[528.] Kwietniowe denko!

[528.] Kwietniowe denko!

Od razu na samym wstępie chciałam Was przeprosić za opóźnienie z wpisami Projekt Denko - wiem, że lubicie tę serię i czekacie na nią a ja mam już miesięczne opóźnienie! Wstyd, ponieważ obiecywałam, że w maju ukażą się dwa denka i nie wywiązałam się z tej umowy. Dlatego przychodzę do Was skruszona i pełna pokory - nie powinnam obiecywać gruszek na wierzbie. Mam jednak nadzieję, że wybaczycie mi to potknięcie a ja tymczasem postaram się nadgonić zaległe posty!

Dziś mam dla Was zaległe, jeszcze kwietniowe denko - niezbyt duże ale wiele w nim ciekawych kosmetyków oraz ulubieńców więc mam nadzieję, że lektura będzie dla Was interesująca! Bez zbędnego przeciągania, zaczynajmy!


Pielęgnacja twarzy - nawilżanie


Łagodzący krem BB SPF 15, Vianek (wersja jasna)

Bardzo ucieszył mnie krok Producenta w stronę wypuszczenia jaśniejszej wersji kolorystycznej - chociaż wersja ciemniejsza również ładnie stapia się z moją cerą, to w okresie wiosennym, gdy moja skóra nie była jeszcze opalona (pomimo namiętnego smarowania się kremami z SPF 50 i tak moja skóra łapie brązowy odcień), wersja jasna kremu BB wyglądała znacznie korzystniej na mojej karnacji.

Z całą pewnością do kremu BB Vianek jeszcze nie raz powrócę, ponieważ wykazuje bardzo dobre krycie, niewielka ilość wystarcza do skutecznego wyrównania kolorytu. Całkowicie maskuje moje niedoskonałości i zaczerwienienia. Bardzo dobrze się utrzymuje - nie wymaga poprawek w ciągu dnia, nie spływa ani nie waży się mimo tego, że potrafię nosić go od rana do wieczora (z pracą i siłownią włącznie) bez utrwalenia pudrem czy bazą!

Osobiście stosuję ten krem BB na inny krem ("zwykły" o działaniu pielęgnującym), jednak można tym kremem BB zastąpić zarówno "zwykły" krem jak i kosmetyk koloryzujący (fluid, podkład) - to dobre rozwiązanie zwłaszcza na nadchodzące, upalne dni dla skór, które nie lubią zbyt mocnego obciążenia i mają tendencję do komedogenności a także fanek minimalistycznej pielęgnacji. Kolejne opakowanie kremu BB Vianek już czeka w kolejce!

Na sam koniec chciałabym zwrócić Waszą uwagę na fakt, że gdy kupuje się fluidy (zwłaszcza te naturalne, które mają mało substancji stabilizujących) może  przy pierwszym wyciśnięciu produktu z opakowania wypłynąć sama ciecz. Nie oznacza to, iż cały kosmetyk jest rozwarstwiony - po prostu pigmenty nie są rozpuszczalne lecz tworzą zawiesinę, która systematycznie opada ku dołowi im dłużej kosmetyk stoi na półce. Dlatego wystarczy wycisnąć tę wierzchnią wytrąconą warstwę a pod nią znajduje się już prawidłowa formulacja kosmetyku.

Pełna recenzja

Cena: ok. 30 zł / 50 ml

Link do sklepu


Serum dla Koneserów, Asoa

To serum wyjątkowo przypadło do gustu mojej cerze dlatego już kilka razy przewijało się na blogu - już po pierwszym użyciu zauważyłam, że skóra stała się wyciszona, mniej czerwona i reaktywna a także bardziej odporna na czynniki zewnętrzne. Jako posiadaczka cery naczynkowej poszukuję właśnie takich kosmetyków, które pomogą ujednolicić kolor mojej cery poprzez redukcję rumieńcy. Jednocześnie serum bardzo mocno nawilża skórę, pozostawia ją aksamitnie gładką. Systematycznie stosowane sprawia, że cera nabiera blasku i promienności, wygląda na wypoczętą nawet po źle przespanej nocy!

Serum to ma konsystencję emulsyjną, gęstą, lecz bardzo dobrze się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Może być stosowany przez każdy typ cery. Bardzo dobrze sprawdza się na noc pod oleje, ponieważ dostarcza skórze odmiennych związków niż tylko emolienty.

Duży plus dla firmy, że zmieniła opakowanie! Stara wersja być może bardziej przyciągała wzrok, jednak nie dało się zużyć kosmetyku całkowicie, niewielka ilość zostawała na dnie i ciężko było ją wydobyć. Opakowanie typu air-less umożliwia wyciśnięcie każdego grama produktu a w dodatku jest bardzo higieniczne!

Pełna recenzja

Cena: ok. 40 zł / 30 ml

Link do sklepu


Pomadka brzozowa z betuliną, Sylveco

To hit wśród moich kosmetyków, którego z pewnością prędko nie zmienię! Mimo, iż pomadki zużywam bardzo szybko i wciąż testuję jakieś nowe (nawet z zeszłotygodniowej podróży do Macedonii przywiozłam sobie dwie pomadki- nie wiem, czy interesują Was kosmetyki naturalne z poza granic Polski, dajcie znać, czy mam kontynuować serię w której opisuję zagraniczne kosmetyki jak w przypadku tych z Ukrainy czy Austrii) - to jednak do podstawowej, brzozowej Sylveco zawsze wracam. Zawsze mam także przynajmniej jedno opakowanie tej pomadki pod ręką!

Pomadka brzozowa jest moim "must have" nie tylko ze względu na fantastyczne działanie nawilżające i ochronne ale również dzięki działaniu przeciwwirusowemu - faktycznie obserwuję lepszą odporność i znacznie rzadsze pojawianie się opryszczki w momencie gdy systematycznie sięgam po tę pomadkę. Pojawia się ona bardzo sporadycznie i ma znacznie łagodniejszy przebieg - po tygodniu nie mam już po niej śladu a zanim zaczęłam ją stosować opryszczka potrafiła gościć na moich ustach około miesiąca!


Pełna recenzja

Cena: ok. 11 zł / 4.4 g
Link do sklepu


Ziołowy olejek do dekoltu z witaminą C, Botanicum Natural SPA 

Bardzo lubię kosmetyki z witaminą C, ponieważ moja cera wyjątkowo dobrze na nie reaguje - tak samo było w przypadku olejku do dekoltu Botanicum Natural SPA! Mimo, że preparat przeznaczony jest do dekoltu, nie widzę przeciwwskazań, by nie stosować go na twarz. Systematycznie stosowany dodawał cerze blasku i znacznie redukował zaczerwienienia skóry. Dzięki wysokiej zawartości olejów wygładzał powierzchnię naskórka sprawiając, że cera stała się miękka i przyjemna w dotyku!

Pełna recenzja

Cena:  ok. 50 zł / 30 ml

Link do sklepu


Żel/Sok z aloesu, EcoSPA 

Do aloesu w pielęgnacji wracam systematycznie- zazwyczaj sięgam po żel Equilibra jednak tym razem postanowiłam troszkę sobie odmienić pielęgnację i kupiłam "żel" EcoSPA. Celowo słowo "żel" znalazło się w cudzysłowie, ponieważ  surowiec okazał się być całkowicie płynny, co utrudniało jego aplikację w stanie czystym na włosy. 

Jest to bardzo mocno skoncentrowany półprodukt, zdecydowanie zbyt mocny dla mojej skóry i niestety kilka razy zdarzyło mi się po nim podrażnienie. Co gorsza - gdy powróciłam do Equilibry (zakupiłam kolejne opakowanie), dostawałam uczulenia po każdej aplikacji! I teraz mam zagwozdkę - czy to zbieg okoliczności i partia żelu Equilibra po prostu mi nie pasowała, czy może "żel" EcoSPA uwrażliwił moją skórę na aloes? Żel Equilibra zużyłam do włosów a "żel" EcoSPA leżał w półce czekając na lepsze dni. Nigdy nie nadeszły i produkt zdążył się przeterminować...

Ogólnie bardzo lubię produkty EcoSPA i nie twierdzę, że ich produkt jest zły - wciąż robię tam zakupy i testuję nowe preparaty. Jednak dałam skórze odpocząć od żelu aloesowego w jakiejkolwiek postaci. Jednak z racji tego, że Sylveco wypuściło na rynek nowe serie kosmetyków, w tym żel aloesowy marki Aloesove, pomyślałam, że najwyższa pora powrócić do aloesu! W ogóle jestem bardzo ciekawa, co sądzicie o nowych markach Sylveco? Które z nowych kosmetyków Was zaciekawiły? O których chciałybyście poczytać w pierwszej kolejności? A może chcecie porównanie żelu Aloesove i Equilibra? Jestem otwarta na Wasze sugestie!

Cena: ok. 10 zł / 30 ml
Link do sklepu


Pielęgnacja twarzy - tonizacja i złuszczanie


Hydrolat rozmarynowy, EcoSPA

Jeśli jesteście posiadaczkami cer tłustych, mieszanych, trądzikowych lub też z rozregulowaną pracą gruczołów łojowych, to hydrolat rozmarynowy jest dla Was! Reguluje pracę gruczołów łojowych i wspomaga gojenie niedoskonałości, jednocześnie będąc bardzo delikatnym dla skóry - nie ściąga jej, nie wysusza, nie powoduje dyskomfortu. Bardzo przypadł mi do gustu zapach tego hydrolatu - wyraźnie rozmarynowy ale nie męczący.

Cena: ok. 13 zł / 100 ml

Link do sklepu


Hydrolat z róży damasceńskiej, Cztery Szpaki 

Hydrolaty różane różnych firm stosuję już od dawna i bardzo je sobie cenię - tym razem postanowiłam wypróbować hydrolat firmy Cztery Szpaki. Hydrolat ten jest mocno skondensowany i bez rozcieńczenia może podrażnić, co przytrafiło się i mi, na szczęście rozcieńszenie hydrolatu wodą mineralną zażegnało problem i mogłam z powodzeniem stosować ten kosmetyk. Należy jednak mieć na uwadze, że rozcieńczenie kosmetyku wiąże się z osłabieniem jego układu konserwującego dlatego preparat po rozcieńczeniu dla pewności lepiej przechowywać w lodówce.

Hydrolat różany polecany jest dla cer suchych, dojrzałych oraz naczynkowych. Wykazuje działanie wyciszające grę naczyń krwionośnych oraz ich uszczelnienie a także właściwości przeciwstarzeniowe. Posiada charakterystyczny dla róży zapach - w mojej opinii bardzo przyjemny!

Pełna recenzja

Cena: ok. 30 zł / 100 ml
Link do sklepu


Peeling myjący do twarzy "Bambus & Ryż", Be Organic


Ten kosmetyk to jeden z najbardziej uniwersalnych peelingów jakie miałam okazję stosować - śmiało mogę zaproponować go do każdego typu cery za wyjątkiem tych z aktywnym, ropnym trądzikiem (w takim przypadku należy stosować peelingi chemiczne, by nie zaostrzać zmian). Jest to kosmetyk z jednej strony bardzo delikatny, niepowodujący zaczerwienień i podrażnień, jednak bardzo skutecznie złuszczający martwe komórki naskórka.

Kosmetyk ten jest peelingiem mechanicznym, drobnoziarnistym, dzięki czemu możemy kontrolować siłą nacisku dłoni intensywność wykonywanego masażu. Za to właśnie doceniam peelingi ziarniste!

Nie mogłabym nie wspomnieć o zapachu tego produktu - jest świeży, lekko cytrusowy i bardzo orzeźwiający - a także jego niesamowitej wydajności! Opakowanie 200 ml przy stosowaniu 1x w tygodniu wystarcza na kilka miesięcy użytkowania!

Pełna recenzja

Cena: ok. 45 zł / 200 ml

Link do sklepu



Pielęgnacja ciała i włosów


Odżywka regenerująca do włosów Dr Konopka`s 

W jednym z poprzednich denek wspominałam Wam, że w poszukiwaniu kosmetyków, które nie będą nadmiernie obciążać włosów skłoniłam się ku ofercie kosmetyków marki Dr Konopka`s. Na pierwszy ogień poszła odżywka dodająca objętości, która spisała się przeciętnie - nie była zła, ale nie dała efektu jakiego poszukuję. Dlatego kolejnym krokiem było wypróbowanie wersji regenerującej - ta również nie podołała moim oczekiwaniom. 

Nie jest to zła odżywka i z pewnością u wielu osób się spisze - ułatwia rozczesywanie i delikatnie nabłyszcza włosy. Jednak moje kosmyki nie polubiły się z nią, były albo niedostatecznie wygładzone albo wręcz przeciwnie - oklapnięte. Składy tych odżywek są ładne, więc warto spróbować (zwłaszcza za tak przystępną cenę!) - a nóż okaże się dopasowana do potrzeb Waszych włosów!

Cena: ok. 16 zł / 500 ml
Link do sklepu


Energetyczny żel pod prysznic "Mandarynka i Mango", Organic Shop

Niestety to, nad czym bardzo ubolewam to to, że firma Organic Shop swoje kosmetyki myjące opiera na Sodium Coco-Sulfate, który jest mocnym detergentem (zarówno żele pod prysznic jak i szampony). Ale te kosmetyki mają tak wyjątkowo piękne aromaty, że podczas promocji nie mogłam się powstrzymać i zgrzeszyłam tym żelem. Stosowałam go sporadycznie, nie podczas każdej kąpieli dzięki czemu jego zapach nie znudził mi się i zawsze był miłą odmianą od codziennej rutyny!


Cena: ok. 10 zł / 280 ml
Link do sklepu



Balsam do ciała z masłem kakaowym, Fair Squared

Jeśli poszukujecie mocno nawilżającego balsamu jednak który spisze się w upały - serdecznie polecam Wam zwrócić uwagę na balsam z masłem kakaowym Fair Squared! Ma bardzo unikatową konsystencję, która z jednej strony jest treściwa (przypomina mi jogurt naturalny) ale jednocześnie szybko się wchłania pozostawiając skórę jedwabiście gładką!

Balsam ten z pewnością przypadnie do gustu osobom, których skóra wymaga codziennej lub częstej pielęgnacji ale bez jednoczesnego nadmiernego obciążania skóry jak np. problemy z wrastającymi włoskami, rogowacenie okołomieszkowe czy ŁZS.

Pełna recenzja

Cena: ok. 55 zł / 250 ml
Link do sklepu


Kojący żel do higieny intymnej, Vianek 

Ten żel stale gości w mojej łazience i na chwilę obecną nie znalazłam lepszego kosmetyku. Inne żele do higieny intymnej nawet o wzorowym składzie INCI jak AA Girls czy inne propozycje firmy Sylveco nie spasowały mi tak bardzo jak właśnie wersja kojąca Vianek. Brak uczucia suchości, dyskomfortu, nawracających infekcji - za to właśnie cenię "dowcipnisia" Vianek!

Higiena intymna - najważniejsze informacje
Słuszność stosowania żeli do higieny intymnej

Cena: ok. 22 zł / 300 ml
Link do sklepu



Denko niewielkie ale mam nadzieję, że było dla Was ciekawe! Czekam na Wasze opinie - czy znacie któreś z powyższych kosmetyków? Jak spisały się one u Was?

A może któreś z powyższych kosmetyków Was zaciekawiły i zamierzacie je przetestować? Dajcie znać w komentarzach!

Pamiętajcie, że na instagramie sprawdzam hasztag #kosmetologianaturalnie i czytam, czy wypróbowałyście jakieś kosmetyki z mojego polecenia- cieszę się mogąc sprawdzić, które kosmetyki najbardziej Was interesują, które się u Was spisują i o czym chcecie czytać!

Pozdrawiam serdecznie!
[527.] Czy należy obawiać się aluminium (glinu) w antyperspirantach?

[527.] Czy należy obawiać się aluminium (glinu) w antyperspirantach?


Badania naukowe dostarczają niesamowicie dużej dawki informacji i są najbardziej rzetelnymi źródłami informacyjnymi. Jednak nawet wśród nich trafiają się takie publikacje, które wprowadzają w błąd - np. wydają się być obiecujące i dlatego cieszą się uznaniem przez jakiś czas a następnie zostają niestety obalone. Zdarza się także, że postawiona hipoteza dla potwierdzenia wiarygodności wymaga przeprowadzenia dodatkowych, pobocznych eksperymentów. Niektóre z badań naukowych zostają nawet wycofane ze względu na zafałszowanie wniosków! Dlatego nawet z "publikacji naukowych" można utkać subtelną siatkę kłamstw wyglądającą na pierwszy rzut oka na rzetelną. Jednak próba weryfikacji szybko obala te mity. Właśnie na takiej zasadzie niedomówień, fałszerstwa, niepotwierdzonych informacji bazuje "altmed". 

Kosmetyki naturalne niestety bardzo często wrzucane są do jednego worka razem z "altmedem". Sądzę, że wynika to z faktu, że altmed w dużej mierze opiera się na ziołolecznictwie czy propagowaniu rozwiązań niemających potwierdzenia w rzeczywistości a często prowadzi do powikłań (jeszcze będąc na stanowisku dermokonsultantki bywałam świadkiem namawiania na tego typu kuracje, np. zalecaniu Pacjentce odstawienie chemioterapii na rzecz "cudownego" soku z malin, który dzięki wysokiej dawce wit. C ma wyleczyć nowotwór). O ile ziołolecznictwo dobierane z rozmysłem faktycznie przynosi skutek (chociażby cała farmakognozja to w końcu część nauk farmaceutycznych mówiąca o właściwościach prozdrowotnych ziół) o tyle w przypadku chorób warto trzymać się zaleceń lekarza (oczywiście są Lekarze i konowały) i nie lekceważyć sztuki lekarskiej na rzecz powierzania zdrowia w ręce osoby bez dokumentu potwierdzającego zdobytą wiedzę. Wracając jednak do tematu kosmetyków naturalnych - są one oparte na ziołach i innych surowcach pochodzenia naturalnego i to wśród osób poznających temat powierzchownie od razu budzi negatywne skojarzenia ze środowiskiem altmedu.


A przecież zioła w terapiach ogólnoustrojowych są stosowane przede wszystkim jako wspomożenie terapii farmakologicznych lub też działają wzmacniająco na organizm. Stosuje się je w celu podniesienia odporności, poprawy metabolizmu, pracy układów organizmu, profilaktyce chorób. W kosmetykach również wykazują działanie prewencyjne, zapobiegające powstawaniu dermatoz ( = pielęgnacyjne!), wzmacniające procesy zachodzące w skórze. 

Kosmetyki to fantastyczna maszynka do zbijania pieniędzy - nie podlegają takim restrykcjom jak leki i dają się wdzięcznie reklamować. Dlatego nic dziwnego, że powstaje wiele firm żerujących na naiwnych Klientkach (np. nachalne reklamy o kremie całkowicie niwelującym zmarszczki bez pomocy skalpela w promocyjnej cenie 300 zł, przecena z 600 zł!). Altmed również nie pozostał obojętny na przemysł kosmetyczny i także wyciąga tu swoje macki. I jednym z takich przykładów jest właśnie kwestia aluminium w antyperspirantach.

2 lata temu opublikowałam post o problemie nadpotliwości, różnicach pomiędzy antyperspirantami, dezodorantami i blokerami - zahaczyłam także o aspekt glinu w myśl zasady "lepiej zapobiegać niż leczyć" i zachęcałam do ich unikania. Na przestrzeni tych dwóch lat wiele się nauczyłam i znacznie poszerzyłam swoją wiedzę o składach INCI (przede wszystkim dzięki pracy). Wraz ze wzrostem tej świadomości zaczęłam mniej obawiać się "nieznanego" i weryfikować faktyczne zagrożenie płynące ze stosowania niektórych surowców kosmetycznych od rozdmuchanych teorii spiskowych. 



Czy antyperspirant i dezodorant to to samo?

Zacznijmy od początku - powiedzmy sobie czym różni się antyperspirant od dezodorantu. Chociaż obie nazwy stosowane są zamiennie, to jest to błąd. Oba kosmetyki stosowane są w problemie przykrego zapachu spod pach jednak działają na całkowicie innych zasadach:

1. Celem stosowania dezodorantów jest maskowanie przykrego zapachu, jego neutralizacja bez jednoczesnego hamowania wydzielania potu, czyli deodoryzacja. Dezodoranty mogą zmniejszać efekt jego wydzielania ponieważ zawierają substancje o lekkim działaniu ściągającym, zapobiegają powstaniu mokrych plam pod pachami ze względu na obecność substancji absorbujących pot lub wysuszających a także dostarczają bakteriom bytującym na skórze pod pachami zastępczej pożywki, dzięki czemu wydzielany przez nas pot nie ma uporczywego zapachu. Dezodoranty nie blokują wydzielania potu całkowicie.

2. Natomiast antyperspiranty również mają przeciwdziałać zapachowi spod pach jednak ich mechanizm polega na obkurczeniu ujścia gruczołu potowego i tym samym uniemożliwieniu wydzielenia potu przez ten gruczoł. Substancje obkurczające to sole aluminium, głównie hydroksychlorek glinu (aluminum i glin to ten sam pierwiastek, ma dwie różne nazwy). Działa on jedynie na powierzchownych partiach gruczołu potowego i jest łatwo spłukiwalny pod wpływem wody. Dlatego Producenci zalecają stosować antyperspirant codziennie.


Do grupy antyperspirantów należą także:
- blokery - zawierają sól glinu o znacznie mniejszej cząsteczce (chlorek glinu), która znacznie głębiej penetruje gruczoł potowy i tym samym hamuje go na większej powierzchni i tym samym gwarantuje bardziej skuteczną ochronę przed poceniem. Ze względu na tak dobrą penetrację wgłąb skóry chlorek glinu nie jest spłukiwany podczas zażywania kąpieli i dlatego blokery stosuje się co 2-3 dni. Faktem jest, że glin jest substancją drażniącą i dlatego blokery u wielu osób powodują nieprzyjemne doznania jak szczypanie, podrażnienie, dyskomfort. Z tego też względu nie powinno się ich stosować na świeżo ogolone pachy.

- ałun - przez wiele osób nazywany błędnie "dezodorantem" i często służący jako alternatywa dla "tych złych antyperspirantów!" - a tu taka heca! Ałun również zawiera związki aluminium (ałun dokładnie to dwunastowodny siarczan glinowo-potasowy) a więc sól o bardzo dużej cząsteczce, znacznie większej niż hydroksychlorek glinu stosowany w klasycznych antyperspirantach. Działa jeszcze bardziej powierzchownie od nich dlatego jest jeszcze delikatniejszy jednak wciąż działa na zasadzie obkurczania ujścia gruczołu potowego i tym samym hamowania wydzielania potu.


Czy blokowanie wydzielania potu jest szkodliwe?

Wydzielanie potu jest niezbędne do zachowania prawidłowych funkcji naszego organizmu, ponieważ zapobiega przegrzewaniu. Pocenie się to skutek działań termoregulacji. O ile blokowanie pocenia na całym obszarze ciała faktycznie niesie za sobą ryzyko przegrzewania, o tyle zahamowanie jego wydzielania na tak małej powierzchni jak pachy nie niesie za sobą żadnego ryzyka.


Warto wspomnieć, że za ogólne wydzielanie potu odpowiadają różnego rodzaju gruczoły potowe, które wydzielają pot o odmiennym składzie chemicznym! Gruczoły potowe ekrynowe, zlokalizowane niemal na całej powierzchni ciała wydzielają pot bez związków, które zmetabolizowane przez bakterie bytujące na naszej skórze dałyby charakterystyczną, uporczywą woń. Natomiast gruczoły potowe apokrynowe są wyjątkowymi gruczołami - uaktywniają się dopiero w okresie dojrzewania i znajdują tylko w kilku newralgicznych miejscach, w tym pod pachami, okolicach intymnych czy odbytu. Wydzielany przez nie pot ma odmienny skład chemiczny (być może jest to relikt czasów prehistorycznych, gdy człowiek był wrażliwy na feromony) i jego metabolizm przez bakterie niestety skutkuje powstaniem przykrego zapachu. 

Świeżo wydzielony pot jest bezwonny - dopiero kiedy bytujące na skórze bakterie zaczynają się nim żywić (ponieważ pot nie jest tylko wodą, zawiera też niewielką ilość innych substancji jak związki mineralne czy węglowodany) i go metabolizować, pojawia się problem przykrej woni, która jest skutkiem wydalin bakterii a nie potu samego w sobie. Dlatego dezodoranty wykazują działanie bakteriobójcze, dostarczają bakteriom alternatywne źródła pożywienia lub maskują powstały zapach a antyperspiranty w ogóle nie doprowadzają do wydzielenia potu. 

Blokowanie wydzielania potu w samej okolicy pach zapobiegnie powstaniu przykrego zapachu a nasz organizm wydzieli pot w innych partiach działa przez gruczoły ekrynowe, dzięki czemu pot ten nie będzie dawał przykrego zapachu. Samo hamowanie wydzielania potu przez gruczoły apokrynowe zlokalizowane w okolicy pach nie powoduje kumulowania się toksyn w organizmie, ponieważ mogą one zostać wydzielone przez gruczoły ekrynowe na pozostałej części ciała a poza tym - do usuwania toksyn z organizmu nie służy skóra, tylko układ moczowy! To właśnie wraz z moczem usuwamy z organizmu większość szkodliwych metabolitów i toksyn, wraz z potem usuwana jest ich szczątkowa ilość.




Czy aluminium (glin) jest szkodliwy?

Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna i należy ten temat rozwinąć. Glin może wywoływać działanie toksyczne na komórki i enzymy, jednak by do tego doszło, musiałby zostać wchłonięty przez skórę. Natomiast sole glinu zawarte w antyperspirantach działają zbyt powierzchownie i badania wykazały, że nie przenikają do krwioobiegu w ilości takiej, by móc wywołać mikroszkody a co dopiero wywołać choroby! Przenikanie glinu do ustroju będące wynikiem stosowania antyperspirantów to tylko 2-4% ilości tego pierwiastka, które przyjmujemy wraz z pożywieniem (zwłaszcza pochodzącym z aluminiowych puszek oraz... herbatą)! Czyli w kwestii aluminium bardziej szkodzi nam jedzenie niż kosmetyki. 

Ryzyko rozwoju chorób będących efektem działania glinu na organizm niesie za sobą mieszkanie w okolicy huty aluminium oraz zażywanie leków zobojętniających odczyn soku żołądkowego.


O co oskarżano antyperspiranty?

O rozwój nowotworu piersi (nie tylko ze względu na obecność soli glinu w antyperspirantach ale także parabenów) a także wywoływanie chorób Alzheimera, Parkinsona i autyzm (poprzez wdychanie antyperspirantów w aerozolu). Każda z tych tez powstała na podstawie kilku podstawowych badań, jednak kolejne doświadczenia mające na celu potwierdzić te zależności, niestety odrzuciły te tezy. Nigdy nie udowodniono jednoznacznie, że związki pochodzące z antyperspirantów mogą być przyczyną chorób. Jednak właśnie te podstawowe badania, dorabianie hipotez i wniosków niemających pokrycia w rzeczywistości zostały mocno nagłośnione przez środowisko medycyny alternatywnej i stąd wciąż jak bumerang wraca temat szkodliwości antyperspirantów...



A więc stosować antyperspiranty, czy ich unikać?

Tutaj każdy z nas musi samodzielnie podjąć decyzję. Przede wszystkim są osoby, które faktycznie nie potrzebują stosować antyperspirantów, w ich przypadku dezodoranty wystarczają dla zachowania higieny. Natomiast są także osoby z problemem intensywnego, przykrego zapachu potu nawet w przypadku niewielkiego wydzielania potu przez gruczoły potowe - w takim przypadku ciężko zalecać odstawienie antyperspirantów, ponieważ ich problem generuje obniżenie komfortu psychicznego. Antyperspiranty dają tym osobom gwarancję, że przykry zapach z pewnością się nie pojawi a na podstawie aktualnych badań medycznych osoby te nie mają powodów do niepokoju.


Moje doświadczenia

Niestety należę do tej drugiej grupy osób - mimo, że ogólnie nie pocę się niemal wcale (nawet po intensywnym treningu), pomimo zdrowej diety, braku używek i nałogów - muszę sięgać po antyperspiranty.

Próbując znaleźć alternatywne rozwiązanie dla swojej przypadłości, testowałam w ciągu ostatnich miesięcy kilka dezodorantów z grupy naturalnych:


I. Naturalny dezodorant Make Me BIO


Bardzo lubię kosmetyki Make Me BIO, dlatego ucieszyłam się, że wypuścili naturalny dezodorant! Biorąc pod uwagę skuteczność dotychczas stosowanych przeze mnie kosmetyków z tej firmy (kremów, wody różanej, pudru myjącego) pokładałam w dezodorancie duże nadzieje. Skład jest imponujący, zawiera zarówno dużo substancji mających hamować powstawanie przykrego zapachu (cytrynian trietylu (Triethyl Citrate) jest dla bakterii alternatywnym źródłem węglowodanów a rycynooleinian cynku (Zinc Ricinooleate) absorbuje i maskuje lotne związki aromatyczne potu). W dezodorancie znajdziemy również substancje pielęgnujące - nawilżające i regenerujące - dzięki czemu dezodorant jest delikatny dla skóry pod pachami, nie powoduje jej wysuszania ani szorstkości.

Skład INCI (na zielono zaznaczono substancje pielęgnujące, na niebiesko - hamujące wytwarzanie przykrego zapachu, na żółto - substancje absorbujące wilgoć):

Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Olea Europaea Fruit Extract, Glycerin, Triethyl Citrate, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate Citrate, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Zinc Ricinoleate, Lavandula Angustifolia Flower Extract, Citrus Limon Peel Extract, Polyglyceryl-3 Caprylate, Oryza Sativa Starch, Chamomilla Recutita Flower Extract, Calendula Officinalis Flower Extract, Maltodextrin, Myrtus Communis Leaf Extract, Xanthan Gum, Sodium Benzoate, Sodium Dehydroacetate, Algin, Citric Acid, Limonene, Linalool, Citral

Cena: ok. 35 zł / 50 ml
II. Aloesowy dezodorant w kulce Urtekram


Tego kosmetyku nie nazwałabym dezodorantem, ponieważ jest rozwodnionym ałunem, czyli posiada sole glinu o dużej masie cząsteczkowej. Jednak nie wykazuje aż tak mocnych właściwości blokujących gruczoły potowe jak klasyczny antyperspirant. W tym produkcie skład jest prosty, pozbawiony zbędnych polepszaczy. Dodatek ekstraktu z aloesu sprawia, że kosmetyk nawilża skórę pod pachami i zapobiega jej odwodnieniu.

Skład INCI (na zielono zaznaczono substancje pielęgnujące, na niebiesko - hamujące wytwarzanie przykrego zapachu):

Aqua, Glycerin, Potassium Alum, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Xanthan Gum, Citrus Aurantium Dulcis Oil, Geraniol, Linalool, Limonene 

Cena: ok. 27 zł / 50 ml


II. Naturalny dezodorant Sylveco (wersja ziołowa)


W tym dezodorancie ponownie mamy bogaty skład obfitujący w substancje hamujące powstawaniu przykrego zapachu (również rycynooleinian cynku i cytrynian trietylu - te substancje są nowością na rynku półproduktów kosmetycznych i nie można odmówić im skuteczności) oraz absorbujące wilgoć. Jednocześnie występuje w nim wiele ziół o działaniu deodoryzującym, lekko ściągającym czy olejków eterycznych nadający świeży zapach. Ponadto w tym dezodorancie znajdziemy substancje pielęgnujące: łagodzące i nawilżające.

Skład INCI (na zielono zaznaczono substancje pielęgnujące, na niebiesko - hamujące wytwarzanie przykrego zapachu, na żółto - substancje absorbujące wilgoć): 

Aqua, Triethyl Citrate, Helianthus Annus Seed Oil, Glycerin, Glyceryl Stearate Citrate, Propanediol, Oryza Sativa Starch, Zinc Ricinoleate, Squalane, Panthenol, Quercus Robur Bark Extract, Allantoin, Tocopheryl Acetate, Xanthan Gum, Hydroxyethylcellulose, Citrus Limonum Peel Oil, Litsea Cubeba Fruit Oil, Mentha Piperita Oil, Melaleuca Alternifolia Leaf Oil, Salvia Sclarea Oil, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Limonene, Citral, Citronellol, Linalool, Geraniol

Cena: ok. 27 zł / 50 ml


Efekty? Niestety mimo moich najszczerszych chęci i prób, musiałam powrócić do antyperspirantów. I na prawdę nawet nie chodziło o pocenie się, czy powstanie plam - moim problemem jest intensywny przykry zapach pomimo niewielkiej ilości wydzielonego potu. Żaden z powyższych dezodorantów nie dał mi 100% pewności uczucia świeżości nawet podczas 8h pracy.

Oczywiście to, że nie spisały się one u mnie nie oznacza, że są nieskuteczne! Tak samo jak każdy z nas ma inną twarz i inną budowę ciała, tak samo ma odmienny skład potu co przekłada się na odmienne wymagania. Jeśli do tej pory sięgałyście tylko po antyperspiranty, spróbujcie dezodorantów - być może okażą się one dla Was skuteczne i okaże się, że polubicie taką formę ochrony (jedynym realnym zagrożeniem stosowania antyperspirantów jest możliwość podrażnienia skóry, wystąpienia pokrzywek i podrażnień - jednak są to komplikacje wyjątkowo rzadkie, szybko oraz samoistnie ustępujące).

Natomiast muszę pochwalić, że każdy z powyższych dezodorantów nie wysuszał skóry pach, nie podrażniał, nie odbijał się na ubraniach. Każdy z nich szybko i całkowicie się wchłaniał, co zapewniało komfort stosowania. Powyższe dezodoranty nie są oparte o sodę, która chociaż stanowi bardzo dobrą bazę dezodorantów, to zaburza pH skóry i wpływa na jej mikrobiom a także powoduje częste podrażnienia przy systematycznym stosowaniu. Dezodoranty te nie zawierają także alkoholu, który mógłby wysuszyć skórę i nasilić jej szorstkość. Uważam, że każdy z powyższych dezodorantów jest dopracowany i warto zwrócić na nie uwagę - a to, u kogo się sprawdzą jest już kwestią indywidualną.


W moim przypadku najlepiej spisywał się dezodorant Sylveco oraz klasyczny ałun w krysztale, jednak też nie dawały mi pełnej gwarancji uczucia świeżości. Na chwilę obecną nie znalazłam antyperspirantu o naturalnym składzie - zawsze znajdują się w nich glikole, silikony, etanol lub inne substancje, których unikam. Mam więc nadzieję, że kiedyś któraś firma produkująca kosmetyki naturalne wypuści naturalny antyperspirant - oparty o sól glinu ale bez innych szkodliwych dodatków. Warto byłoby przełamać tę altmedową falę i pokazać, że kosmetyki naturalne respektują aktualne badania naukowe, na podstawie których nie istnieje ryzyko, jakoby glin miał być przyczyną nowotworów czy chorób neurologicznych. Sądzę, że wcale taka firma nie straciłaby klientów (bo jednak próba przyciągania klientów - fanów medycyny alternatywnej to - w mojej opinii - przyciąganie klientów mało świadomych. Oczywiście, że o takich również trzeba zadbać, ale klienci świadomi to dopiero skarb!) A są osoby, które po prostu potrzebują stosować antyperspirant, nie dezodorant - czy to ze względu na nadmierną potliwość, czy wyjątkowo przykrą woń, którą wydzielają.


Alternatywa dla antyperspirantów?

Jeśli jednak są wśród Was osoby, dla których dezodoranty nie są skuteczne, jednak nie chcą sięgać po antyperspiranty, to służę pomocą - są dwa wyjątkowo skuteczne zabiegi kosmetyczne, które pozwalają pozbyć się problemu nadpotliwości i przykrego zapachu. Należą do nich botoks i usuwanie gruczołów potowych.

Brzmi jak totalny hardcore ale nie należy obawiać się tych zabiegów - jeśli są wykonywane przez wykwalifikowaną osobę (koniecznie lekarza!) ryzyko powikłań jest znikome.

Leczenie nadpotliwości przy pomocy toksyny botulinowej (botoksu) polega na ostrzyknięciu całych pach tą substancją w odstępach ok. 1,5 cm. Botoks poraża nerwy odpowiedzialne za wydzielanie potu w ten sposób niwelując możliwość jego wydzielania. Efekt nie jest trwały i w zależności od osoby po 6-12 miesięcy należy zabieg powtórzyć, ponieważ o ile ostrzyknięte nerwy zostają porażone już na zawsze, to organizm wytwarza nowe połączenia nerwowe, które dla podtrzymania efektu także należy "unieszkodliwić".

Natomiast usuwanie gruczołów potowych przeprowadzane jest przy pomocy lasera, który całkowicie i trwale je niszczy. Prawidłowo przeprowadzony zabieg jest jednorazowy i nie wymaga powtórek.


Osobiście jestem bardzo ciekawa, jak potoczy się dalsza historia antyperspirantów. A jakie jest Wasze stanowisko w tej kwestii - stosujecie antyperspiranty, czy raczej wolicie unikać? A może  dezodoranty są dla Was wystarczająco skuteczne? 

Czy próbowałyście któryś z powyższych dezodorantów? Jestem bardzo ciekawa, jak spisywały się one u Was! Jeśli znacie jakiś wyjątkowo skuteczny dezodorant, koniecznie mi o nim napiszcie - o ile glin w antyperspirantach mnie nie przeraża, o tyle ilość stosowanej w nich zbędnej chemii poprawiającej jedynie właściwości aplikacyjne kosmetyku, już tak. Dlatego chętnie zapoznam się z nowymi kosmetykami, być może jednak znajdę coś dla siebie!

Na sam koniec jeszcze małe ogłoszenie - przez najbliższy tydzień kontakt ze mną będzie utrudniony, ponieważ wybieram się na urlop. Jeśli tylko będę miała dostęp do internetu, będę dawać znać w relacji na IG co u mnie słychać dlatego już teraz zapraszam na @kosmetologianaturalnie !

Pozdrawiam serdecznie!

[526.] Aktualna pielęgnacja włosów!

[526.] Aktualna pielęgnacja włosów!

Moje włosy zawsze były włosami wysokoporowatymi z niesamowitą tendencją do puszenia się. Musiałam skupiać się na ich wygładzaniu, dociążaniu, wręcz natłuszczaniu - a i tak często dawałam im za wygraną i stawiałam na spiętą fryzurę. Włosy były niesforne, suche, pozbawione blasku chociaż wcale nie w złej kondycji - nie łamały się ani nie kruszyły. Bardzo ciężko było mi znaleźć odpowiednie kosmetyki do pielęgnacji a wręcz obserwowałam zabawną zależność, że to, co polecane w blogosferze i czym zachwyca się wiele osób - u mnie się nie sprawdza. 


Jednak w końcu udało mi się znaleźć "złoty środek" - kosmetyki, które dawały na moich włosach zadowalający efekt a ich systematyczne stosowanie i zużycie wielu, wielu opakowań dało rewelacyjne rezultaty! Włosy stały się gładkie, lśniące, ujarzmiłam ich puszenie się. Z wysokoporowatych zaczęły zmierzać ku porowatości średniej. 

I w pewnym momencie zauważyłam obrót problemu w drugą stronę - włosy zaczęły stwarzać takie problemy, jakie nigdy wcześniej się u mnie nie pojawiały! Zaczęły łatwo tracić na objętości (a na objętość włosów, czy ich odbicie od nasady nigdy nie mogłam narzekać), przetłuszczać się pod wpływem zbyt obciążających kosmetyków. Masz babo placek! Tym sposobem od ok. pół roku próbuję znaleźć odpowiednie kosmetyki dla aktualnej kondycji włosów i w końcu zaczynam zauważać, co im odpowiada!


Moje włosy określiłabym jako średnioporowate w kierunku niskoporowatych. Nie określiłabym ich jako niskoporowatych, ponieważ chociaż mają tendencję do oklapywania, to jednocześnie wciąż potrafią się mocno spuszyć np. pod wpływem dostarczenia dużej dawki protein. Jednocześnie widzę, że proteiny dodają im lekkości i objętości, więc jak tu znaleźć złoty środek? 


Wypróbowałam dwie metody:

1. Stosowanie dużej dawki protein 1x na tydzień lub dwa - do tego celu służy mi intensywnie wzmacniająca maska Vianek stosowana na ok. 30 min przed myciem włosów.

2. Stosowanie małej dawki protein ale za to kilka razy w tygodniu - pierwsze bardzo udane próby uzyskałam dzięki szamponowi Yaka z Ukrainy, który miał niewielki dodatek protein pszenicy. Szampon ten nie jest dostępny w Polsce, dlatego postanowiłam postawić na coś dostępnego u nas - padło na szampon regenerujący do włosów Vianek!


Jednak powodem, dla którego zmieniłam szampon jest nie tylko chęć dostarczania im protein w mniejszych dawkach - zaobserwowałam na przestrzeni połowy roku, że moje włosy mają już po prostu dość dotychczas stosowanego szamponu odżywczego Vianek. Do tej pory był jednym z niewielu szamponów, które były w stanie dociążyć i wygładzić moje włosy ale wraz z poprawą ich kondycji, przestał im odpowiadać. Zauważyłam, że stosując szampon odżywczy Vianek włosy zaczynały wypadać. Zmiana szamponu na silniej oczyszczający (np. Arctic Rose Natura Siberica Blanche oparty o Sodium Coco-Sulfate) niwelował ten niepokojący efekt. Nie mam problemu z przetłuszczaniem się włosów, moja skóra głowy produkuje sebum w prawidłowej ilości a włosy myję co 2-3 dni. Jednak zaczęłam zauważać, że najwyraźniej skóra głowy wymaga zastosowania silniej myjących szamponów 1x w tygodniu. 

W swojej teorii upewniłam się zmieniając szampon odżywczy Vianek na wersję regenerującą do włosów blond tej samej marki. Początkowo wypadanie włosów zostało zahamowane (czyli faktycznie moja skóra głowy już ma dość szamponu odżywczego, który stosowałam systematycznie od ok. 2 lat) jednak po zużyciu ok. połowy opakowania znów zaczęło nabierać na sile. Włączyłam do pielęgnacji silniej oczyszczający szampon White Agafia w wersji rokitnikowej "objętość i puszystość" i problem ustał!


Te dwa szampony bardzo dobrze się dopełniają i urozmaicają wzajemnie. Dostarczają zróżnicowanych substancji aktywnych a to bardzo istotne dla równowagi PEH w pielęgnacji włosów! 

Szampon regenerujący do włosów farbowanych i rozjaśnianych (wersja dla blondynek) Vianek

Pomysł na zrobienie dwóch wersji szamponu regenerującego dla blondynek i brunetek bardzo przypadł mi do gustu - dzięki temu szampony z tej serii nie tylko nie wypłukują barwnika z włosa ale także podtrzymują głębię koloru. Z jednej strony jako rudzielec mogłabym się doczepić, że powinna powstać jeszcze trzecia wersja, ale! - kolor rudy zaliczany jest także do kolorów jasnych, dlatego z powodzeniem sięgam po wersję dla blondynek. Faktycznie zauważyłam, że kolor włosów stał się odrobinę jaśniejszy, bardziej płomienny i żywszy. Nie jest to efekt jaki mogłabym uzyskać po rozjaśniaczu, czy farbie, ale jak najbardziej jest widoczny dlatego uważam, że zostały spełnione obietnice Producenta o podkreśleniu koloru włosów.

Ponadto w odróżnieniu do innych szamponów Vianek - po wersji regenerującej bardzo łatwo można rozczesać włosy! Osobiście nie mam problemów z kołtunami jednak wiem, że część z Was zwraca baczną uwagę na właściwości ułatwiające rozczesywanie włosów przez szampon. Jeśli do tej pory nie byłyście zadowolone z szamponów firmy Sylveco, ponieważ trudno było Wam rozczesać po nich włosy - wersja regenerująca Vianek może przypaść Wam do gustu!
Jak wspomniałam wcześniej - szampon posiada proteiny. Jego codzienne stosowanie po pewnym czasie przyczyniało się do spuszenia włosów, dlatego szampon White Agafia nie tylko umożliwia mi mocniejsze oczyszczenie skóry głowy ale także dyscyplinuje i wygładza włosy. Jednak z problemem ewentualnego przeproteinowania poradziłam sobie sięgając po nową maskę do włosów - opowiem Wam o niej w dalszej części notki!

Skład INCI (na niebiesko zaznaczone delikatne substancje myjące, na zielono - substancje aktywne):
Aqua, Lauryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Coco-glucoside, Verbascum Densiflorum Flower/Stem Extract, Rheum Palmatum Root Extract, Panthenol, Oenothera Biennis Seed Oil, Hydrolyzed Wheat Protein, Lactic Acid, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Citrus Limonum Peel Oil, Parfum, Sodium Benzoate

Cena: ok. 23 zł / 300 ml


Szampon rokitnikowy "Objętość i Puszystość" White Agafia

Wybrałam go ze względu na opis Producenta, iż ma dodawać włosom objętości. Przy większości szamponów przeznaczonych stricte do zwiększenia objętości uzyskuję nie tylko odbicie od nasady, ale także - niestety - spuszone włosy na końcach. Akurat szampon White Agafia bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, ponieważ faktycznie unosił włosy od nasady ale jednocześnie nie powodował puszenia końcówek. W dodatku bardzo dobrze się pienił (zasługa SCS) przez co był bardzo wydajny. Jestem pewna, że jeszcze do niego wrócę a może skuszę się na inną wersję White Agafia? Póki dobrałam sobie odpowiednie kosmetyki najlepszym wyborem byłoby nie kombinować jednak uwielbiam szukać kolejnych perełek kosmetycznych zwłaszcza w tak dobrej cenie jak White Agafia!

Skład INCI (na niebiesko zaznaczone delikatne substancje myjące, na zielono - substancje aktywne a na żółto - substancje mogące wysuszać włosy, na które trzeba uważać, ponieważ nie każdej osobie będą odpowiadać):
Aqua, Melilotus Albus Flower/Leaf/Stem Extract, Sodium Coco-Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Sodium Chloride, Hippophae Rhamnoides Fruit Oil, Rubus Chamaemorus Fruit Extract, Helianthus Annuus Seed Oil, Arnica Montana Flower Extract, Rubus Idaeus Seed Oil, Rosa Canina Fruit Extract, Saponaria Officinalis Root Extract, Glycerin, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Tocopherol, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Limonene

Cena: ok. 12 zł / 280 ml


Wśród swoich poszukiwań szamponu, który doda włosom objętości, bez jednoczesnego ich puszenia na końcach postanowiłam wypróbować po raz kolejny mydło cedrowe Babuszki Agafii. Po ten kosmetyk sięgałam już kilka lat temu, gdy moje włosy były wysokoporowate i niestety wtenczas absolutnie ten produkt się nie spisał. Przypomniałam sobie o nim i skład INCI wydał mi się interesujący - jest w nim wiele ziół a więc dostarczy pewnej ilości protein przy codziennym stosowaniu. Zaciekawiły mnie także substancje myjące - Sodium Cocoyl Isethionate i Sodium Methyl Cocoyl Taurate - są silniejsze niż te stosowane w Vianku ale znacznie łagodniejsze niż SCS. Zaliczają się do łagodnych substancji powierzchniowo-czynnych.

Porównanie siły substancji powierzchniowo-czynnych stosowanych w kosmetykach


Miałam dobre przeczucie - mydło wykazuje silniejsze właściwości myjące co także osłabiło wypadanie moich włosów. Jednoczesny dodatek ziół z pewnością także miał wpływ na poprawę kondycji cebulek. 

Uściślając - wiecie, że jestem absolutną przeciwniczką mydeł - ten produkt nie jest mydłem pod względem chemicznym. Jest to po prostu bardzo gęsty żel - tak gęsty, że przypomina galaretkę. Jeśli szukacie czegoś w typie "czarnych mydeł", to jest to chyba jedyny produkt, który mogę polecić (z Babuszki Agafii jeszcze mydło miodowe ma dobry skład, natomiast tej samej firmy mydło czarne, białe i kwiatowe niestety posiadają SLES, Cocamide DEA, glikole, polyquaternium, silikony i kilka innych substancji, które nie powinny znajdować się w kosmetykach naturalnych.). Także mydło cedrowe jest mydłem jedynie z nazwy, skład ma wzorowy, więc polecam! 


Ten kosmetyk zabieram ze sobą na wyjazdy, ponieważ z jego pomocą mogę zarówno umyć twarz, ciało jak i włosy. Warto to mydło podrzucić także Panom - z pewnością docenią je za uniwersalność stosowania i ziołowy zapach a Ty będziesz mogła być spokojna o jakość stosowanych przez niego kosmetyków.

Skład INCI (na niebiesko zaznaczone delikatne substancje myjące, na zielono - substancje aktywne):
Aqua, Pinus Sibirica Oil, Sorbitol, Sodium Cocoyl Isethionate, Sodium Methyl Cocoyl Taurate, Stearic Acid, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Empetrum Sibiricum Extract, Juniperus Oxycedrus Extract, Organic Arnica Montana Oil, Saponaria Officinalis Extract, Pinus Sylvestris Tar, Cedrus Deodara Oil, Guaiacum Officinale Balm, Caramel, Chlorophylin Copper Complex, Benzyl Alcohol, Sorbic Acid, Benzoic Acid

Cena: ok. 16 zł / 300 ml

Zawsze po umyciu włosów nakładam odżywkę lub maskę. Do tej pory niekwestionowanym ulubieńcem w tej kategorii była odżywka do włosów Biolaven - nie tylko posiadała naturalny skład ale także bardzo dobrze spisywała się na moich włosach. Od czasu do czasu zdradzałam ją z jakąś inną odżywką lub maską jednak finalnie zawsze okazywało się, że Biolaven spisuje się lepiej. 

Maska do włosów Superfood / Hair Food Papaja, Garnier Fructis 

Będąc na Ukrainie trafiłam na maskę do włosów Garnier Fructis Superfood w wersji papaja - oszołomiona wzorowym składem zakupiłam ją i pochwaliłam się Wam na instagramie. Zostałam zasypana masą wiadomości, że ta seria również jest dostępna w Polsce! Graficznie są identyczne, różnią się odrobinę w nazwie - na Ukrainie seria nazywa się "Superfood" a w Polsce "Hairfood". 

Na razie testowałam tylko Ukraińską wersję i po prostu się w niej zakochałam! Wspaniale wygładza i dociąża włosy, mocniej niż odżywka Biolaven, ale jednocześnie ich nie przetłuszcza. Po szamponach z proteinami, które opisałam Wam wyżej (Vianek regenerujący oraz mydło Babuszki Agafii) czasem zdarzył się lekki puszek (pogoda ma bardzo duży wpływ na finalny wygląd włosów w zależności od zastosowanego w danym dniu kosmetyku) ale po stosowaniu tej maski absolutnie puszenie się nie pojawiało! Stosowałam tę maskę nawet na całe włosy (również nakładając na skórę głowy) i nie powodowała przyklapu. Jednocześnie wspaniale nabłyszcza włosy i dyscyplinuje.

Maska ma niesamowicie apetyczny zapach papai, który uprzyjemnia jej stosowanie. Zapach ten utrzymuje się na włosach co niezwykle mnie cieszy! Sam fakt, że koncern typu Garnier wypuszcza kosmetyk o wzorowym składzie INCI bardzo dobrze świadczy o firmie, że słucha głosu konsumentów. Uważam, że wypuszczenie na rynek europejski serii masek o naturalnym składzie INCI jest krokiem milowym w kosmetologii - coraz więcej firm przekonuje się, że naturalne kosmetyki bardziej odpowiadają konsumentom! Bardzo bym chciała, żeby Garnier zauważył, że jest na tego typu produkty popyt - być może skuszą się na zrobienie kroku dalej i doczekamy się innych kosmetyków o naturalnych składach? Może szampony dopasowane do tych serii? Nie mam nic przeciwko a wręcz mój apetyt wzrasta!

Zakupiłam już wersję polską maski Garnier Fructis Hair Food w wersji papaja (są jeszcze banan, goji i makadamia) także jeśli chcecie, wykonam porównanie obu masek - dajcie mi znać w komentarzach, czy taki post by Was interesował! Mam też w planie przetestować inne maski z tej serii, ponieważ czytam o nich same pozytywne opinie!


Maska ma bardzo dużą objętość a także zbitą konsystencję, dzięki czemu jest wydajna. Już niewielka ilość wystarcza dla równomiernego rozprowadzenia na włosach. Testowałam ją we wszystkich trzech konfiguracjach zalecanych przez Producenta, tj. jako odżywkę, maskę i produkt do stosowania po umyciu i w każdym przypadku spisała się równie dobrze! 

Skład INCI (na zielono zaznaczone substancje aktywne):
Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Isopropyl Myristate, Stearamidopropyl Dimethylamine, Carica Papaya Fruit Extract, Phyllanthus Emblica Fruit Extract, Glycine Soja Oil, Sodium Hydroxide, Helianthus Annuus Seed Oil, Coco-Caprylate/Caprate, Cocos Nucifera Oil, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Caprylic/Capric Triglyceride, Caprylyl Glycol, Citric Acid, Tartaric Acid, Cetyl Esters, Potassium Sorbate, Salicylic Acid, Caramel, Linalool, Geraniol, Limonene, Parfum / Fragrance 

Cena: ok. 22 zł / 380 ml


Serum na końcówki włosów, NaturalME

Jak widzicie - bardzo wiele zmieniło się w pielęgnacji moich włosów ponieważ postanowiłam także wypróbować nowe serum do zabezpieczania końcówek włosów bez silikonów firmy NaturalME! Niezwykle mnie cieszy coraz większa popularność kosmetyków do zabezpieczania końcówek oparta o biodegradowalne analogi silikonów, które równie skutecznie jak one chronią włosy, jednocześnie nie są szkodliwe dla środowiska.

Serum NaturalME z pewnością wypada najbardziej ekonomicznie ze wszystkich dotychczas stosowanych serum do włosów (za pojemność 75 ml płacimy ok. 26 zł, przy czym za serum Vianek 30 ml - ok. 23 zł a za tę samą pojemność biofermentu z bambusa - ok. 20 zł). Jest również najbardziej treściwe pod względem konsystencji, co przekłada się na jego wydajność.



Niestety serum kompletnie się u mnie nie spisało - jest jeszcze bardziej treściwe od serum Vianka co powodowało przetłuszczanie się włosów niezależnie od użytej ilości. U mnie wciąż ulubieńcem pozostaje bioferment z bambusa EcoSPA, jako produkt wodnisty, bardzo lekki, nie obciążający nadmiernie końcówek.

Jeśli jednak którymś z Was nie spasował ani bioferment, ani Vianek - potrzebujecie czegoś jeszcze silniej wygładzającego - jak najbardziej zwróćcie uwagę na to serum. Nie jest to zły kosmetyk - po prostu nie przypadł do gustu moim włosom. Skład ma wzorowy, pięknie pachnie i cechuje go fantastyczna wydajność!

Mimo, że na moich włosach serum się nie spisało, postanowiłam wypróbować go w inny sposób - np. jako dodatek do olejowania włosów, który dodatkowo je nabłyszczy czy produkt do demakijażu. Czy chciałybyście post o alternatywnym zastosowaniu nietrafionych kosmetyków? Co nieco mogłabym w tej materii poopowiadać!

Skład INCI (na zielono zaznaczone substancje aktywne):
Hydrogenated Ethylhexyl Olivate, Hydrogenated Olive Oil Unsaponifiables, Crambe Abyssinica Seed Oil, Argania Spinosa Kernel Oil, Tocopheryl Acetate, Parfum

Cena: ok. 26 zł / 75 ml


Oczywiście niekwestionowanym punktem w pielęgnacji włosów każdej Włosomaniaczki jest olejowanie! Najlepiej spisuje się u mnie olej kokosowy i jestem na etapie poszukiwania innych olejów, które będą mu dorównywać. Tym razem postawiłam na olej makadamia i stosuję go na podkład nawilżający z gliceryny.

Wprawdzie olej makadamia nie spisuje się u mnie aż tak dobrze jak olej kokosowy (więc poszukiwania wciąż będę kontynuować), jednak na pewno mogę polecić go osobom o włosach niskoporowatych, które mają tendencje do tracenia objętości. Olej ten bardzo dobrze wygładza włosy ale jednocześnie nie obciąża ich nadmiernie. Jedyne, czego brakuje mi do pełni szczęścia, to charakterystyczna sztywność - do tej pory uzyskałam ją jedynie po oleju kokosowym. Jeśli jednak nie zależy Wam na tym efekcie sztywności (jakby prostowania) włosów, lubicie miękkie, lejące się pasma - śmiało wypróbujcie makadamię! Bardzo ładnie nabłyszcza włosy a także nie powoduje ich prostowania, więc z pewnością docenią go osoby dbające o fale i loki.

Cena: ok. 11 zł / 50 ml


Jestem bardzo ciekawa, czy znacie któreś z powyższych kosmetyków? Jak spisują się one u Was? 

A może znacie jakieś kosmetyki/triki dodające objętości włosom bez ich puszenia na końcach? Chętnie się z nimi zapoznam!

Pozdrawiam i życzę miłego dnia!
[525.] Ekotyki - zapoznanie z nowymi firmami, zakupy, co mnie zaciekawiło?

[525.] Ekotyki - zapoznanie z nowymi firmami, zakupy, co mnie zaciekawiło?

W poprzednią sobotę, 26 maja, miały miejsce I na Górnym Śląsku Targi Ekotyki - największe w tym rejonie targi dotyczące tylko kosmetyków naturalnych! Jako iż Śląsk niezwykle miło mi się kojarzy (spędziłam tam 5 lat studiów oraz podejmowałam się pierwszych dorywczych prac - zarówno w gabinecie SPA jak i na stanowisku dermokonsultantki) oraz wciąż mam tam wiele Koleżanek z branży, postanowiłam wziąć udział w Ekotykach!

Targi odbywały się w Szybie Wilson i uważam, że był to bardzo dobry wybór lokalizacji - w porównaniu do targów odbywających się w Krakowie (również Ekotyki) czy Warszawie (Ekocuda), podczas wydarzenia nie było tłoku, ponieważ powierzchnia lokalu była ogromna! Dla mnie osobiście był to duży plus, ponieważ nienawidzę przeciskania się i rozpychania łokciami.



Targi mieściły się w dwóch rozległych pomieszczeniach. Stoiska  Wystawców były umiejscowione jedynie pod ścianami, dlatego osoby potrzebujące czasu do namysłu i rozejrzenia się mogły stanąć bliżej środka tych pomieszczeń lub wyjść na antresolę. W ten sposób przy stoiskach nie tworzył się sztuczny tłum.

Całości dopełniał ciekawy, bardzo charakterystyczny dla Śląska postindustrialny wystrój budynku.

Targi relacjonowałam na bieżąco na instagramie ;).


 Na Ekotykach można było zjawić się z pupilem!



Pierwszym Wystawcą, z którym miałam przyjemność rozmawiać to Earthnicity Minerals - miałam zarówno ich podkład, który bardzo sobie chwalę, jak i pędzel Kabuki, którego z pewnością długo nie zamienię na inny! Pędzel mam prawie rok i jeszcze nie wypadł mi z niego ani jeden włosek mimo, że akcesoria do makijażu myję codziennie!


Dowiedziałam się więcej o historii marki - zaintrygowało mnie to, że firma wchodząc na rynek Polski musiała poszerzyć gamę swoich podkładów o kolory odpowiadające karnacji Polek! Uważam, że to bardzo dobrze świadczy o marce.


Kolejnie skierowałam kroki do stoiska, na którym zobaczyłam kosmetyki Idea Toscana -  poleciła mi ją Magdalena a przy jej atopowej skórze ciężko dobrać kosmetyki, o czym opowiadała Wam w swojej historii:



Na stoisku oprócz kosmetyków Idea Toscana obecne były również kosmetyki Avril i przyznam, że akurat one skradły moją uwagę - w większości pomadki, ponieważ poszukuję stonowanego koloru a także... suchy olejek z drobinkami złota!

 Olejek po prawej, na zdjęciu tytułowym właśnie uwieczniałam go w relacji na instagramie.



Kolejną firmą, z którą chciałam się zapoznać było Fresh&Natural - akurat o tej firmie dowiedziałam się od Izabeli, która na targach w Krakowie pokazała mi ich regenerujący balsam do ciała o zapachu orzechów, w którym przepadłam! Na stoisku znalazłam wiele ciekawych kosmetyków, ale najbardziej zaciekawiła mnie pasta do mycia twarzy - aktualnie poszukuję kosmetyków do demakijażu w formie olejowej, które są spłukiwalne przy pomocy samej wody. Wiem, że wiele z Was lubi taką formę demakijażu a takie kosmetyki zazwyczaj nie grzeszą składem... Czas znaleźć prawdziwie naturalne perełki i pasta Fresh&Natural znajduje się na mojej liście "must have"!




Jak wspomniałam wcześniej - jestem na etapie poszukiwania pomadek do ust, dlatego obowiązkowym punktem było stoisko Piteraq - marki, która dopiero pojawia się w Polsce jednak ma tak ładne składy i przyjemne formuły, że mam nadzieję, że zostaną u nas na dłużej! Z tej firmy miałam zarówno bazę rozświetlającą do twarzy oraz bazę pod cienie i po każdy z tych produktów chętnie sięgam.

Baza rozświetlająca i baza pod cienie Piteraq



Kolejną młodą Polską firmą produkującą kosmetyki naturalne jest Senelle - kosmetyki inspirowane czterema porami roku:




Moje poszukiwania olejków "hydrofilowych", zmywalnych wodą, rozpoczęłam właśnie od tej firmy - od niedawna stosuję ich olejek (poleciła mi go Olga) i jestem nim zachwycona! Również posiadam w zapasach krem pod oczy i żel do mycia twarzy, także spodziewajcie się recenzji!





Na dłuższą chwilę zatrzymałam się przy stoisku Asoa - ta firma bardzo prężnie się rozwija, w krótkim czasie wypuścili wiele nowości, dlatego targi były idealną okazją, by zapoznać się z nimi! Moją uwagę przede wszystkim skupiłam na maseczce do twarzy z fioletową glinką, która zachęca do wypróbowania już samym swoim kolorem, jednak na żywo wygląda on jeszcze piękniej a sama maseczka urzeka zapachem! 

Wprawdzie maseczkę miałam na oku już wcześniej ale po zapoznaniu się z innymi nowościami, w tym peelingiem solnym o bardzo apetycznym zapachu marakui (uwielbiam peelingi solne do ciała!) oraz kremem odżywczym z niacynamidem (i całą serią innych substancji aktywnych!) czy hydrolatami, postanowiłam wypróbować te nowości.




Wybrałam następujące kosmetyki (od góry):
- peeling solny do ciała z olejem marakuja (mam słabość do peelingów solnych oraz urzekł mnie niesamowicie wakacyjny aromat),

- krem odżywcza goja (aktualnie wykorzystywany przeze mnie spray z filtrem SPF 50 Bioderma Photoderm Mineral nie ma zbyt wielu substancji aktywnych, dlatego potrzebuję dodatkowego kremu pod niego. Aktualnie moją uwagę skupiają kosmetyki z niacynamidem (witaminą B3) - jest to substancja wykazująca bardzo szerokie spektrum działania, w dodatku jest niezwykle skuteczna i łatwo dostępna. Niacynamid zazwyczaj jest stosowany w terapiach cer tłustych i trądzikowych, ponieważ wspomaga gojenie niedoskonałości oraz normalizuje wydzielanie sebum jednak ma również bardzo silne właściwości przeciwstarzeniowe oraz rozjaśniające przebarwienia! Dotychczas łatwodostępnymi kosmetykami z niacynamidem były kremy Vianek z serii normalizującej oraz krem przeciwzmarszczkowy do cery tłustej - poszukuję jednak kosmetyków bez substancji matujących, skupiających się bardziej na nawilżeniu i odżywieniu cery. Asoa spełniła moje oczekiwania względem konsystencji - jest bardzo treściwa ale jednocześnie nietłusta, dokładnie tak, jak preferuję. Dziś rozpoczęłam stosowanie tego kremu, dam znać za jakiś czas, jak się spisuje!

- hydrolat z drzewa herbacianego - często pytacie o preparaty przeciwtrądzikowe. Postanowiłam wypróbować, komu mogłabym polecać hydrolat z drzewa herbacianego? Czy ma bardziej właściwości wysuszające i ściągające czy raczej kojące skórę i wspomagające gojenie niedoskonałości? 

- maseczka do twarzy z fioletową glinką i olejem awokado - niezwykle zaintrygował mnie temat fioletowej glinki. Byłam ciekawa, czy jest to surowiec pozyskiwany w takim kolorze, czy mieszanka różnych innych kolorów glinek, których to mieszanka finalnie posiada tak bajeczny kolor? Zapytałam o to Panią z firmy Asoa, która odpowiedziała, że fioletowa glinka jest czystym surowcem a jako jedna z najdelikatniejszych, przeznaczona jest dla cer wrażliwych, alergicznych i suchych. Jestem jej niezwykle ciekawa zwłaszcza, że w bogactwie jej substancji aktywnych również znajduje się niacynamid!

- krem pod oczy - aktualnie kończę kolejne opakowanie przeciwzmarszczkowego Vianka, który bardzo przypadł mi do gustu, postanowiłam więc coś odmienić w swojej pielęgnacji okolic oczu. Do decyzji przekonał mnie fakt, iż ten krem również posiada... niacynamid!

 
Zakochałam się w tym kolorze glinki!



Kolejnym stoiskiem jakie odwiedziłam była firma Bartos. Na kosmetyki tej marki trafiłam już kilka razy na blogach i instagramie, zapoznałam się ze składami i przyznam, że mnie zaciekawiły. Wprawdzie firma jest młoda i wciąż się rozwija jednak to, co ją wyróżnia to bogactwo substancji czynnych dodawanych do kosmetyków. Składy INCI tych kosmetyków są okazałe, jednak całkowicie naturalne! Podczas rozmowy na stoisku dowiedziałam się, że kosmetyki są produkowane z myślą o fankach minimalizmu - stosując krem Bartos, nie potrzebujemy dodatkowego serum czy esencji, ma on dostarczyć skórze całego bogactwa substancji czynnych.

W dodatku kremy znajdują się w bardzo oryginalnych opakowaniach, z jakimi się jeszcze nie spotkałam! Nie są to po prostu odkręcane słoiczki. Produkt jest wyciskany a cały mechanizm pozwala zachować sterylność kosmetyku. Żałuję, że zapomniałam zrobić zdjęcia (byłam niesamowicie rozemocjonowana, jak dziecko w sklepie z zabawkami!), ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się Wam pokazać te zmyślne słoiczki!

 

Natomiast Szmaragdowe Żuki również są nową marką na Polskim rynku. Muszę przyznać, że estetyka tego stoiska wyróżniała się na tle innych i przykuwała uwagę. Nazwy kosmetyków nawiązują do łacińskich nazw roślin, z których zostały pozyskane główne substancje czynne zastosowane w kosmetyku - można więc troszkę podszkolić się ze składów INCI.

Kosmetyki te bazują na emolientowych formulacjach - opartych o oleje i masła, jednak mimo to bardzo zaintrygowały mnie kremy, ponieważ bez trudu wchłaniały się w skórę (popróbowałam odrobinę na dłoni). Trzymam mocno kciuki za rozwój tej marki, ponieważ również dostrzegam w niej spory potencjał!


Na Targach bawiłam się fantastycznie i już nie mogę doczekać się kolejnej edycji! Odwiedziłam także inne, dobrze znane mi stoiska, do których zawsze wracam jak Ecolore czy Sylveco. Mam nadzieję, że Ekotyki właśnie zapoczątkowały tradycję odbywania targów na Górnym Śląsku i liczę, że na kolejnej edycji pojawi się jeszcze więcej firm! No i nie zapominajmy, że z okazji targów Wystawcy bardzo często oferują znaczne rabaty i gratisy, dlatego już teraz zapraszam na kolejną edycję!



A Wy bywacie na targach kosmetyków naturalnych, jeśli macie ku temu okazję? Na jakich targach już byłyście? Czy okazały się dla Was pomocne? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii!


Pozdrawiam serdecznie!

Copyright © 2018 kosmetologia-naturalnie.pl