[442.] Denko maj 2017- malutkie i treściwe

[442.] Denko maj 2017- malutkie i treściwe


Przepraszam za opóźnienie z "Projektem Denko" w tym miesiącu ale kompletnie o nim zapomniałam! Całe szczęście jedna z Czytelniczek przypomniała o brakującym wpisie, dlatego szybciutko nadrabiam braki. 

Obserwuję pewną tendencję w moich denkach: są albo przeogromne albo całkiem malutkie. Dzisiejsze będzie należało do tych mniejszych, chociaż malutkim też bym go nie nazwała!


Pielęgnacja twarzy


1. Pianka odmładzająca, Eco Laboratorie
Odkąd wypróbowałam pianki Eco Laboratorie- przepadłam! Są niesamowicie delikatne i nie naruszają bariery hydrolipidowej! Przetestowałam wszystkie ale to właśnie wersja odmładzająca jest moją ulubioną ponieważ jest najdelikatniejsza i obserwuję po niej wyciszenie gry naczynkowej.

Pełna recenzja
Cena:  ok. 20 zł za 150 ml



2. Woda różana, Make Me BIO
Uwielbiam hydrolaty, ponieważ moja skóra nie toleruje pozostawionych na powierzchni substancji myjących, które znajdują się w większości gotowych toników. Hydrolat różany jest jednym z moich pierwszych, do których też z przyjemnością wracam. Wspomaga nawilżenie skóry a także wycisza cerę naczynkową! Wersja od Make Me BIO niczym nie ustępuje innym markom i warto po nią sięgnąć.


Cena: ok. 15 zł za 100 ml


3. Nawilżająca maseczka całonocna, Natura Siberica
Aktualnie na rynku niewiele jest maseczek całonocnych a tych o naturalnym składzie ze świecą szukać! Na szczęście Natura Siberica ma w swojej ofercie tę maskę i bardzo ją chwalę: wzmacnia barierę hydrolipidową, wycisza naczynka a także mocno nawilża, niezapychając przy tym skóry. Warto wypróbować zwłaszcza, jeśli jesteście fankami koreańskiej pielęgnacji!


Jak stosować maseczki i serum?
Cena: ok. 20 zł za 75 ml




4. Oczyszczające mleczko do demakijażu, Marilou BIO
To mleczko wpadło mi w oko ponieważ wyróżnia się składem: nie ma w sobie typowych substancji myjących a funkcję wiążącą zanieczyszczenia pełnią emulgatory! To bardzo dobry wybór dla suchych i wrażliwych skór.

Pełna recenzja
Cena: ok. 25 zł za 75 ml



5. Lekki krem brzozowy Sylveco 
Lekki krem nagietkowy był jednym z moich pierwszych kosmetyków naturalnych: zużyłam niezliczone ilości tego kremu! Wciąż lubię wracać do lekkich kremów Sylveco ale odkąd trądzik przestał spędzać mi sen z powiek, najczęściej wybieram wersję brzozową: przeznaczoną dla skór normalnych, suchych, wrażliwych, odwodnionych. Mocno nawilża, przeciwdziała starzeniu się skóry, łagodzi podrażnienia, eliminuje pojedyncze wypryski oraz pomaga je goić bez pozostawienia przebarwień! Wielofunkcyjny krem i warto go wypróbować.

Cena: ok. 30 zł za 50 ml

 
 6. Olej ze słodkich migdałów, Etja
Bardzo lubię oleje marki Etja, ponieważ wyróżniają się wysoką jakością. Olej ze słodkich migdałów znałam głównie z mieszanek (np. oliwka Hipp), postanowiłam więc w wypróbować go samodzielnie. Był w porządku, bo moja cera ogólnie bardzo lubi przeróżne oleje, ale nie było efektu "wow" jak po czarnuszce czy maśle awokado. Olej ze słodkich migdałów ma lekką konsystencję, całkiem dobrze się wchłania a stosowany w formie serum (a więc pod krem) bardzo dobrze się emulguje i wchłania całkowicie. Ten olej ma także bardzo dobre właściwości uelastyczniające skórę dlatego jest polecany dla przyszłych mam, żeby zapobiegać pojawianiu się rozstępów.

Cena: ok. 15 zł za 50 ml



7. Hydrolat z kocanki, EcoSPA
Hydrolat polecany dla cer naczynkowych, jednak znacznie różni się od np. różanego, także zalecanego dla takiego podtypu cery. Gdybym miała porównać oba hydrolaty, to różany poleciłabym dla cery naczynkowej ale suchej/normalnej a kocankę dla naczynkowej ale tłustej/mieszanej/trądzikowej. Ten kosmetyk mogłabym też polecić dla cer z trądzikiem różowatym, zwłaszcza w aktywnej fazie choroby. Hydrolat z kocanki ma też bardzo charakterystyczny zapach: kojarzycie bożonarodzeniowy kompot ze śliwek? Dokładnie ten sam ciężki, gryzący i dymny aromat. Mój Facet już zażyczył sobie kolejne opakowanie ale ja- mimo wielkiej miłości do Świąt Bożego Narodzenia- cieszyłam się, że mogę przestać wstrzymywać oddech podczas tonizacji!

Cena: ok. 13 zł za 100 ml



8. Normalizująca maseczka do twarzy, Vianek
Uwielbiam maseczki z glinek i szczerze zachęcam do urozmaicania nimi pielęgnacji! Tę maseczkę, ze względu na obecność kwasu salicylowego, stosowałam doraźnie- przed menstruacją moja cera szaleje a nawet najlepsze i najdroższe kosmetyki nie są w stanie zapobiec pojawianiu się wyprysków na tle hormonalnym. Pozostaje więc sprawić, by szybko się zagoiły: kwas salicylowy w tym wypadku spisuje się świetnie, zwłaszcza w połączeniu z glinką, jednak warto mieć na uwadze, że w przypadku kwasów, co za dużo to niezdrowo!

Jak stosować maseczki i serum?
Cena: ok. 5 zł za 10 g



9. Krem z filtrem SPF 30 Kafe Krasoty (La Cafe de Beaute)
Znalezienie kremu z wysokim filtrem UV o dobrym składzie jest niemożliwe- zawsze znajdzie się jakieś "ale". Jednak krem Kafe Krasoty szczególnie wyróżnia się pod względem składu dlatego z chęcią sięgałam po niego w zeszłym roku a także obecnym. Zazwyczaj sięgam po filtr SPF 50, jednak w zapasach miałam jeszcze SPF 30 i sukcesywnie zużyłam. Niestety, popełniłam gafę i chcąc zakupić nowy krem, tym razem SPF 50, zamówiłam... SPF 30... Wszystko przez identyczne opakowania! 

Spis kosmetyków z filtrami UV o dobrych składach

Pełna recenzja
Cena: ok. 27 zł za 75 ml



Pielęgnacja ciała


1. Intensywnie kojące masło do ciała, Vianek
Bardzo lubię zapach tego masła, jak i całej serii fioletowej do ciała marki Vianek! Masełko dobrze spełniało swoją rolę, nawilżało skórę i działało kojąco, jednak musiałam długo je rozmasowywać i wklepywać, żeby nie pozostawiało białych smug (oczywiście to efekt chwilowy, po kilku minutach od nałożenia te białe smugi i tak same by zniknęły). Za to na plus jest to, że firma powiększyła opakowania maseł i peelingów do ciała o 100 ml, jednocześnie pozostawiając te same ceny!

Cena: ok. 30 zł za 250 ml (na zdjęciu opakowanie 150 ml- stara gramatura)



2. Energetyzująco-detoksykujący peeling do ciała, Vianek
Mój ulubiony peeling do ciała! Wiem, że piszę to przy każdym peelingu Vianek ale wszystko zależy od tego, na jaki zapach mam ochotę. Czasem jest to zapach bzu z wersji łagodzącej, czasem wiśnia z ujędrniającej czy ciasteczko owsiane z wersji odżywczej. Od kilku tygodni jestem wielką fanką zapachu wersji energetyzująco-detoksykującej, na co zapewne mają wpływ wyższe temperatury a ten kosmetyk ma świeży zapach. Lubię go też za to, że w odróżnieniu od innych peelingów Vianek, ma w sobie sól zamiast cukru, przez co jest intensywniejszy ("przyjemne drapcianko", jak zwykłam go określać). Każdą wersję peelingu Vianek próbowałam conajmniej kilka razy za wyjątkiem wersji nawilżającej, mającej dodatek nasion czarnuszki- o ile olej z czarnuszki uwielbiam, o tyle nie znoszę jej zapachu (smaku jeszcze bardziej!) i nie wyobrażam sobie relaksu z użyciem peelingu o tym charakterystycznym zapachu.

Cena: ok. 20 zł za 250 ml


3. Peeling cukrowy orzeźwiający, Natural Secrets
Jak można się domyślić, peelingi do ciała zużywam całkiem szybko- lubię masaż z ich użyciem oraz efekt gładkiej skóry, który po nich uzyskuję. Peeling Natural Secrets był dla mnie nowością, którą zakupiłam na targach EkoCuda w Warszawie. To nowa marka kosmetyków naturalnych i trzymam kciuki za ich dalszy rozwój! Peeling dobrze złuszcza naskórek a przy tym jest niesamowicie wydajny: jeśli narzekacie na wydajność peelingów z Vianka, spróbujcie Natural Secrets! Pozostawia na skórze bardziej wyczuwalną powłokę, dlatego żeby nie przesadzić i nie być tłustą po peelingu, stosuje się go minimalne ilości. Urzekł mnie słoiczek, który zamierzam sobie zostawić =).

Cena: ok. 35 zł za 250 ml


4. Kojący żel do higieny intymnej, Vianek
O tym, jak istotny jest wybór żelu do higieny intymnej o dobrym składzie wspominałam Wam już nie raz! Okolice intymne przez bliskość z błonami śluzowymi są miejscem, przez które wchłaniana jest większość substancji zawartych w kosmetyku. Ponadto w pielęgnacji tej części ciała niesamowicie istotne jest prawidłowe pH! Moim ulubionym żelem jest kojący Vianek, ponieważ dobrze łagodzi wszelkie podrażnienia ale też dobrze nawilża.

Cena: ok. 20 zł za 300 ml



5. Nawilżający krem do rąk, Vianek
Uwielbiam kremy do rąk z Sylveco! Zarówno regenerujący o zapachu rumianku jak i Biolaven, ale odżywczy Vianek darzę miłością bezgraniczną. Natomiast wersja nawilżająca mnie rozczarowała- ale to moje bardzo subiektywne odczucie. Chociaż tę kompozycję zapachową (znaną z innych kosmetyków serii nawilżającej Vianek) lubię, to w kremie do rąk mi przeszkadzała. Nie przepadam też za kosmetykami z mocznikiem- oczywiście doceniam jego rolę i zdaję sobie sprawę, jak wielu suchym skórom służy, jednak mi on kompletnie nie podchodzi. Może to uprzedzenia, które tylko siedzą mi w głowie, że mocznik jest jedną z mniej stabilnych substancji i może zacząć przekształcać się w amoniak? Sama nie wiem...

Cena: ok. 15 zł za 75 ml




Pozostałe
 

1. Olej słonecznikowy, Ol`Vita
Ten olej z chęcią wykorzystuję i w kuchni i w łazience: jest bajecznie tani, najmniej komedogenny i świetnie spisuje się zarówno do olejowania włosów jak i demakijażu. Z pewnością kupię kolejne opakowanie!

Cena: ok. 14 zł za 500 ml



2. Mydło kuchenne, Yope 
Od kiedy porzuciłam płyny do mycia naczyń na rzecz mydła Yope, nie zakładam rękawiczek do tej nielubianej czynności a mimo to skóra dłoni jest dobrze nawilżona a paznokcie nie rozdwajają się. To mydło dobrze domywa naczynia, czasem mam wrażenie, że nawet lepiej niż niektóre znane środki czystości.

Pielęgnacja dłoni

Cena: ok. 15 zł za 500 ml



3. Odżywka do włosów, Biolaven
Moja nowa miłość! Do tej pory sięgałam zawsze po maskę jajeczną Babuszki Agafii, jednak szukałam dla niej alternatywy ze względu na niecałkiem naturalny skład. Mimo poszukiwań, nic nie spełniło moich oczekiwań aż nie wypróbowałam odzywki Biolaven (jeszcze zanim pojawiła się na rynku, miałam możliwość być jedną z testerek). To, co od razu mnie zaskoczyło, to inna konsystencja od pozostałych odżywek i masek z firmy Sylveco: jest mniej zbita, bardziej kremowa i dużo łatwiej rozprowadzić ją na włosach! Właśnie tego było mi trzeba, ponieważ w innych odżywkach i maskach Sylveco nie umiałam wyczuć, ile produktu powinnam nałożyć na włosy co skutkowało ich małą wydajnością. Ta odżywka bardzo dobrze wygładza i prostuje włosy a więc daje efekt, na którym najbardziej mi zależy. Zauważyłam też, że po tej odżywce zdecydowanie lepiej prezentują się końcówki włosów, są mniej spuszone i dłużej utrzymują zdrową kondycję! Natomiast jeśli chcę dodać włosom objętości, dodaję do tej odżywki glutek z siemienia i włosy wyglądają perfekcyjnie! Oj, chyba będę musiała napisać tej odżywce osobną recenzję, bo jestem nią zachwycona!

Cena: ok. 20 zł za 300 ml
__________________

Jestem ciekawa, czy znacie któreś z powyższych kosmetyków? Jakie macie z nimi doświadczenia? A może zainteresowałam Was którymś?

Koniecznie dajcie znać! Pozdrawiam,

[441.] Kosmetyki z Ukrainy- wierzyć składom kosmetyków spoza UE?

[441.] Kosmetyki z Ukrainy- wierzyć składom kosmetyków spoza UE?

Długi weekend czerwcowy spędziłam na wschodzie Europy: po raz pierwszy miałam przyjemność zawitać na Ukrainie a dokładnie zwiedzać Lwów. Zawsze, gdy wyjeżdżam poza Polskę odwiedzam lokalne drogerie i sklepiki, żeby rzucić okiem na asortyment kosmetyków naturalnych. Pod tym względem Ukraina niesamowicie mnie zaskoczyła: wiele kosmetyków posiadało dobre składy!

Ale czy skład podany na opakowaniu jest dokładnie tym, co znajduje się w kosmetyku? Skład INCI, który zawsze jest wyszczególniony na opakowaniu kosmetyków dostępnych w Polsce to wymóg dotyczący jedynie Państw członkowskich Unii Europejskiej. Na Ukrainie panuje większa "samowolka" i nie każdy kosmetyk ma wyszczególniony skład a jeśli ma, niekoniecznie musi on zgadzać się z tym, co znajduje się w opakowaniu.

Jednak ciekawość wzięła górę- postanowiłam zaopatrzyć się w kilka kosmetyków i wypróbować zwłaszcza, że ceny na Ukrainie są przystępne dla "polskiej kieszeni". Początkowo miałam plan kupić tylko te kosmetyki, które są eksportowane także na rynek UE i posiadają pełny skład INCI (np. Babuszka Agafia, Planeta Organica, Fitokosmetik) ale w szale zakupowym wpadło do mojego koszyka kilka produktów całkowicie mi nieznanych. 

Dziś pokażę Wam jedynie kosmetyki i ich składy. Jeszcze ich nie próbowałam ale jestem bardzo ciekawa, co sądzicie na temat ich składów. Natomiast będą one pojawiać się systematycznie w "Projektach Denko", być może któryś zasłuży na osobną recenzję? Przekonamy się a tymczasem zapraszam na przegląd!


Szampon "Pure & Natural" Nivea

Ten kosmetyk interesował Was najbardziej, dlatego od niego zaczniemy! Widząc hasło "pure & natural" obok "Nivea" parsknęłam śmiechem: ciekawe, ile tego "pure & natural" jest w składzie! Odwracam opakowanie i... czekała mnie całkiem miła niespodzianka!


Jak na Niveę, to przyznam, że skład zacny! Nie mamy tutaj SLS, SLES, glikoli, PEG, PPG, silikonów czy donorów formaldehydu! Skład nie jest idealny, bo SCS również jest dość silnym detergentem a dodatek soli w roli zagęstnika może wysuszać. Są na rynku szampony o lepszych składach, ale dorwać Niveę o TAKIM, niemal idealnym składzie?! Skusiłam się na zakup zwłaszcza, że szampon jest mocno emolientowy- jestem bardzo ciekawa, jak moje włosy zareagują na Eucerit: mam nadzieję, że będą po nim ładnie wygładzone a nie sklejone! Pożyjemy, zobaczymy. Natomiast wersja ta nie jest dostępna w Polsce: to też bardzo ciekawe, jak różne kosmetyki wypuszczają na rynek różni dystrybutorzy tej samej marki. Na Ukrainie mamy rosyjską Niveę a w Polsce- polską. Mam nadzieję, że polscy dystrybutorzy marki wezmą przykład ze wschodnich sąsiadów i będą wypuszczać linie o naturalnych składach. W mojej opinii to bardzo dobrze świadczy o marce, gdy dostosowuje się do oczekiwań klientów i poprawia składy lub wypuszcza linie bardziej przyjazne skórze i środowisku.


Żel do mycia ciała o zapachy jeżyny, Melica Organic:


Ten żel to jeden z tych kosmetyków "z górnej półki", ponieważ kosztował zawrotną sumę 20 zł. Też mamy tutaj SCS i sól (po prostu sól bardzo dobrze zagęszcza SCS i niektóre inne anionowe środki powierzchniowo-czynne jak SLS i SLES, nie trzeba dodawać jej dużo, żeby otrzymać zadowalającą konsystencję). Jednak skład jest na poziomie niektórych naszych polskich naturalnych i lubianych marek jak Organic Shop. Ze względu na piękny zapach postanowiłam wypróbować ten żel chociaż raczej jako chwilowe urozmaicenie od Vianków: tak delikatnych żeli jeszcze z pewnością przez długi czas nie zastąpi mi inny kosmetyk!

Pianka do cery wrażliwej z kolagenem marki Yaka


Już na pierwszy rzut oka opakowanie przypominało mi pianki EcoLaboratorie- wiecie, że mam słabość do pianek, dlatego postanowiłam wypróbować! Tutaj dla odmiany skład wzorowy a cena to tylko... 7 zł!


Peeling do ciała z awokado, Aroma


Skład: sól morska, olej awokado, olej ze słodkich migdałów, olejki eteryczne: neroli, pomarańczy, ylang-ylang, lawenda, geranium.

Całe szczęście, że mój facet zna język rosyjski, to i cyrylicę był w stanie odczytać- dzięki niemu kilka nadprogramowych kosmetyków wpadło do koszyka, m. in. ten peeling. Miałam przyjemność raz go użyć: spisuje się dobrze, przyjemnie złuszcza martwy naskórek ale... zapach ma okropny! Przypomina najtańsze odświeżacze powietrza. Ale za tę cenę kilku zł, jestem w stanie mu wybaczyć.


Balsam do włosów Looky Look

  
Tutaj mamy kilka substancji mogących powodować podrażnienie skóry (np. Behentrimonium Chloride), dlatego zamierzam stosować tę odżywkę jedynie na długości włosa a bez kontaktu ze skórą głowy. Jednorazowy wybryk za niecałe 10 zł chyba mi wybaczycie? ;)


Żel do mycia ciała, Yaka


Tutaj żel do ciała z ekstraktem z lipy. Znów pojawia się sól jako zagęstnik, także z pewnością wypróbuję, jak spisuje się jej systematyczne i długotrwałe stosowanie. Zawsze odradzam tę substancję- wyszłam więc na hipokrytkę kupując kosmetyki z tym składnikiem- a więc będę cierpieć... Ale jak tu się nie skusić, kiedy ten żel kosztował ok. 7 zł?

Szampon z proteinami pszenicy, Yaka


Szampon z tej samej marki, z dodatkiem protein pszenicy. Skład bez zarzutu, dlatego kosmetyk wkradł się w moje posiadanie!

Dla podkreślenia "wiodących" ekstraktów w opakowaniu obu kosmetyków zatopione są suszone części tych roślin:


O ile pszenica wygląda znośnie, o tyle lipa prezentuje się okropnie. Myślę, że efekt końcowy odbiega od ogólnie przyjętego pojęcia estetyki jednak te biedne, utopione ziółka mnie rozczuliły. Niemal tak mocno jak kolejne wydane 7 zł!


Krem-żel pod oczy Natura Siberica


Na ten krem-żel czaiłam się już od dawna, ale zawsze miałam pilniejsze wydatki, na które mogłam przeznaczyć te 35 zł. Gdy przeliczyłam ukraińską cenę tego kosmetyku na złotówki (ok. 25 zł) bez dwóch zdań postanowiłam go nabyć: zwłaszcza, że nie poleży długo w "zapasach", ponieważ krem pod oczy mam na wykończeniu. Był to niemal zakup konieczny- tak sobie tłumaczę!


Masło do ust: 

Pojemniczek po oderwaniu kartonika nie wyróżnia się NICZYM: nawet nie ma opisu producenta, także bardzo słabo wizualnie się prezentuje. Ale wiadomo: nieważne jak kosmetyk wygląda z zewnątrz, przede wszystkim  ma mieć dobry skład i działać! 

O ile skład prezentuje się ładnie: masło shea, masło koksowe, olej ze słodkich migdałów, ekstrakt olejku różanego, eteryczny olejek z palmarosy;

O tyle z działaniem jest "pod górkę": mimo stałej konsystencji w słoiczku, w kontakcie z ciepłem ciała masło momentalnie się roztapia. Zostawia na ustach płynną, tłustą warstwę (fuj!)- jakbym posmarowała usta olejem :(. W dodatku jest mocno perfumowane i niesmaczne- wolałabym, żeby w ogóle nie miało smaku. Ale nie będę płakać nad wydanymi 4 zł.


"Chińska" biała glinka, Fitokosmetik
 

Kultowa glinka, którą najbardziej lubię i po którą najczęściej sięgam. Koszt w Polsce to ok. 7 zł, na Ukrainie... 3 zł! Początkowo w moim koszyczku wylądowało chyba 5 tych glinek, ale nie wiem, jak zmieściłabym się z nimi do bagażu, dlatego odstawiłam część na regał ;).


Pasta wybielająca do zębów Bonimed

Już myślałam, że skład jest idealny, ale przegapiłam polisorbat :/ Dobrze, że kupiłam tylko jedno opakowanie- moja wina!


Krem do golenia Arko Men
 

Luby też znalazł coś dla siebie- już od dłuższego czasu szukamy kosmetyków "typowo męskich" jak pianki czy kremy do golenia o dobrych składach. Mam nadzieję, że ten krem okaże się strzałem w 10! Cena to ok. 5 zł.

Na sam koniec: maseczki! Zarówno w płachcie jak i w proszku (dwie ostatnie) marki Via Beauty. O ile wersje proszkowe mają ładne składy o tyle te w płachcie wydaje mi się, że są przekłamane. Składy bardziej przypominają wyszczególnienie substancji aktywnych, jednak tych maseczek był ogrom i tylko te kilka nie miały wypisanych substancji potencjalnie szkodliwych. Przykładowo: w niektórych maseczkach był wypisany alkohol poliwinylowy. Postanowiłam wypróbować, chociaż mam na uwadze, że mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. No ale za 2 zł sztuka?











Znalezienie kosmetyku naturalnego o całkowicie bezpiecznym składzie niemal graniczy z cudem jednak mam nadzieję, że któreś z tych kosmetyków podbiją moje serce. Podczas zakupów głównie kierowałam się ciekawością jak i atrakcyjną ceną, co wpłynęło na zakup kilku kosmetyków o nie do końca spełniającym moje oczekiwania składzie- co z tego wyniknie, jeszcze się okaże!

Traktujcie ten wpis bardziej jako ciekawostkę, niż kosmetyki, które poleciłabym do zakupu- produkty z Ukrainy nie podlegają regulacjom jak kosmetyki produkowane na terenie UE. Składy podane na opakowaniach mogą być niepełne, nie wiemy także, jakie wymogi sanitarne zostały spełnione przez marki produkujące te kosmetyki (a spacerując po targu w upalny dzień, zwłaszcza dziale mięsnym, gdzie nie było chłodni a sprzedawcy dotykali mięsa nie mając założonych rękawiczek ani czepków śmiem twierdzić, że standardy czystości na Ukrainie i w Polsce znacznie się różnią). 

Z pewnością pojadę jeszcze kiedyś na wschód: mimo początkowego szoku kulturalnego, Ukraina ma w sobie pewien urok. Z pewnością znów przywiozę jakieś pamiątki! Powyższe kosmetyki zakupiłam w drogeriach: Kosmo i Prostor a także zielarnii Eko-Lavka (szyld napisany cyrylicą). Natomiast widzę, że niektóre z tych kosmetyków można nabyć w sklepie Ukraina Shop, więc jeśli jesteście równie ciekawskie jak ja, możecie je wypróbować. Oby ta ciekawość nie zaprowadziła nas do piekła jakim byłoby pogorszenie stanu cery!

Pozdrawiam serdecznie! =D

[440.] Rozświetlacze marki Ecolore: "Daylight" i "Nightlight"

[440.] Rozświetlacze marki Ecolore: "Daylight" i "Nightlight"

Rozświetlacz to jeden z kosmetyków, bez którego nie wyobrażam sobie codziennego makijażu! Jego największą zaletą jest to, że "dopasowuje się" do kształtu twarzy- w zależności od tego, jak pada światło na twarz, jest bardziej lub mniej widoczny. Odbijanie światła w zależności od kąta jego padania sprawia, że nasza cera wygląda naturalnie!


Przy pomocy rozświetlacza jesteśmy w stanie wykonturować twarz poprzez uwypuklenie wystających części twarzy. Jeszcze kilka sezonów temu prym wiodły bronzery, jednak ich minusem było mało naturalne naśladowanie "cienia", które pojawiają się na szczupłych twarzach. Bez względu od ustawienia naszej twarzy i kąta padania światła, cień nadany bronzerem zawsze wygląda tak samo. Już na pierwszy rzut oka widać, że mamy makijaż a jeśli przesadzamy z ilością, jesteśmy "szczęśliwymi" posiadaczkami dwóch brązowych plam na policzkach zamiast konturowania. Jeśli dodatkowo mamy okrągłą lub pulchną twarz, efekt jest- niestety- karykaturalny...

Bronzer świetnie spisuje się np. do studyjnych sesji zdjęciowych czy tutoriali makijażowych, gdzie oświetlenie jest stałe. Gdyby nie bronzer, twarz modelki byłaby płaska. Jednak efekt, który widzimy na ekranie czy papierze to nie tylko kwestia bronzera ale także odpowiedniego ustawienia światła. Światło dziennie jest całkowicie inne i to sprawia, że bronzer wygląda w makijażu dziennym o wiele mniej korzystnie. Spróbujcie wykonać makijaż z dużą dozą bronzera a potem zróbcie kilka zdjęć w świetle dziennym z niekonwencjonalnej perspektywy jak: profil (całkowity!), lekko z tyłu z odrobiną widoczności policzka, czy od góry. W każdej z tych perspektyw bronzer potrafi wyglądać jak brudna plama... A przecież osoby trzecie w większości widzą nas z takiej perspektywy! "En face" widzą nas tylko te osoby, z którymi rozmawiamy patrząc w twarz a więc stosunkowo mało osób może podziwiać dzieło konturowania naszej twarzy w taki sposób, jak my widziałyśmy je w lustrze ;).


Rozświetlacz jest bardziej bezpiecznym kosmetykiem, ponieważ w zależności od perspektywy, w jakiej patrzą na nas osoby trzecie oraz intensywności światła, pojawia się lub zanika. Jest zawsze tam, gdzie być powinien i o odpowiednim czasie - inteligencik!- i za to go lubię!

Potocznie mówi się, że rozświetlacz uwypukla wystające części twarzy a efekt jest subtelny i nieprzerysowany. Dzieje się tak ponieważ rozjaśnione partie twarzy głównie skupiają na sobie uwagę, zauważamy je jako pierwsze i dlatego wyróżniają te zaznaczone partie.


A rozświetlacz rozświetlaczowi nierówny: mogą różnić się formułą, stężeniem pigmentu odbijającego światło a także barw. Z pewnością znajdziemy swój ideał! Dlatego dziś chciałabym pokazać Wam dwa rozświetlacze marki Ecolore: "Daylight" z przewagą żółtych tonów oraz "Nightlight" z przewagą tonów różowych.

Początkowo spodziewałam się, że podział będzie prosty: tony żółte dla cer ciepłych, tony różowe dla chłodnych. Po zastosowaniu okazało się, że rozświetlacze te różnią się nie tylko odcieniem!


"Daylight"


Wersja "Daylight" daje delikatniejszy i bardziej subtelny efekt: skóra zachowuje się tak, jakby miała złotą opaleniznę, która odbija światło. Z tego względu wspaniale stapia się ze skórą, wygląda bardzo naturalnie i można byłoby się zastanawiać, czy uzyskany efekt jest faktycznie naturalny, czy może użyłyśmy rozświetlacza?

Ta wersja z pewnością dobrze spisze się u tych z Was, które chciałyby przemycić rozświetlacz do codziennego makijażu jednak bez nachalnego efektu. Z pewnością nada się dla osób, które uczą się lub pracują w miejscach, gdzie wymagany jest stonowany makijaż.


Efekt jest bardzo naturalny ale wcale nie niezauważalny! Cera wygląda promiennie, zdrowo i... młodziej, ponieważ młode, dobrze nawilżone skóry odznaczają się zdrowym połyskiem (nie mylić z łojotokiem!).

Skład INCI: 
Mica - baza, odpowiada za efekt rozświetlenia,
Titanium Dioxide- dwutlenek tytanu, odpowiada za trwałość produktu i wzmacnia pigmentację,
CI 77492- barwnik.

Cena: ok. 40 zł
Pojemność: 4 g

"Nightlight"



Jak nazwa sugeruje, rozświetlacz daje bardziej "księżycowy" blask cerze. Jest idealnym zwieńczeniem wieczorowego makijażu! Ta wersja daje mocniejszy połysk i jest bardziej widoczna: jest nawet bardziej napigmentowana niż słynne serduszka marki MakeUp Revolution! 

Ten rozświetlacz spisze się nie tylko jako podkreślenie mocnego makijażu: wspaniale spisuje się na sesjach zdjęciowych, czy też jeśli jesteście zwolenniczkami tzw. "strobingu"!


Osobiście jestem fanką tej metody i przyznaję, że to właśnie po wersję "Nightlight" sięgam najczęściej- nawet w codziennym makijażu, chociaż jestem osobą o ciepłym odcieniu skóry i początkowo nie byłam pewna, czy ten kolor będzie dla mnie odpowiedni. Obawy okazały się zbędne, dlatego akcentuję nim nie tylko kości jarzmowe (potocznie nazywane "policzkowymi"), ale też wewnętrzne kąciki oczu, łuk kupidyna nad górną wargą czy końcówkę nosa, co wyraźnie widać na powyższym zdjęciu.

Skład INCI: 
Mica - baza, odpowiada za efekt rozświetlenia,
Titanium Dioxide- dwutlenek tytanu, odpowiada za trwałość produktu i wzmacnia pigmentację,
CI 77491, CI 77492- barwniki.

Cena: ok. 40 zł
Pojemność: 4 g


Natomiast to, co łączy oba produkty to wysoka jakość: są bardzo drobno zmielone, dzięki czemu tworzą na skórze piękną taflę, która nie ma wyraźnych granic ale stopniowo stapia się na brzegach z podkładem. Żaden z powyższych rozświetlaczy nie posiada drobinek brokatowych!

Produkty te możemy aplikować na skórę na sucho (wtedy dają bardziej subtelne wykończenie) lub przy użyciu mokrego pędzla (stają się wtedy bardziej widoczne). Do zrobienia powyższych zdjęć użyłam połączenia obu metod: najpierw nałożyłam rozświetlacz mokrym pędzlem, po czym ugruntowałam go "na sucho". Aparat zawsze "zjada" intensywność kolorów, dlatego do makijaży sesyjnych używa się dużej ilości produktów lub takich, które odznaczają się mocną pigmentacją. W codziennym makijażu wykorzystuję samą metodę "na sucho".


Na sam koniec chciałam jeszcze wspomnieć o tym, że nieprawdą jest, iż rozświetlacz podkreśla łojotok- efekt błyszczącej się cery wynikającej z nadmiernej pracy gruczołów łojowych wygląda absolutnie inaczej! Cera łojotokowa wygląda niezdrowo ale za to zdrowa cera charakteryzuje się lekkim połyskiem, który to właśnie imitować ma rozświetlacz- zwłaszcza tak dobrej jakości jak te z Ecolore!

Kojarzycie koreański termin "Chok-chok", którym określa się promienną i zdrowo wyglądającą cerę? Oprócz pielęgnacji, to właśnie rozświetlacz pomoże Wam w osiągnięciu tego efektu! Ja zdecydowanie jestem jego fanką jak i koreańskiej metody pielęgnacji cery ;).

Jestem ciekawa, czy próbowałyście tych rozświetlaczy albo miałyście już styczność z marką Ecolore? Jestem ciekawa Waszych opinii! Dajcie znać, co sądzicie o rozświetlaczach, strobingu i konturowaniu =)

Pozdrawiam serdecznie,

[439.] Naturalny Olaplex oraz zabieg rewitalizujący ust, czyli kolejny post z serii "Naturalne SPA"

[439.] Naturalny Olaplex oraz zabieg rewitalizujący ust, czyli kolejny post z serii "Naturalne SPA"

Przepraszam bardzo za mały poślizg z kolejnym wpisem z serii "Naturalne SPA"- wszystko przez moją kotkę, która uciekła przedwczoraj z samego rana i spędziłam pół dnia na jej szukaniu. Całe szczęście Tosia znalazła się cała i zdrowa!

Za to dzisiejszy zabieg z pewnością spodoba się osobom chcącym zawalczyć o piękne włosy: kilka miesięcy temu pisałam Wam o zabiegu farbowania włosów przy pomocy chemicznej farby oraz henny, do którego wykonania użyłam także zabiegu Ultraplex marki Joanna. Oczywiście skład INCI Ultraplexu jak i wszystkich kosmetyków "-plex" pozostawia wiele do życzenia. Postanowiłam znaleźć naturalny zamiennik, bo w końcu każda chemiczna substancja ma swój odpowiednik w naturze (jak kwas salicylowy w korze brzozy i kwas acetylosalicylowy z aspiryny ;)).


Zanim jednak przejdziemy do "Naturalnego Olaplexu", chciałabym opisać Wam zabieg rewitalizujący ust, który wykonała Izabela z bloga "Zakręcone Kółko". Zabieg nietypowy, ponieważ z użyciem... własnoręcznie zrobionej maseczki w płachcie!

http://zakrecone-kolko.blogspot.com/2017/05/naturalne-spa-10-maseczka-w-pacie-do-ust.html

 1. Złuszczenie martwego naskórka przy pomocy odżywczej pomadki z peelingiem Sylveco,
2. Maseczka w płachcie DIY z użyciem miodu, jogurtu i oleju kokosowego (klik w powyższy banner przekieruje Was do przepisu),
3. Nawilżenie ust przy pomocy pomadki Soft Lips od Make Me BIO.

***

Moja przygoda z "-plexami" nie była zbyt ciekawa: poddałam się zabiegowi zdejmowania czerwonej farby z włosów na rzecz wykonania ombre w rudościach wraz z wykorzystaniem oryginalnego Olaplexu, gdy tylko zaczęło być o nim głośno (było to ok. 2 lata temu). Zabieg nie przyniósł oczekiwanych rezultatów: włosy nie stały się gładkie ani lśniące, wręcz po tak inwazyjnym zabiegu były w gorszym stanie niż "przed"- a walczyłam wtedy z niesamowitym sianem na włosach i nie umiałam poradzić sobie niczym... Ani kosmetykami drogeryjnymi ani fryzjerskimi napakowanymi w silikony ani naturalnymi... Aż w końcu trafiłam na zestaw, który znacznie poprawił stan mojej fryzury- to już osobna historia.

O ile na oryginalny Olaplex ani jego zamienniki w podobnym przedziale cenowym kompletnie mnie nie kusiły, o tyle postanowiłam wypróbować Ultraplex od Joanny- było to podczas kolejnej "większej" zmiany fryzury, gdy postanowiłam zrezygnować z ombre i całkowicie zmienić kolor włosów na rudy. Od tego czasu farbowałam już włosy niejednokrotnie i mogę wystawić opinię: Ultraplex ochronił włosy przed zniszczeniem w niewielkim stopniu ale za to nadał im lekko zielonkawy odcień a także sprawił, że farba gorzej chwyciła. Dlatego też nie zamierzam ponawiać prób używania tego kosmetyku =)

Za to zaczęłam interesować się, co takiego jest w tych "-plexach"? Co odpowiada za odbudowę mostków dwusiarczkowych?


Analizując poszczególne substancje ze składu INCI Ultraplexu, jedynie cysteina mogła być odpowiedzialna za tę funkcję! Cysteina to aminokwas posiadające w swojej strukturze grupę -SH ("tiolową"). To właśnie pomiędzy tymi miejscami cząsteczki aminokwasów łączą się ze sobą oraz z włosami, dzięki czemu zostają one wzmocnione.

Chyba każda włosomaniaczka słyszała o płukance z cysteiną! Jednak cysteina to aminokwas, który podnosi pH preparatów w których się znajduje, dlatego obawiałam się, że taka płukanka może spuszyć fryzurę. Sama płukanka ma dość krótki kontakt z włosami, dlatego postanowiłam dodać cysteinę do odżywki do włosów. 

Odżywkę (Biolaven) wraz z dodatkiem cysteiny trzymałam na całej długości włosów przez ok. 20 minut uprzednio myjąc szamponem odżywczym Vianek. Po spłukaniu odżywki z cysteiną wykonałam płukankę z octu jabłkowego, by domknąć łuski włosa (po zasadowym pH cysteiny jest to krok konieczny, żeby fryzura wyglądała przyzwoicie!). 



Efekty? Są spektakularne, jednak wymagają odrobiny cierpliwości =)

Tuż po wykonaniu zabiegu są wyraźnie sztywniejsze, czuć pod palcami zmianę, jednak nie wyglądają zbyt dobrze: odrobinę się puszą a pojedyncze włoski odstają dookoła głowy. Jednak już po paru godzinach obserwowałam zmianę: włosy stawały się bardziej lejące i sprężyste- myślę, że duży wpływ na to ma fakt, że łuska włosa cały czas pracuje (niemały wpływ mają na nią warunki atmosferyczne!) i dochodzi do ich stopniowego domykania. Jednak już po drugim umyciu włosów (już bez dodatku cysteiny) zauważyłam pełny efekt: włosy są mocniejsze, bardziej sypkie, błyszczące i sprężyste.

Zabieg z użyciem cysteiny wykonuję tylko 1x miesiącu: efekt utrzymuje się bardzo długo, wręcz po stanie włosów mogłabym podejrzewać, że cysteina wzmacnia je na stałe, przy zachowaniu dbałości o kondycję włosa i unikaniu preparatów, które mogłyby na nowo je osłabić. Stosuję cysteinę tak rzadko także z powodu jej zasadowego pH: rozchyla ono łuski włosa przez co nie tylko wizualnie pogarsza ich stan ale przede wszystkim, gdy łuski są otwarte, włosy są bardziej narażone na mechaniczne urazy i osłabienie. Dlatego też po cysteinie zachęcam do wykonania kwaśnej płukanki (jeśli nie macie octu jabłkowego, może to być cytryna czy kwas askorbinowy). Polecam potrzymać chwilę włosy w tej płukance a nie tylko spłukać je z jej pomocą, by w ten sposób domknąć łuski włosa.


Wiele osób narzeka na zapach cysteiny- jest bardzo charakterystyczny ale mi miło się kojarzy: tak pachniało w salonie fryzjerskim, do którego chodziła moja mama, gdy byłam mała =). Salon ten, mimo, że nie wyróżniał się niczym szczególnym, w oczach małej Agnieszki był miejscem niesamowitych przemian kobiet z sąsiedztwa! 

Po tym zapachu mogę śmiało stwierdzić, że cysteina w salonie była wykorzystywana- nie da się go pomylić z niczym innym. Dopiero teraz zrozumiałam, czym są te "maski zakwaszające" polecane w dawnych podręcznikach fryzjerskich: to maski o niskim pH, które miały domknąć łuski włosa po zastosowaniu cysteiny! Człowiek uczy się całe życie =)


A w jakiej ilości dodawać cysteinę do maski/odżywki? Producent (moja cysteina pochodzi ze sklepu zrobsobiekrem.pl) zaleca stosowanie nie wyższe niż 4%, chociaż moje włosy preferują ilość nie wyższą niż 2% (wyższe stężenia mocno puszą moje włosy, po 2% efekt jest znośny. Na szczęście jak pisałam wcześniej- puch nie utrzymuje się na stałe =)). 

Mimo tak niewielkiej ilości, cysteina ewidentnie działa: raz nałożyłam za dużo odżywki z cysteiną na skórę głowy co poskutkowało podrażnieniem i zaczerwienieniem (winą było prawdopodobnie zbyt wysokie pH: w produktach nakładanych na skórę ilość cysteiny nie powinna być większa niż 1%.) Warto mieć na uwadze, że cysteina to aminokwas a więc bardzo mała cząsteczka: to jedynie cegiełka, z której budowane jest białko. A są to struktury, których nawet nie da się zobaczyć pod mikroskopem! Także 2% czystej cysteiny to miliony małych cegiełek, które wzmocnią nasze włosy- i to widać gołym okiem! =)


Co sądzicie o obydwu zabiegach? Zainteresował Was któryś? A może próbowałyście wykonywać podobne?

Dajcie znać, jakie są Wasze doświadczenia!
Pozdrawiam =)

Copyright © 2017 kosmetologia-naturalnie.pl