Aplikując serum na twarz, przy okazji postanowiłam zaaplikować także na włosy. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, włosy po 2-3 zastosowaniach stały się znacznie bardziej śliskie i lśniące, jednocześnie nie strączkowały się i nie były przyklapnięte. I chociaż bardzo kocham swoje włosy, to jednak żal było mi serum Clochee stosować na nie, ponieważ znikało bardzo, ale to bardzo szybko a na mojej twarzy spisywało się równie świetnie. Postanowiłam więc spróbować z innym kosmetykiem i na pierwszy "ogień" poszedł czysty kwas hialuronowy od Mydlasie. Efekt był równie fenomenalny a cena kosmetyku znacznie bardziej przystępna. Niestety kwas hialuronowy Mydlasie szybko się skończył, ponieważ na moje długie włosy zużywałam spore ilości kosmetyku. Z braku innego humektantu pod ręką, sięgnęłam po glicerynę, ponieważ jak wspomniałam wcześniej, zawsze jest obecna w moich zasobach kosmetycznych. Początkowo obawiałam się jej lepkiej konsystencji, czy aby na pewno uda mi się domyć włosy? Próbowałam rozcieńczać ją z wodą jednak wtedy robiła się płynna niczym woda i jej aplikacja na włosy była utrapieniem. Zaryzykowałam więc i nałożyłam glicerynę na włosy bez zbędnego kombinowania!


Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania - włosy wciąż są niesamowicie gładkie, lśniące, nie puszą się ani nie strączkują! Gliceryna jako podkład pod olej (aktualnie sięgałam po oliwkę dla dzieci Anthyllis Baby i bardzo odpowiada moim włosom- jest na bazie oleju sojowego, więc chyba powinnam wypróbować czysty olej sojowy na włosy. Niestety, oliwka już się skończyła, dlatego postanowiłam powrócić do oleju, który kiedyś bardzo lubiłam - makadamia! A że każda firma jaką wypróbowałam miała innej jakości olej makadamia, to tym razem postanowiłam wypróbować propozycję kolejnej firmy i tak zaopatrzyłam się w olej makadamia od Mydlasie! Z pewnością napiszę Wam o tym oleju coś więcej niebawem) sprawdziła się wzorowo a w dodatku nie ma problemu z jej dostępnością - można ją kupić w każdej aptece! Za powyższe opakowanie (100g) zapłaciłam ok. 8 zł. więc jest to wersja przystępna dla kieszeni i z pewnością warto wypróbować tę metodę u siebie!

II. Połączenie L-cysteiny z biofermentem z alg


O obu półproduktach miałam już przyjemność Wam opowiadać- L-cysteinę (zakupioną na zrobsobiekrem.pl) nazywam "naturalnym Olaplexem" ponieważ nadbudowuje się we włosie, dostarczając mu tym samym mostków dwusiarczkowych. Ten aminokwas (w równowadze PEH zaliczany do grupy "protein") rozpuszczam najpierw w masce do włosów a następnie aplikuję ją po ich umyciu na kilkanaście minut. Efekty są widoczne po pierwszym użyciu, włosy stają się bardziej mięsiste, mocniejsze, jakby "grubsze" w dotyku. 


Natomiast bioferment z alg postanowiłam wypróbować w opozycji do mojego ulubieńca do zabezpieczania końcówek włosów, biofermentu z bambusa (oba zakupione na ecospa.pl). Okazał się on całkowicie odmiennym surowcem, nie sprawdził się jako kosmetyk do zabezpieczania końcówek za to zdecydowanie mocniej niż bambus wygładzał i zmiękczał włosy po umyciu, gdy dodawałam go do odżywki.


W ogóle muszę Wam przyznać, że biofermenty (ogólnie, nie tylko z bambusa i z alg) stają się coraz bardziej doceniane w pielęgnacji. Oczywiście trend ten przybywa do nas z Azji, ale wstępne badania pokazują, że biofermenty wykazują dużo lepszą skuteczność niż ekstrakty przed poddaniem surowca fermentacji. Niedawno miałam przyjemność uczestniczyć w dermokonsultacjach firmy Orientana (relację zdam Wam oczywiście na blogu) i przyznam, że mocno zainteresowała mnie Bio maska-esencja z żeń-szeniem koreańskim właśnie w postaci fermentowanej. Ogólnie Orientana bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie gamą swoich kosmetyków - cieszę się, że wzięłam udział w dermokonsultacjach, ponieważ Pani Dermokonsultantka przybliżyła mi ideę marki, wyjaśniła jaki cel przyświecał przy powstaniu kolejnych produktów a także ich konsystencje oraz substancje aktywne. Móc dotknąć kosmetyk i przekonać się o jego formule to jednak znacznie więcej, niż suche czytanie składu INCI. Dzięki temu spotkaniu zainteresowałam się pewnymi kosmetykami i tym z Was, które chcą łączyć cechy pielęgnacji koreańskiej (tudzież azjatyckiej) z poprawnością składów INCI stosowanych preparatów powinny zwrócić uwagę na ofertę Orientana, ponieważ znajduje się w niej wiele preparatów o konsystencjach wodnistych i żelowych, idealnie wkomponujących się w wieloetapową pielęgnację. Zresztą szczegóły z tego Wydarzenia przedstawię Wam niebawem!


Wróćmy jednak do tematu tej notki - z L-cysteiną mam jeden, drobny ale istotny szkopuł. Po jej zmyciu włosy są odrobinę szorstkie i mają tendencję do puszenia. Efekt ten mija po pierwszym umyciu a uczucie silniejszych i bardziej sprężystych włosów utrzymuje się znacznie dłużej, dlatego nie zawracam sobie znacznie nim głowy. Jedynie muszę pamiętać, by nie zastosować L-cysteiny przed ważnymi spotkaniami by mieć pewność, że nie muszę kontrolować fryzury. Natomiast bioferment z alg ma całkowicie odmienne działanie - świetnie wygładza włosy ale na moich łatwych do obciążenia często powodował "przyklap" i utratę objętości. Postanowiłam więc sprawdzić, co się wydarzy, jeśli połączę te dwie przeciwstawne substancje. Spodziewałam się kombo i tragedii na włosach w postaci oklapniętej fryzury u nasady i spuszonych końcach a jednak efekt niesamowicie pozytywnie mnie zaskoczył!

Włosy były przyjemnie gładkie, lśniące, miękkie. Znacznie łatwiej było mi je rozczesać- szczotka sunęła po włosach niczym po masełku! Efekt sztywności włosów i ich spuszenia był całkowicie wyeliminowany! Jednocześnie włosy wcale nie straciły na objętości, wciąż pozostawały sprężyste i nie strączkowały się. Nie straciły także szybko świeżości jak zdarzało się to po przedobrzeniu z samym biofermentem z alg.


A Wy bez jakich półproduktów nie możecie obejść się w pielęgnacji włosów? Polećcie jakieś swoje hity, chętnie przyjrzę im się bliżej! Jakie oleje sprawdzają się w pielęgnacji Waszych włosów? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii!

Pozdrawiam serdecznie!
Copyright © 2018 kosmetologia-naturalnie.pl