[497.] Projekt denko - grudzień 2017

[497.] Projekt denko - grudzień 2017

Styczeń rozpoczął się już na dobre,  dlatego najwyższy czas podsumować kosmetyki, które zdenkowałam w grudniu - zdecydowaną większość tych kosmetyków miałyście okazję zobaczyć już na blogu jednak mam nadzieję, że poniższe krótkie recenzje pomogą Wam przypomnieć sobie co nieco o naturalnych kosmetykach godnych uwagi!


Pielęgnacja twarzy

Olejek do demakijażu, Resibo

Demakijaż przy pomocy oleju to najdelikatniejsza forma zmywania kosmetyków kolorowych. Nie podrażni skóry ani nie przyczyni się do aktywizacji pracy gruczołów łojowych. Ponadto demakijaż olejem bez trudu poradzi sobie z wodoodpornymi formułami, z którymi nierzadko micele mają problem. 


Olej nakładam na dłonie i masuję nimi twarz. Gdy już kosmetyki kolorowe zostaną rozpuszczone, zmywam olejek przy pomocy nasączonych wodą płatków kosmetycznych. Na skórze pozostaje lekka, tłusta powłoka jednak bez trudu znika pod wpływem później zastosowanych kosmetyków - w końcu poprawne oczyszczanie, gdy nosimy makijaż, to oczyszczanie dwuetapowe!


Cena: ok. 60 zł za 150 ml


Odżywcza maseczka-peeling do twarzy, Vianek

Do tego produktu wracam z przyjemnością! Produkt stosuję 1x w tygodniu, po umyciu i tonizacji twarzy. Wykonuję dokładny masaż, podczas którego wyraźnie czuć, jak zmielone siemię lniane złuszcza naskórek. Drobinki te nie powodują nieprzyjemnego tarcia, i nie nasilają rumienia na mojej cerze. 


Po wykonanym masażu pozostawiam produkt na twarzy na ok. 15 minut, by zadziałał jako maseczka. Dzięki wcześniejszemu peelingowi, substancje aktywne jeszcze lepiej wnikają wgłąb naskórka! Po spłukaniu produktu cera jest miękka i przyjemnie gładka, nie pozostaje jednak na niej tłusty ani nieprzyjemny film.


Cena: ok. 20 zł za 75 ml


Tusz do rzęs Volume & Green, Boho Green Makeup

Pięknie podkręca i wydłuża rzęsy, delikatnie je pogrubiając i nie sklejając. Tuż po otwarciu jego konsystencja jest rzadsza i minimalnie problematyczna, ponieważ nałożony w zbyt dużej ilości zaczyna sklejać rzęsy. Po ok. 2 tygodniach od otwarcia tusz tężeje i jego stosowanie jest czystą przyjemnością!

Efekt finalny nie jest przerysowany, wygląda naturalnie lecz rzęsy są wyraźnie podkreślone. W dodatku nie osłabia rzęs, zdecydowanie rzadziej one wypadają. Z pewnością wrócę do tego tuszu!

Cena: ok. 40 zł za 5 ml


Serum silnie nawilżające, Clochee

To serum typowo humektantowe: znajdują się w nim dwa rodzaje kwasu hialuronowego - wielko- i małocząsteczkowy, gliceryna oraz ekstrakt z buraka bogaty w betainę (aminokwas o właściwościach wiążących wodę w naskórku). Dzięki takiej kompozycji substancji nawilżających nawilża naskórek już w głębokich warstwach!

Przede wszystkim serum humektantowe to must have dla osób często stosujących oleje- by zachować maksimum nawilżenia skóry, czasem nie wystarcza sam emolient i humektant bardzo dobrze uzupełnia jego działanie. Dodając humektanty pod oleje minimalizujemy ryzyko uczucia dyskomfortu i braku nawilżenia pomimo stosowania olejów.


Cena: ok. 140 zł za 30 ml, aktualnie na stronie producenta jest promocja: 110 zł


Serum naturalnie wygładzające, Resibo

Mój absolutny hit w kwestii działania hamującego procesy starzenia się skóry! Jest nie tylko bogaty w antyoksydanty, które to chronią przed wolnymi rodnikami i tym samym działają anty-ageing ale także pozyskiwany z lawendy stoechiol, który rozluźnia mięśnie i skórę a tym samym zapobiega pogłębianiu się zmarszczek mimicznych.


Serum to stosowałam zarówno pod krem lub solo 1-2x w tygodniu na noc, a także miałam wykonywane na nim masaże twarzy- poza właściwościami pielęgnującymi tego serum, które dodatkowo przyczyniały się do skuteczności zabiegu, zapach tego serum jest niesamowicie przyjemne- nie czuć lawendy, jest to zapach delikatny i mi osobiście kojarzący się z oliwką Bambino- ciepły, lekko słodki ale nie duszący ani mdły. Cudny!

Cena: ok. 130 zł za 30 ml


Pomadka o smaku mango, Greenland

Kosmetyk przywieziony z Austrii, dostępny w drogerii BIPA. Smak tej pomadki jest obłędny, bardzo słodki i chociaż mi osobiście nie przypominał mango, to bardzo przypadł mi do gustu. Stosowałam ją głównie w okresie świątecznym a jej aromat przywodził mi na myśl świąteczny klimat, chociaż nie było w niej nut cynamonowych czy pomarańczowych.

Jej smak mnie oczarował, co uprzyjemniało stosowanie, jednak nie zapach jest najważniejszy! W kwestii działania nawilżającego i ochronnego również spisała się wzorowo, podczas jej stosowania nie dokuczały mi suche skórki ani pękający naskórek w obrębie ust.

Cena: aktualnie widzę ją w cenie 6 Euro, jednak ja kupiłam ją znacznie taniej- widocznie trafiłam na promocję =)


Masełko do ust Afrodyzjak, Honey Therapy

Masło ochronne o smaku wanilii- jest bardzo delikatne, lekko wyczuwalne na ustach jednak mocno nawilżające. Z pewnością spisze się u osób, które nie lubią uczucia ciężkich, czy klejących konsystencji pozostawionych na ustach. 


W czasie jej stosowania także nie zaobserwowałam powstania suchych skórek. Dużym plusem jest wydajność tego produktu, ponieważ nie trzeba nakładać go wiele, by cieszyć się nawilżonymi ustami!

Cena: ok. 15 zł za 15 g


Pielęgnacja włosów

Szampon Pure & Natural, Nivea

Ten szampon przywiozłam z wycieczki z Ukrainy i bardzo pozytywnie zaskoczył mnie składem- wprawdzie nie był idealny, ponieważ oparty na SCS, który jest mocnym detergentem i sól w formie zagęstnika, jednak zdecydowanie był to skład NATURALNY a nie tylko udający takowy! 




Produkt wzorowo spisywał się w roli kosmetyku oczyszczającego, stosowany raz na jakiś czas np. przed nałożeniem henny. Bardzo łatwo dało się po nim rozczesywać włosy, chociaż finalnie nie były one tak bardzo wygładzone i dociążone jak po odżywczym Vianku, który stosuję na co dzień. Mimo wszystko kosmetyk warty uwagi, gdybyście były na Ukrainie!


Cena: ok. 10 zł za 400 ml - kosmetyki na Ukrainie były bardzo przystępne cenowo!

Pełna recenzja


Henna Swati 

Odkąd porzuciłam farbowanie długości włosów farbą chemiczną na rzecz henny, moje włosy niesamowicie odżyły! Henna nie tylko umożliwiła mi uzyskanie wymarzonego, naturalnie wyglądającego odcienia rudości, ale także odżywiła i pogrubiła włos! Kolejne opakowanie w zapasach!

Cena: ok. 35 zł za 150g

Pełna recenzja w Mojej Włosowej Historii

 
 Pielęgnacja ciała


Chusteczki do pielęgnacji skóry dziecka 3w1: regeneracja, nawilżenie i odżywienie, Anthyllis Baby

W przypadku higieny i pielęgnacji okolic intymnych bardzo istotny jest skład kosmetyków- ze względu na bliskość błon śluzowych w tych okolicach należy przyjąć, że substancje stosowane w kosmetykach bardziej przenikają do krwioobiegu. Stąd też chusteczki nawilżane dla niemowląt powinny charakteryzować się wyjątkowo bezpiecznym składem. Produkt Anthyllis Baby jak najbardziej posiada wzorowy skład INCI chusteczek, bardzo dobrze oczyszcza i nie podrażnia. Duży plus za funkcjonalne zamknięcie!

Cena: ok. 16 zł za opakowanie (60 szt.)

Pełna recenzja


Delikatny płyn do kąpieli-szampon 2w1, Anthyllis Baby

Bardzo delikatny kosmetyk myjący, który nie podrażnia ani nie wysusza skóry! Oparty na bazie delikatnych substancji myjących, dzięki czemu nie narusza bariery hydrolipidowej. Zdecydowanie nada się do pielęgnacji najmłodszych, jednak nie ma przeciwwskazań, by stosowały go także osoby dorosłe.


Systematyczne stosowanie żeli myjących pozbawionych SLS i innych mocno oczyszczających substancji przyczynia się do poprawy nawilżenia i elastyczności skóry- zdecydowanie mniej domaga się ona nawilżania balsamem. Stosując żele bez SLS zapominamy nie tylko o drobnopłatkowym złuszczaniu skóry w obrębie ciała ale także poprawia się stan skóry... na stopach! Jeśli zazwyczaj myjemy się pod prysznicem, to właśnie stopy mają najdłuższy kontakt z detergentem i są najbardziej narażone na jego właściwości drażniące. A że skóra w obrębie stóp jest gruba to bardzo intensywnie reaguje obroną, jaką jest dodatkowe zgrubienie skóry.

Cena: ok. 30 zł za 400 ml

Pełna recenzja


Mydło kuchenne Goździk, Yope

Kontakt skóry z detergentami ma bardzo duży wpływ na stan skóry- dlatego wyeliminowałam SLS nie tylko z kosmetyków ale także środków chemii gospodarczej. Mydła kuchennego Yope używam do mycia naczyń i chociaż nie używam rękawiczek podczas zmywania, nie borykam się z suchą skórą dłoni ani suchymi skórkami w obrębie paznokci.

Gdy wspominam wstecz stan swoich dłoni mogę śmiało powiedzieć, że mam wrażenie, jak gdybym odjęła im lat - jeszcze w liceum miałam skórę na dłoniach na tyle dobrze nawilżoną, że krem do rąk nie był mi potrzebny. Oczywiście i tak nosiłam go w torebce, bo wszystkie koleżanki nosiły (<facepalm>) jednak po jego zastosowaniu zostawiał tłustą powłokę na skórze, nie wchłaniał się nawet nałożony w minimalnej ilości i ciężko było mi utrzymać długopis. Na studiach moja skóra zaczęła się dopominać kremu do rąk i jego obecność w torebce była obowiązkowa. Jednak mimo stosowania po każdym umyciu rąk, skóra stawała się coraz bardziej szorstka i często dokuczały mi suche skórki wokół paznokci.

Pod koniec studiów, kiedy byłam już fanką naturalnej pielęgnacji, wyeliminowałam całkowicie SLS a suchość skóry i suche skórki przestały się pojawiać. To nieprawdopodobne, jak bardzo stan nawilżenia skóry może się zmienić tylko pod wpływem zmiany kosmetyków myjących! Aktualnie krem do rąk jest kosmetykiem, bez którego mogę się obejść- wprawdzie w zimie skóra wymaga nawilżenia, ale mogę zastosować dowolny krem lub balsam do ciała- i zazwyczaj tak właśnie robię. Zapewne zauważyłyście, że kremy do rąk rzadko kiedy pojawiają się w denkach- kupuję je bardzo sporadycznie i bardziej z chęci przetestowania czegoś nowego niż faktycznej potrzeby.

Wracając do samego produktu, jakim jest mydło kuchenne Yope to warto zaznaczyć, że jest to "mydło" jedynie z nazwy i pod względem chemicznym jest to żel. Firma niedawno wypuściła na rynek płyny do mycia naczyń, jednak jeśli dobrze pamiętam, są na bazie SCS, więc pozostaję przy "mydłach" kuchennych. Nie mogę na internecie znaleźć składu tych nowych płynów do naczyń, żeby sprawdzić, czy dobrze kojarzę ich skład dlatego jeśli je znacie, proszę o podesłanie składu =)

Cena: 16 zł za 500 ml

Pełna recenzja


Peeling cytrusowo-kokosowy do ciała, Mydlasie

Ten peeling zamawiamy w formie półproduktów i wykonujemy go samodzielnie- oczywiście jest to bardzo proste i w pełnej recenzji pokazywałam Wam, że nie ma się czego obawiać! Jest to fantastyczny sposób na spróbowanie swoich sił tworzeniu własnych kosmetyków- zanim rzucimy się na głęboką wodę i same wykonamy kosmetyk, warto wykonać peeling, gdzie mamy już dokładnie odmierzone proporcje i objętości. W ten sposób obserwujemy, jak surowce reagują między sobą i łączą się, dzięki czemu wykonując później peeling wg własnego uznania, wiemy, jak ten proces powinien przebiegać. 


Własnoręcznie wykonany peeling może być także miłym prezentem dla bliskiej nam osoby- przecież w kwestii prezentów nie liczy się wygórowana cena ale czas i zaangażowanie poświęcone w zdobycie tego prezentu.

Natomiast w kwestii samego peelingu, to bardzo dobrze złuszcza martwe komórki naskórka i wykonywany na nim masaż jest intensywny. Dzięki dużej zawartości olejów pozostawia skórę gładką i przyjemną w dotyku!


Cena: 27 zł za 350 g

Pełna recenzja

Niestety naklejka z opakowania spłynęła po kontakcie z wodą, dlatego dla przypomnienia wklejam Wam, jak wyglądało opakowanie:


Jestem bardzo ciekawa, czy znacie któreś z powyższych kosmetyków? Jak spisały się one u Was? A może zaciekawiłam Was którymś?

Koniecznie dajcie znać! Pozdrawiam,




[496.] Maseczka oraz peeling Beauty Garden- francuskie kosmetyki naturalne dostępne w PL!

[496.] Maseczka oraz peeling Beauty Garden- francuskie kosmetyki naturalne dostępne w PL!

Od niedawna na polskim rynku dostępna jest nowa, francuska marka kosmetyków naturalnych- Beauty Garden. Kosmetyki te przyciągnęły moją uwagę bardzo estetycznymi opakowaniami wykonanymi z jasnego drewna i postanowiłam zapoznać się bliżej z peelingiem oraz maseczką do twarzy. 

Stosuję oba kosmetyki już od dłuższego czasu i zdecydowanie należą im się słowa pochwały- mają nie tylko wzorowy skład INCI ale także wykazują się wyjątkową skutecznością działania! Zapraszam do recenzji.

Peeling do twarzy Orzechy & Rumianek, Beauty Garden


Zacznijmy od analizy składu INCI- dla mnie jest to decydujący etap po którym dokonuję selekcji. Jeśli kosmetyk posiada skład spełniający moje wymagania, z pewnością trafi do koszyka! Natomiast jeśli w INCI znajduję jakieś niepokojące substancje, odpuszczam kosmetyk nawet, jeśli poza tą kontrowersyjną substancją posiada multum substancji aktywnych a sam potencjalnie szkodliwy składnik znajduje się na końcu. Niektóre substancje nie potrzebują dużych dawek, by wykazać szkodliwość działania a ponadto każdy kosmetyk używam długo i systematycznie (większość naturalnych kosmetyków charakteryzuje się fantastyczną wydajnością). Efekty szkodliwego działania niektórych substancji nie zobaczymy od razu - skóra jest podrażniana lekko, lecz systematycznie i początkowo stara się sama sobie radzić- np. poprzez aktywizację pracy gruczołów łojowych. Zazwyczaj dopiero po dłuższym czasie stosowania dociera do nas, że coś ze skórą dzieje się niepokojącego - pojawia się coraz więcej niedoskonałości, cera się czerwieni, pojawiają się suche skórki i uczucie dyskomfortu. W takiej sytuacji nie wystarczy wyeliminować szkodliwy kosmetyk- należy dać skórze czas na regenerację, odbudowę i przywrócenie prawidłowych funkcji, bez nasilania pracy gruczołów łojowych czy produkcji nowych komórek. Skóra musi "odnaleźć swój rytm"!

Skład peelingu Beauty Garden oczywiście jest wzorowy, całkowicie bezpieczny i bogaty w substancje aktywne. Na zielono zaznaczone substancje pielęgnujące, na niebiesko - złuszczające, na pomarańczowo- emulgatory a na fioletowo- konserwanty.

Aqua - woda,
Helianthus Annuus Seed Oil - olej słonecznikowy to olej o najniższym potencjale komedogenności! Odżywia skórę, wygładza i poprawia jej elastyczność,
Butyrospermum Parkii Butter Extract - masło shea nawilża skórę i chroni przed czynnikami zewnętrznymi. Napina, uelastycznia i wygładza,
Glyceryl stearate - emulgator,
Cetearyl olivate - emulgator,
Sorbitan olivate - emulgator,
Juglans Regia Shell Powder - proszek ze zmielonych łupin orzecha włoskiego odpowiada za właściwości peelingujące,
Anthemis Nobilis Flower Powder - proszek ze zmielonych kwiatów rumianku także wykazuje właściwości złuszczające,
Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate - konserwant,
Parfum (Fragrance) - kompozycja zapachowa,
Gluconolactone - kwas, odpowiada za właściwości złuszczające kosmetyku,
Tocopherol - witamina E jako konserwant,
Linalool - składnik kompozycji zapachowej.


Ze względu na brak obecności substancji myjących, stosujemy go po dwuetapowym umyciu twarzy oraz tonizacji. Peeling ten posiada lekką i puszystą, kremową konsystencję, w której równomiernie rozmieszczone są drobinki peelingujące - nie są one duże ani ostre, ale różnią się wielkością pomiędzy pudrem z orzecha a z rumianku.

Peeling ten jest peelingiem bardzo delikatnym- podczas wykonywania masażu działanie złuszczające jest niemal niewyczuwalne, ponieważ drobinki peelingujące nie są gęsto usiane. I chociaż podczas masowania twarzy tym kosmetykiem może wydawać się, że jest aż zbyt delikatny, to nie dajmy się ponieść temu złudnemu wrażeniu- siła złuszczania tego peelingu tkwi także w obecności kwasu, glukonolaktonu! 



Glukonolakton to przedstawiciel polihydroksykwasów, czyli bardzo delikatnych substancji złuszczających. Nie obserwuje się po nim widocznego złuszczania skóry, ponieważ działa wolniej i bardziej powierzchownie niż kwasy BHA i AHA. Tak samo jak w przypadku wszystkich peelingów chemicznych (kwasów czy enzymów), efekt złuszczenia martwych komórek naskórka tuż po zastosowaniu jest niepełny, proces złuszczania tychże komórek następuje jeszcze w ciągu kilku dni od zastosowania preparatu. 

Więcej informacji o peelingach:

By uzyskać pełnię efektów należy uzbroić się w cierpliwość i stosować kosmetyk systematycznie. Częstotliwość stosowania zalecałabym 1x w tygodniu, podobnie jak w przypadku wszystkich peelingów- trzeba mieć na uwadze, że chociaż glukonolakton jest delikatnym preparatem to jednak jest to kwas a to bardzo nieprzewidywalna substancja. Z racji braku możliwości obserwowania głębokości działania złuszczającego lepiej stosować go z rezerwą - byle nie rzadziej, niż 1x w miesiącu, ponieważ tyle wynosi TOT, czas upływający od powstania nowej komórki aż do jej złuszczenia, czyli pełny cykl życiowy komórki naskórka.


Peeling ten polecam z całego serca osobom o bardzo delikatnych i wrażliwych skórach- jest to jeden z najdelikatniejszych i najbezpieczniejszych peelingów, jaki do tej pory stosowałam. Z pewnością mogą go wypróbować osoby, które wymagają delikatnego złuszczenia, jednak są uczulone na enzymy, co uniemożliwia im stosowanie peelingów enzymatycznych. 

Peeling Beauty Garden nie pozostawia tłustej powłoki, jednak skóra jest wyraźnie bardziej gładka i miękka, co z pewnością przypadnie do gustu cerom wymagającym nawilżenia- suchym, odwodnionym, mieszanym ale też tym ze skłonnością do komedogenności, zanieczyszczonym czy rozregulowaną pracą gruczołów łojowych. Ostrożność należy zachować w przypadku cer trądzikowych, które charakteryzują się trądzikiem aktywnym, ropnym o zapalnym podłożu- w takim wypadku lepiej jest unikać peelingów ziarnistych, ponieważ mogą one nasilać te zmiany. W przypadku pojedynczych zmian lub tych w formie kaszki, gdzie nie pojawiają się ropne zmiany i są one w kolorze skóry, jak najbardziej peeling można wypróbować.

Cena: ok. 100 zł za 50 ml


Odświeżająca Maska z Ogórka, Beauty Garden


Drugim kosmetykiem, z którym postanowiłam się zapoznać była maska z ogórka - trafiłam na film ukazujący proces produkcji tej maski, na którym jest pokazane, jak faktycznie zmielony ogórek trafia do kosmetyku! Bardzo mnie to zaintrygowało zwłaszcza, że ogórek to także roślina bogata w enzymy dzięki czemu wygładza powierzchnię naskórka, działa rozjaśniająco i rewitalizująco.

INCI (Na zielono zaznaczone substancje pielęgnujące, na niebiesko - złuszczające, na pomarańczowo- emulgatory a na fioletowo- konserwanty):

Aqua- woda,
Cucumis Sativus Juice - sok z ogórka posiada właściwości rozjaśniające, wygładzające i wyrównujące koloryt skóry. Ponadto działa rewitalizująco oraz pomaga zmniejszać zasinienia i cienie pod oczami,
Helianthus Annuus Seed Oil - olej słonecznikowy to olej o najniższym potencjale komedogenności! Odżywia skórę, wygładza i poprawia jej elastyczność,
Glycerin - gliceryna jest humektantem co oznacza, że wiąże wodę w głębokich warstwach naskórka i tym samym poprawia nawilżenie skóry,
Butyrospermum Parkii Butter Extract - masło shea nawilża skórę i chroni przed czynnikami zewnętrznymi. Napina, uelastycznia i wygładza,
Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate - konserwant,
Cetearyl olivate - emulgator,
Agar - zagęstnik i stabilizator,
Sorbitan olivate - emulgator,
Gluconolactone - substancja złuszczająca,
Xanthan gum - stabilizator i zagęstnik,
CI 77891 - barwnik, dwutlenek tytanu, tworzy bazę pod inne barwniki,
Mica - mika, barwnik z mieniącymi się drobinkami,
CI 77288 - zieleń chromowa, barwnik,
Tocopherol - witamina E jako konserwant.


Maska posiada bardzo ciekawą konsystencję- jest na pograniczu emulsji a... galaretki! Jednak mimo tak odmiennej konsystencji bez trudu daje się zaaplikować. Produkt wykazuje się bardzo dużą wydajnością, niewielka ilość wystarcza do rozprowadzenia po całym obszarze twarzy.

Maska Beauty Garden jest lekka i szybko się wchłania pozostawiając skórę aksamitnie gładką. Trzymam ją na twarzy ok. 15 minut po czym spłukuję obficie wodą, tonizuję twarz i aplikuję krem. 


To, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło podczas stosowania tej maseczki to to, jak dobrze pomaga goić podskórne wypryski! Wprawdzie odkąd porzuciłam kosmetyki z parafiną i silikonami (również te do makijażu), nie zdarzają mi się ogromne, podskórne grudki, jednak takie niewielkie, w formie kaszki jak najbardziej- zwłaszcza, gdy pofolguję sobie z dietą. Na drugi dzień po aplikacji maseczki ta podskórna kaszka jest niemal niewyczuwalna w dotyku a także w ogóle nie widać żadnych nierówności powierzchni skóry.

Ponadto podczas systematycznego stosowania skóra wyrównuje swój koloryt- nabiera promienności, wygląda na wypoczętą. Zaobserwowałam także zwężenie porów, co zapewne jest związane z obecnością enzymów z ogórka a także glukonolaktonu.


Maseczkę tę polecam zwłaszcza osobom, których skóry wymagają nawilżenia ale jednocześnie obawiają się zapychania oraz powstawania niedoskonałości. Spisze się w przypadku cer tłustych, trądzikowych, mieszanych, zanieczyszczonych czy z rozregulowaną pracą gruczołów łojowych ale także dojrzałych, które potrzebują rewitalizacji i wyrównania kolorytu.

Jedyne, na co chciałabym zwrócić uwagę to stosowanie jej "z głową" - jako kosmetyk z kwasem, również jest kosmetykiem niosącym pewne ryzyko powikłań, dlatego nie zalecam stosowania częstszego niż 1x w tygodniu.

Cena: ok. 85 zł za 50 ml



Jestem bardzo ciekawa, czy słyszałyście już o marce Beauty Garden? A może nawet miałyście z nią styczność? Koniecznie dajcie znać!

Pozdrawiam serdecznie!

[495.] Słuszność stosowania żeli do higieny intymnej

[495.] Słuszność stosowania żeli do higieny intymnej


Naturalna pielęgnacja budzi skrajne emocje- dla jednych jest najskuteczniejszą metodą pielęgnacji, natomiast u innych wywołuje zdziwienie i niechęć. Podejście tych drugich głównie wynika z błędnych przekonań dotyczących tego, czym są naturalne kosmetyki lub też trafiają na informacje nie tylko sprzeczne z zasadami ogólnie przyjętej pielęgnacji, ale nawet zakrawające o brak higieny. Sztandarowym tego przykładem, który jeży mi włos na głowie, jest kwestia higieny okolic intymnych.

Ostatnimi czasy na grupach dotyczących naturalnych kosmetyków natrafiam wyjątkowo często na informacje, jakoby do mycia okolic intymnych wystarczała sama woda lub jedynie szare mydło. Powielane jest stwierdzenie, że pochwa posiada właściwości "samooczyszczające się" a zakorzenianiu tych mitów sprzyja fakt, że wiele ginekologów odradza stosowanie żeli do higieny intymnej- czy aby na pewno słusznie?

Jak zazwyczaj w życiu bywa- prawda leży pośrodku: żele do higieny jak najbardziej należy stosować, jednak nie każdy ma bezpieczny skład i warto nauczyć się je rozróżniać. Zacznijmy więc od początku!



MIT nr 1: PH pochwy wynosi poniżej 4.5 a srom ma pH takie jak skóra (4.5-5.5) - żele do higieny intymnej posiadają wartości pH poniżej 4.5, mają więc zbyt niskie pH do mycia tychże okolic!

Zacznijmy od tego, skąd w ogóle bierze się wartość pH - jest ona wynikiem pracy naszego ciała, produkcji potu przez gruczoły potowe (a pot nadaje skórze lekko kwaśne pH). W przypadku pochwy o jej wartości pH decyduje produkcja i wydzielanie śluzu z dużą zawartością kwasu mlekowego. Śluz ten nie znajduje się jednak jedynie w obrębie pochwy lecz wydostaje się także na wargi sromowe, przyczyniając się tym samym do obniżania pH również w tej okolicy. Nie istnieje więc sztywna granica, na której pH skóry nagle drastycznie zmieniło by się na pH pochwy - śluz przyczynia się do stopniowej zmiany z wartości fizjologicznej skóry (4.5-5.5) na niższe - wewnątrz pochwy wynosi aż 3,8!


MIT nr 2: Żele do higieny intymnej służą do mycia wnętrza pochwy

Ten mit wynika poniekąd z przytoczonego wcześniej. Niektóre osoby próbując przekonać, że żel do higieny intymnej ma zbyt niskie pH błędnie wnioskują, że zapewne jest on przeznaczony do oczyszczania wnętrza pochwy. Dostaję dreszczy już na samą myśl, że ktoś mógł wpaść na pomysł takiego "dogłębnego" oczyszczania!

Kosmetyk (także żel do higieny intymnej) wg ustawy o kosmetykach z dnia 30 marca 2001 r. (Dz.U. 2001 nr 42 poz. 473) to każda substancja przeznaczona do zewnętrznego kontaktu z ciałem człowieka: skórą, włosami, wargami, paznokciami, zewnętrznymi narządami płciowymi, zębami i błonami śluzowymi jamy ustnej, stosowana w wyłącznym lub głównym celu utrzymywania ich w czystości, pielęgnowania, ochrony, perfumowania lub upiększania.

Także już wg definicji prawnej, żele do higieny intymnej mają służyć oczyszczaniu zewnętrznych narządów płciowych! Czyli właśnie ładnie to ujmując: "okolic intymnych" - a nie wnętrza pochwy! Nikt nie wymyśla, że należy stosować je w bardziej inwazyjny sposób, byłoby to wręcz niezgodne z prawem!



MIT nr 3: Do mycia okolic intymnych można stosować mydło
 
Mydło jest kosmetykiem silnie zaburzającym pH skóry. Ale po co nam to wiedzieć? Po to, że pochwa nie bez przyczyny ma tak niskie pH oraz nie bez celu produkuje takie ilości śluzu, by mogły one znaleźć się także u jej ujścia i na wargach sromowych: odpowiednie pH (czyli odpowiedni odczyn kwasowo-zasadowy) jest bardzo istotny dla rozwoju bakterii. Zachowanie fizjologicznego pH danej okolicy (w przypadku okolic intymnych mówimy o pH poniżej 4.5) sprzyja rozwojowi prawidłowego mikrobiomu ("dobrych" bakterii), który w okolicy intymnej różni się od mikrobiomu skóry. Jeśli nasza fizjologiczna flora bakteryjna ma odpowiednie środowisko do bytowania, może skutecznie konkurować z florą patologiczną ("złą") i tym samym zapobiegać infekcjom.

Z tego też powodu odpowiednie pH przyczynia się do zmniejszenia ryzyka występowania infekcji intymnych- jednak nie chroni przed nimi całkowicie i to także należy mieć na uwadze. Pochwa jest narządem wyjątkowo podatnym na ataki mikroorganizmów stąd tak istotne zabezpieczenie przed infekcjami dała nam matka natura. W ramach ciekawostki podpowiem, że o tym, jak bardzo "zabójcze" może być niskie pH pochwy dla innych mikroorganizmów świadczy fakt, że... sperma posiada pH 7.2-8.0 w celu neutralizacji tak kwaśnego odczynu pochwy a tym samym umożliwia dalszą wędrówkę plemnikom. Jedną z przyczyn niepłodności może być nieprawidłowy skład chemiczny spermy, przez co nie posiada ona wystarczającej do neutralizacji wartości pH.

Mydło ze względu na sposób jego otrzymywania, jest kosmetykiem o bardzo wysokim pH- zdecydowanie przewyższa ono fizjologiczne pH skóry a tym bardziej różni się od pH okolic intymnych.



MIT nr 4: To właśnie żele do higieny intymnej przyczyniają się do rozwoju infekcji intymnych

Jest to kompletną bzdurą i to stwierdzenie nawet nie ma podstaw, do których można byłoby się odnieść. Argument ten wciąż bazuje na błędnym przekonaniu, jakoby żele do higieny intymnej miały służyć do mycia wnętrza pochwy i tym samym prowadzić do usuwania mikrobiomu. Jak już zapewne rozumiecie - żele do higieny intymnej produkowane są z dbałością o zachowanie fizjologicznego pH okolic intymnych, które jest niższe niż 4.5 i to właśnie dzięki zachowaniu odpowiedniego pH skóry mają sprzyjać podtrzymywaniu prawidłowego mikrobiomu okolic intymnych.

Skąd jednak wiemy, że na okolicy intymnej bytują bakterie zapobiegające rozwojowi infekcji? Oczywiście oprócz "suchej analizy" jaką są badania laboratoryjne, możemy także przytoczyć sytuacje z życia wzięte. Infekcje intymne dotykają tych zewnętrznych okolic jakimi są wargi sromowe i ujście pochwy - pojawia się uczucie dyskomfortu, pieczenie, swędzenie. Podczas infekcji nasila się produkcja śluzu przez pochwę, ponieważ organizm stara się walczyć, usiłując stworzyć odpowiednio niskie pH, które z jednej strony zapewni lepsze środowisko do bytowania bakterii flory fizjologicznej ("dobrych") a z drugiej osłabi patologiczną florę bakteryjną ("złą"). Jednak to, co jest bardzo charakterystyczne dla wydzieliny pochwy podczas infekcji, to jej zmieniona barwa i nieprzyjemny zapach, które właśnie świadczą o nadmiernym rozwoju bakterii (bardzo podobna sytuacja dzieje się w naszym nosie podczas kataru- zwróćcie uwagę, że poważne infekcje zabarwiają tamtejszą wydzielinę nawet na zielono!)

Inną sytuacją "z życia wziętą", która dobrze obrazuje nam obecność bakterii chroniących przed infekcjami na zewnętrznych narządach płciowych są probiotyki zażywane doustnie. Probiotyki te zawierają szczepy bakterii charakterystyczne dla okolic intymnych. W jaki sposób mają one dostać się do okolicy intymnej? Otóż nie drogą wnętrza organizmu, nie z krwią, czy w jakikolwiek inny sposób, ale bardzo prozaicznie - rozprzestrzeniają się na okolicy odbytu a następnie zasiedlają okolice pochwy.



MIT nr 5: Okolicę intymną wystarczy podmywać samą wodą

Celowo nie połączyłam mycia samą wodą i mycia mydłem, ponieważ obie metody znacznie różnią się od siebie. O ile w kwestii mydła problematyczne jest wysokie pH, to jednak jest ono w stanie umyć zarówno zabrudzenia wszelkiego rodzaju- zarówno te hydrofilowe ("wodne") jak i lipofilowe ("tłuszczowe").

Natomiast woda jest rozpuszczalnikiem jedynie dla substancji hydrofilowych ("wodnych") - nie zmywa substancji "tłuszczowych", lipofilowych. Podmywając się jedynie wodą ciężko mówić o odpowiednim zachowaniu higieny- substancje lipofilowe to np. sebum wydzielane przez gruczoły łojowe okolic pochwy. Jednak terminem "okolica intymna" określa się nie tylko ujście pochwy czy wargi sromowe ale także okolice cewki moczowej oraz odbytu! A w kale znajdują się niestrawione resztki pokarmu, m. in. tłuszcze (lipofilowe). Dlatego też mamy, podcierające swoim pociechom pupki, nie przepadają za chusteczkami nawilżanymi samą wodą- powodują one więcej "rozmazywania" niż faktycznego oczyszczania. Sama woda to zdecydowanie zbyt mało, by zachować w czystości okolice intymne.



MIT nr 6: Właściwości samooczyszczające się pochwy

Ten mit zapewne wziął się z faktu, iż pochwa stale produkuje śluz. Warto jednak wziąć pod uwagę, że o ile sytuacja ta jest wystarczająca do zachowania higieny wewnątrz pochwy i absolutnie nie powinnyśmy ingerować w ten mechanizm, tak nie ma on przełożenia na zewnętrznych narządach płciowych. Wręcz przeciwnie - śluz w połączeniu z potem i martwymi komórkami naskórka, który zalega w zakamarkach warg sromowych, może być pożywką dla mikroorganizmów. Dlatego też należy dokładnie oczyszczać tę wyjątkowo wrażliwą okolicę- a higiena to podstawa pielęgnacji!



Czym kierować się podczas wyboru żelu do higieny intymnej?

Przede wszystkim należy mieć na uwadze, że chociaż żele do higieny intymnej stosujemy w obrębie zewnętrznych narządów płciowych, to nie unikniemy całkowicie ich styczności z błonami śluzowymi. A te struktury o wiele bardziej przepuszczają substancje z kosmetyku do krwioobiegu, niż skóra. Dlatego warto unikać substancji podejrzewanych o oddziaływanie na cały organizm: kancerogenne czy wpływające na gospodarkę hormonalną organizmu.

Ze względu na delikatność okolic intymnych, warto wybierać kosmetyki oparte o delikatne substancje myjące a także te, które nie niosą za sobą ryzyka podrażnień.

Porównanie siły substancji myjących stosowanych w kosmetykach

Za wyjątkowo bezpieczne uważam żele Sylveco, Biolaven, Vianek a także AA Intymna: wersja Baby Girl oraz Girls.

Na co zwracać uwagę podczas zakupu żelu do higieny intymnej? 


Oczywiście każda kobieta jest inna i każdej pasuje inny środek do higieny intymnej- znajdą się także takie, które będą uważać, że woda całkowicie im wystarcza do mycia, inne będą sięgać po mydło i również nie będzie obserwować niepokojących nawrotów infekcji.

Natomiast jeśli stosujecie żele i zdarzyło Wam się usłyszeć porady takie jak powyżej i zastanawiałyście się nad ich słusznością, mam nadzieję, że pomogłam Wam rozwiać wątpliwości. Na pytanie "Czy stosować żele do higieny intymnej?" odpowiem, że jeśli jego skład INCI nie będzie budził zastrzeżeń, to jak najbardziej!



Koniecznie dajcie znać, czy post był dla Was pomocny! Jestem bardzo ciekawa, jakie są Wasze ulubione żele do higieny intymnej oraz czy stosowałyście któreś z polecanych przeze mnie? Jeśli potrzebujecie pomocy w analizie składu INCI żelu do higieny intymnej śmiało możecie wkleić go w komentarzach- pomogę przeanalizować =)

Pozdrawiam serdecznie!


[494.] Moja Włosowa Historia

[494.] Moja Włosowa Historia

Zapewne zauważyłyście, że na moim blogu niewiele postów poświęconych jest włosom- jest to spowodowane tym, że:

I. W toku studiów pielęgnację włosów omawiałam bardzo pobieżnie, bardziej w formie ciekawostki. Zdecydowanie większą uwagę wykładowcy przykładali do anatomii i fizjologi skóry oraz tym, w jaki sposób oddziałują na nią substancje kosmetyczne,

II. Osiągnięcie celu, jakim jest idealnie wypielęgnowany i błyszczący włos, zajęło mi na prawdę sporo czasu. Włosy jako martwe wytwory naskórka reagują na pielęgnację odmiennie i musiałam dokładnie zrozumieć, jak powinno się je pielęgnować.

Jednak nadszedł czas, w którym mogę szczerze powiedzieć, że jestem całkowicie zadowolona z kondycji oraz wyglądu moich włosów- dlatego chciałabym opowiedzieć Wam swoją włosową historię i tym samym zmotywować Was do walki o piękną czuprynę przy pomocy naturalnych kosmetyków.

Czy da się osiągnąć gładką taflę przy pomocy tylko naturalnych kosmetyków, bez wspomagania silikonami? Sprawdźcie same!



Dzieciństwo

Od małego miałam zapuszczane długie włosy sięgające aż do pasa. Nigdy jednak nie nosiłam ich rozpuszczonych, ponieważ byłam niesfornym dzieckiem i wszędzie było mnie pełno. Na co dzień, później także do przedszkola i szkoły, czesała mnie babcia- potrafiła wyczarować na moich włosach  piękne warkocze, kłosy, francuzy ale do szkoły czy na czas zabaw upinała je w koczek, by nie przeszkadzały w harcach. Nierzadko koczek był ozdabiany wieloma kolorowymi spinkami, które pomagały ujarzmić baby hairy- spinki bywały w przeróżnych kształtach i kolorach- do tej pory pamiętam swoje ulubione: w dalmatyńczyki, motyki i kokardki! Niestety, nie odziedziczyłam po babci zdolności do pięknych upięć, dlatego do teraz proszę ją o pomoc, np. o zaplecenie francuza, gdy wybieram się na jazdę konną- to najwygodniejsza fryzura pod toczek! Babcia też uwielbia, gdy na rodzinne spotkania upinam włosy w kok- chyba przypominają jej się dawne czasy, gdy szykowała mnie do wyjścia do szkoły!

Codzienne fryzurki do szkoły.
Odświętny dzień, stąd rozpuszczone włosy!
 
Niestety, chociaż babcine upięcia do tej pory robią wrażenie, rozczesywanie włosów było moją zmorą- codzienne czesanie było bardzo bolesne i chociaż starałyśmy się z babcią w jakiś sposób przytrzymywać włosy, by zmniejszyć uczucie szarpania, była to najbardziej znienawidzona przeze mnie część poranka.


Włosy w tym czasie były myte szamponem dla dzieci (najczęściej Bobini lub Bambino) a następnie suszone gorącym nawiewem. Na noc babcia zaplatała mi luźny warkocz, który miał zapobiec powstaniu kołtunów. Gdy poszłam do zerówki, mama zdecydowała o zmianie szamponów z dziecięcych na ten, który zawsze był w domu obecny- zazwyczaj były to szampony najtańsze typu Barwa. Od tamtej pory zaczął nasilać się u mnie problem łupieżu, który został zrzucony na zerówkę i kontakt z innymi dziećmi, jakbym miała się od nich zarazić łupieżem- dziś wiem, że problem ten był związany ze zmianą szamponu na agresywnie myjący, co szkodziło skórze głowy. Mama jednak  odkryła cudowne antidotum na łupież- Nizoral- i od tego czasu zawsze było w łazience obecnych jego kilka saszetek, stosowałam go 1x na 2 tygodnie i to wystarczało, by łupież się nie pojawiał.

Po I Komunii Świętej, za przykładem innych dziewczynek, mama namówiła mnie na ścięcie włosów, żebym nie musiała męczyć się z "cubrzeniem"- tak w mojej rodzinnej miejscowości określa się ciągnięcie za włosy podczas czesania. Do fryzjera poszłam bez emocji- ani nie byłam wielce ciekawa, jak będę wyglądać w krótkiej fryzurze, ani nie było mi też szkoda długiego warkocza. Jednak po wyjściu od fryzjera i chłodnej ocenie w lustrze (o ile chłodno może stwierdzić coś 8-latka ;)) uznałam, że poczekam aż włosy odrosną i już więcej ich nie zetnę- nie podobałam się sobie w krótkich włosach zwłaszcza, że było bardzo ciężko je spiąć i utrzymać w dyscyplinie. Przeszkadzały mi w zabawie!



Na szczęście w miarę wzrostu włosów mama odkryła kolejny kosmetyczny hit- odżywkę bez spłukiwania! Była marki Timotei i napakowana silikonami- wystarczyło po umyciu głowy spryskać nią włosy i... faktycznie włosy było dużo łatwiej rozczesać! Od tamtej pory czesanie przestało być zmorą- a ja zaczęłam systematycznie chodzić do fryzjera co kilka miesięcy, by podcinać końcówki- zawsze prosiłam o ścięcie włosów do ramion i w takiej fryzurze chodziłam aż do liceum. A aż do czasów gimnazjum pozwalałam się babci czesać ;).


Gimnazjum

Przyszedł czas, gdy młoda dziewczyna ma masę kompleksów więc próbuje zmienić coś w swoim wyglądzie. Ścięcie nie wchodziło w grę a mama zabraniała się farbować- nawet nie było mowy o kilku pasemkach w okresie letnim! Postawiłam więc na kondycję i sama zaczęłam kupować sobie kosmetyki do włosów- bardzo mocno reklamowana była wtedy marka Sunsilk a że była w zasięgu moich kieszonkowych, to głównie na niej bazowałam. Stosowałam wtedy szampon i odżywkę, przy czym raz kupowałam odżywki do wpłukiwania, raz bez spłukiwania – w zależności od swojej fantazji- i tak pogubiłam się w tej pielęgnacji, że zaczęłam stosować odżywki do spłukiwania bez spłukiwania... Co więcej- dopiero koleżanka na III roku studiów (!!!) uświadomiła mi mój błąd!

Po kilku zużytych opakowaniach marki Sunsilk zmieniłam firmę na Niveę- zwłaszcza lubiłam serię Diamond Gloss, ponieważ po niej włosy bardzo ładnie się błyszczały. Kolejną ważna zmianą w okresie gimnazjum było to, że przestałam suszyć włosy suszarką- myłam je późnym popołudniem i zazwyczaj do wieczora zdążyły wyschnąć, chociaż zdarzało mi się iść spać w mokrych włosach- było to jednak sporadyczne, ponieważ nie spało mi się wygodnie na mokrej poduszce. Z dzieciństwa pozostał mi nawyk zaplatania włosów w luźny warkocz i do teraz jest to moja "fryzura do spania".

Pod koniec gimnazjum odkryłam prostownicę i to, jak ładnie moja twarz wygląda na tle prostych włosów- bardziej szczupło, mniej pyzato. Nic więc dziwnego, że sięgałam po prostownicę coraz częściej aż w końcu używałam jej codziennie- wtedy też zaczęłam chętniej nosić rozpuszczone włosy. Ponadto zdecydowałam się na zrobienie grzywki a w wakacje pomiędzy gimnazjum a liceum mama pozwoliła na zafarbowanie końcówek włosów (oczywiście pod kategorycznym nakazem ich ścięcia przed pójściem do szkoły)! Pobiegłam do fryzjera z wielkim entuzjazmem i opowiedziałam mu o wszystkich kolorach tęczy jakie chcę mieć na końcówkach włosów- fryzjer jednak ostudził mój zapał i słusznie polecił mi... rudości ;). Od tamtych rudych końcówek zaczęła się moja wielka miłość do tego koloru włosów.


Liceum

W okresie licealnym moja pielęgnacja włosów wciąż bazowała na szamponie i odżywce Nivea, którą niepoprawnie stosowałam (nie spłukiwałam jej, chociaż powinnam- nie robiłam tego świadomie), jednak moje włosy nie były oblepione. Wręcz zawsze miały lekką tendencję do puszenia się a odkąd zaczęłam stosować codziennie prostownicę, puszenie przybierało na intensyfikacji- zauważyłam także, że z falowanych włosów zaczęły robić się kręcone- teraz wiem, że było to efektem zniszczeń po prostownicy, jednak wtedy loki mi nie przeszkadzały- i tak je przecież prostowałam.


Jednak chcąc bardziej zadbać o pielęgnację, zaczęłam starać się o ochronę włosów przed wysoką temperaturą- po kilku miesiącach moja pielęgnacja przedstawiała się następująco:

1. Mycie włosów 1x szamponem Nivea
2. Aplikacja odżywki Nivea do spłukiwania lecz bez jej spłukania
3. Rozczesywanie włosów
4. Spray termoochronny Joanna
5. Brylantyna w wosku Joanna
6. Jedwab na końcówki Biosilk

Nie wiem, czy miałyście kiedyś styczność z brylantyną- to niemal wosk nakładany na włosy! Mimo tak bogatej i obciążającej pielęgnacji, włosy nie były sklejone ani postrączkowane- myślę, że aż taka warstwa kosmetyków musiała w dobrym stopniu chronić włosy przed wysoką temperaturą prostownicy, bo nie zauważyłam przerzedzenia ani łamliwości włosów- chociaż nie mogę powiedzieć, żeby prostownica była im całkowicie obojętna, w końcu kręciły się uporczywie oraz puszenie przybierało na sile. Jednak wyprostowane trzymały się nienagannie aż do drugiego dnia.

Włosy prostowałam codziennie, ponieważ po nocy spędzonej w warkoczu włosy się odkształcały- do teraz mam włosy podatne na stylizację. Nigdy jednak nie prostowałam ich gdy były mokre, nie suszyłam suszarką a także systematycznie podcinałam co kilka miesięcy. W liceum postanowiłam zapuszczać włosy- nie zainwestowałam jednak w żadne preparaty pobudzające wzrost włosa, ot, pozwoliłam im rosnąć.


Studia

Będąc na studiach niestety musiałam ograniczyć budżet kosmetyków do włosów, dlatego zamiast Nivea, kupowałam kosmetyki Ziaja- nie byłam jednak zadowolona z wyglądu moich włosów, więc sięgnęłam po dobrze mi znane szampony Barwa a następnie rekompensowałam włosom ten prosty szampon odżywką Nivea. Pozostała część pielęgnacji- termoochrona, brylantyna, jedwab, prostownica i brak suszenia włosów pozostawały bez zmian.

Będąc w połowie pierwszego roku moja współlokatorka przekonała mnie, że mam ładne naturalne loki i powinnam przestać prostować włosy. Doceniłam wtedy objętość i lekkość swoich włosów a ta rozmowa dodała mi takiej pewności siebie, że odstawiłam prostownicę z dnia na dzień a wraz z nią kosmetyki termoochronne. Pielęgnacja ograniczała się do szamponu Barwa ze skrzypem oraz odżywki Nivea stosowanej bez spłukiwania. W ten sposób zaoszczędziłam nie tylko pieniądze ale też czas rano- a wiadomo, że poranki studenckie są na wagę złota ;). Zapuściłam także grzywkę, ponieważ nie umiałam znaleźć fryzjera, który podciąłby ją tak, bym była zadowolona (na studia wyjechałam daleko i nie miałam już możliwości odwiedzać Pani Fryzjerki, która znała moją fryzurę  niemal od dziecka).


Problemem, który jednak wciąż mi doskwierał, był łupież. Ze względu na studencki budżet, próbowałam zrezygnować z Nizoralu na rzecz tańszych szamponów przeciwłupieżowych np. Head & Shoulders. Niestety, łupież wciąż się utrzymywał i gdy postanowiłam odstawić szampony przeciwłupieżowe miałam tak okropny łupież, że nawet współlokator zwrócił mi na niego uwagę (!!!) - było to przykre doświadczenie.

Wciąż kusił mnie rudy kolor włosów, ale bałam się tak drastycznej zmiany koloru- nie byłam przekonana, czy kolor będzie mi pasował, ani też czy dogadam się z fryzjerem, o jaki odcień rudości mi chodzi- a zależało mi na naturalnym odcieniu a nie wściekłym pomarańczu. Miałam niestety wrażenie, że farby drogeryjne a nawet fryzjerskie, dają bardzo sztuczny efekt.

Postanowiłam spróbować czystą hennę khadi- fabowałam nią włosy kilkakrotnie, jednak na swoich jasnobrązowych włosach uzyskiwałam mahoniowy odcień czerwieni a nie rudości. Ponadto henna potęgowała puszenie się włosów i utrudniała ich rozczesywanie.



Zdjęcie z fleszem, stąd rudy połysk
W końcu nadeszła wielka chwila gdy postanowiłam, że jestem gotowa na zmianę! Było to w wakacje po II roku studiów. Pech chciał, że natrafiłam na internecie na bardzo zachęcające ogłoszenie- otóż "wirtuoz włosa" (jak sam siebie określał) z bardzo znanej akademii "Berendowicz-Kublin" w Katowicach poszukiwał dziewczyn zainteresowanych metamorfozą, którą będzie mógł nagrać. Zadzwoniłam pod numer podany w ogłoszeniu i zapytałam, czy metamorfoza ma być całkowitą niespodzianą, czy jest możliwość ustalenia, co będziemy na włosach wykonywać? Nie interesowała mnie metamorfoza, po której kompletnie się nie poznam- odpuściłabym ją już na starcie, jednak Pan Wirtuoz przekonał mnie, że oboje będziemy zadowoleni. Umówiliśmy się najpierw na wstępny wywiad, podczas którego określimy, jaki efekt końcowy chcę uzyskać i co Pan zaproponuje.

W dniu umówionej wizyty wszystko przebiegło perfekcyjnie- stawiłam się przed czasem i czekając w poczekalni przeglądałam na ścianach dziesiątki zdjęć znanych gwiazd, aktorów i piosenkarek, które pod zdjęciem składały swój autograf z dopiskiem, że są zadowolone z wykonanej fryzury. Sam salon także mnie onieśmielił- przyzwyczajona do małego, wiejskiego saloniku, zachwyciłam się przeogromną ilością stanowisk fryzjerskich, samych fryzjerów, kosmetyków jak i klientów. Czułam, że trafiłam w dobre ręce.

Wywiad przebiegł pomyślnie- Pan Wirtuoz dokładnie obejrzał moje włosy po czym zapytał, co chciałabym mieć zrobione? Powiedziałam, że zapuszczam włosy, więc zależy mi jedynie na podcięciu końcówek (miałam już wtedy długość do talii!) ale za to chciałabym zaszaleć z kolorem i myślałam o rudościach. Opisałam też dokładnie kolor i zaznaczyłam, że zależy mi na uzyskaniu jak najbardziej naturalnego odcienia rudości, nie pomarańczu- zapytałam, czy mógłby mi pokazać wzornik kolorów, żebym mogła wskazać interesujący mnie odcień? Pan odmówił twierdząc, że to co we wzorniku różni się od tego, co wychodzi na włosach, ale rozumie, jaki odcień mnie interesuje. Być może ta odmowa powinna wzbudzić moje podejrzenie, jednak byłam  podekscytowana wizją płomiennorudych włosów oraz przekonana, ze trafiłam na specjalistę!

Nawet nie wiecie, jak bardzo się myliłam...


Włosowa tragedia

Dwa dni później stawiłam się ponownie w akademii "Berendowicz-Kublin", tym razem już na metamorfozę. Przed rozpoczęciem Pan Wirtuoz zaczął zmieniać koncepcję- przekonywał mnie do ścięcia włosów do ramion oraz na wykonanie grzywki. Zdezorientowana jego zachowaniem odmówiłam, bo nie tak się umawialiśmy i przypomniałam, że zależy mi na długości włosów. Zapytał, czy w takim razie może zrobić mi ombre? Byłam zdecydowana na zmianę koloru a że ombre dopiero zaczynało być modne, zgodziłam się pod jednym warunkiem- będzie wykonane w rudościach. Pan Wirtuoz zgodził się i przeszliśmy do działania. Najpierw zabrał mnie do pomieszczenia, gdzie wykonał farbowanie włosów (poza kamerą)- efekt bardzo mi się podobał mimo, iż nie spodziewałam się takiej zmiany! Od czubka głowy miałam bardzo ciemne, niemal czarne włosy z fioletowym połyskiem, ale na wysokości ramion przechodziły w ognistą rudość aż po same końce! Na włosach do talii efekt był niesamowity! Pomyślałam, że podcięcie końcówek to tylko formalność i już cieszyłam się z nowej fryzury.

Na cięcie przeszliśmy do osobnego pomieszczenia- studia zdjęciowego. Tam najpierw wykonano mi zdjęcia bez makijażu oraz bez stylizacji włosów a następnie Pani Wizażystka wykonała makijaż. Gdy już wyglądałam reprezentacyjnie zaproszono mnie przed kamerę- nie miałam więc przed sobą lustra i nie widziałam, co fryzjer wyczynia z moimi włosami. Akcja!

Pan Wirtuoz Włosa przeszedł do cięcia- usłyszałam pierwsze "ciach!" nożyczek a po chwili zauważyłam obok swoich stóp bardzo długie pasmo włosów... Zbyt długie...

Od razu zareagowałam i zapytałam, czy na pewno Pan Wirtuoz pamięta, że zapuszczam włosy? Uspokoił mnie mówiąc, że mocno cieniuje moje włosy, by nadać im lekkości i objętości, ale nie zmniejszy ich długości. Nawet Pan Operator Kamery przyjaźnie się uśmiechnął i powiedział, żebym była spokojna, ponieważ jestem w dobrych rękach a nawet on widzi, że wciąż mam długie włosy. Kontynuowaliśmy więc nagrywanie.

Po wykonaniu filmiku nadszedł czas na zdjęcia "po"- w tym celu miałam się przebrać. Poszłam do łazienki i dopiero tam w lustrze zobaczyłam swoje włosy... Aż teraz mi serce drży, gdy przypominam sobie tą chwilę.

Z przodu włosy ledwie sięgały ramion! Z tyłu głowy miałam pozostawione jedno długie pasmo włosów, które faktycznie sięgało talii- pozostała część była krzywo przycięta – i nie była to celowa asymetria! Pan Wirtuoz wystylizował moją fryzurę na wielkie fale- najwyraźniej próbował ukryć lub uratować tę nieszczęsną metamorfozę.

Z pięknego ombre, które miałam wcześniej, niewiele zostało- na tych krótkich włosach dominowała chłodna czerń z ledwie rudymi końcówkami. Całość prezentowała się bardzo mało atrakcyjnie- cera momentalnie poszarzała, fryzura wizualnie mnie przygniotła i wyglądałam na starszą niż jestem... Koszmar.

Stanęłam jednak na wysokości zadania, powstrzymałam łzy i zapozowałam do ostatnich zdjęć. Zaraz po ich skończeniu Pan Wirtuoz zapytał: "I jak się Pani podoba nowa fryzura?" - nie wytrzymałam, łzy popłynęły niczym grochy i powiedziałam, że fryzura kompletnie mi się nie podoba, jest za krótka i prosiłam, by nie obcinał mi włosów. "Przyzwyczai się Pani"- usłyszałam w odpowiedzi. Zrozpaczona wyszłam ze studia do recepcji, by wziąć kurtkę- nawet po minach Pań Recepcjonistek było widać zdziwienie i niedowierzanie na widok mojej fryzury.

 Zdjęcie "przed" pokazuje moje włosy jedynie po koloryzacji. Zdjęcie "po" - zarówno po strzyżeniu jak i "stylizacji"- widzicie to gniazdo na czubku głowy?!

 Długość włosów "do pasa" wg "Wirtuoza Włosa" z akademii Berendowicz-Kublin Katowice.



Film ze strzyżenia jest dostępny online- wersję skróconą można obejrzeć bezpłatnie, także wklejam zarówno dla zainteresowanych jak i dla tych, które zastanawiają się nad "metamorfozą": LINK


Do mieszkania dojechałam cała we łzach- dobrze, że akurat w ten dzień współlokatorzy kończyli zajęcia wieczorem. Płakałam i płakałam i płakałam. Nie mogłam patrzeć w lustro, bo za każdym razem lała się z nich jeszcze większa ilość łez, aż zaczęło być to po prostu bolesne- niewiele było w moim życiu takich momentów, żebym aż tak nie mogła się uspokoić. Poszłam pod prysznic- stwierdziłam, że muszę umyć włosy i zobaczyć, w jaki sposób będę je układać, jak spinać. Nawet pod prysznicem, myjąc te włosy, płakałam! Może to zabawne, przeżywać aż tak włosy, które przecież odrosną, ale wiedziałam już jedno- do balu magisterskiego nie uda mi się ich zapuścić do pasa a do tego dążyłam.

Dlaczego nie upomniałam się o poprawę cięcia lub odszkodowanie? Przed metamorfozą podpisałam umowę a sama metamorfoza nie była płatna. Sądziłam więc, że nic nie wskóram a poza tym, bałabym się wracać do tego fryzjera. Zresztą włosów by już nie dokleił...

Niestety nie posiadam innych zdjęć z tego okresu ponieważ skutecznie unikałam obiektywu. Chociaż na powyższych zdjęciach wydaje się, jakby większość fryzury była w rudościach, to był to efekt tylko po "nastroszeniu" włosów przez fryzjera. Po ich umyciu ukazała mi się smutna prawda...


Początkowo umówiłam się do innej fryzjerki na poprawę koloryzacji i cięcia- gdy mnie zobaczyła, stwierdziła że wyglądam tak, jakbym nieudolnie zapuszczała irokeza. Jednak gdy zbliżał się termin wizyty u nowej fryzjerki spanikowałam, że już nic z moich włosów nie zostanie- tym samym odwołałam wizytę.


Punkt zwrotny

Cała sytuacja z "Berendowicz-Kublin" pchnęła mnie do świadomego dbania o włosy- najpierw postanowiłam zawalczyć o przyrost za wszelką cenę: wróciłam do szamponu Nivea (podjęłam się dorywczej pracy, więc mogłam sobie pozwolić na takie szalone wydatki ;)), wciąż stosowałam odżywkę Nivea bez jej spłukania a do tego zakupiłam zestaw startowy włosomaniaczki chcącej zapuścić włosy- olej rycynowy i biotebal. Co wieczór chodziłam spać z mieszanką oleju rycynowego i żółtka jajka- mimo to miałam wrażenie, że włosy nie chciały rosnąć. Po odrośnie było widać, że włosy rosną, ale długość ani drgnęła- zapewne był to efekt cięcia degażówkami.

Byłam zdeterminowana do tego, by mieć rude włosy, dlatego kupowałam farby drogeryjne (najczęściej Joanna Naturia w odcieniu płomienna Iskra) i nakładałam na całą długość. Efekt był opłakany- do połowy głowy odrost łapał intensywną, rudą pomarańcz a pozostała część włosów była czarna- to chyba najgorsze możliwe połączenie kolorystyczne. Nie wiedziałam jednak, że drogeryjna farba nie zakryje czerni bez wcześniejszej dekoloryzacji. Po kilku miesiącach zabaw z drogeryjnymi farbami miałam włosy kompletnie zniszczone- suche, spuszone, matowe.

W tym okresie szczęśliwym trafem zmieniłam dwie rzeczy w pielęgnacji:

1. Wprowadziłam olejowanie włosów oliwką HIPP,
2. Poznałam dziewczynę, która była fryzjerką i widziałam, że faktycznie zna się na włosach- pozwoliłam jej więc przywrócić moje włosy do porządku.

Podczas pierwszej wizyty Fryzjerka wykonała dekoloryzację i tym samym pozbyła się czarnego pigmentu. Nałożyła farbę Oalia Montibello w odcieniu 7.44, która wciąż gości w mojej łazience (rozjaśniam nią odrost). Poprawiła także delikatnie cięcie- umówiłyśmy się, że będę przychodziła do niej co miesiąc na podcięcie końcówek i w ten sposób wyrównamy krzywe cieniowanie bez konieczności drastycznego cięcia podczas jednej wizyty- nie byłam gotowa na ponowne eksperymenty.

Efekt po pierwszej wizycie u Fryzjerki, która podjęła się doprowadzić moje włosy do ładu- od tamtej pory systematycznie wykonywałam zdjęcia i prowadziłam "aktualizację włosową".

W tym też okresie podczas rozmowy ze współlokatorką, zgadałyśmy się o tym, że obie lubimy odżywkę Nivea- współlokatorka uświadomiła mnie, że jest to odżywka, którą powinnam spłukiwać z włosów! Był III-ci rok studiów, aż 9 lat żyłam w nieświadomości! Zaczęłam stosować odżywkę zgodnie z zaleceniami producenta, lecz nie dawała satysfakcjonującego efektu na włosach, dlatego pozostałam przy swojej metodzie pozostawiania odżywki na włosach, tym razem już świadomie i z premedytacją. Włosy nie zachwycały kondycją, ale były odrobinę bardziej dociążone.

 Marzec 2014

 Kwiecień 2014

Czerwiec 2014 - zdjęcie wykonane bez czesania na sucho, ponieważ wtedy wyglądały znośnie. Nie umiałam jednak przekonać się do nieczesania włosów i w którymś momencie dnia zawsze sięgałam po szczotkę.

Niestety, rudy kolor bardzo szybko się wypłukiwał. Co miesięczne farbowanie- mimo, że wykonywane u fryzjera- także przyczyniało się do pogorszenia kondycji włosów. Wpadłam na pomysł zmiany koloru włosów na burgund- nie mam pojęcia dlaczego ubzdurałam sobie, że będzie on wypłukiwał się do rudości =). Gdy wspomniałam o tym fryzjerce, nie wyprowadziła mnie z błędu, ale zmieniła kolor- jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że sprany burgund wygląda równie nieciekawie jak sprany rudy! Ratowałam się jednak pianką Venita "Ognisty Wulkan".

Lipiec 2014

Kondycja moich włosów wcale się nie poprawiała mimo, że stosowałam coraz bardziej bogatą i wymyślną pielęgnację! Przetestowałam wiele kosmetyków: zarówno tych fryzjerskich, które miały zmniejszyć wypłukiwanie czerwonego pigmentu (marki Montibello), drogeryjnych napakowanych silikonami (jak do tej pory niezawodna Nivea czy Kallos) jak i naturalnych- pierwsze podejścia do naturalnych szamponów były tragiczne: włosy wyglądały na jeszcze bardziej zniszczone!

Wrzesień 2014

Wpadłam w dziki szał włosomaniaczych rytuałów, aż stały się one niemal moją obsesją. Codziennie lub co drugi dzień spędzałam kilka godzin z włosami zawiniętymi pod czepkiem. Najpierw kilka godzin olejowania, następnie dwukrotne mycie- czasem metoda OMO, czasem tylko szamponem, czasem dwoma różnymi szamponami. Następnie maska na włosy na minimum 30 minut- często tuningowana miodem, aloesem, siemieniem czy olejami. Po umyciu włosów koniecznie wcierka i serum silikonowe na końcówki. I wiecie co? Włosy wyglądały coraz gorzej...

Styczeń 2015

Bałam się minimalistycznej pielęgnacji ponieważ wydawało mi się, że skoro moje włosy nie reagują na bogatą pielęgnację, to pewnie po minimalizmie będą prezentowały się koszmarnie. Stosowałam więc coraz to nowsze urozmaicenia, kosmetyki, półprodukty w nadziei, że w końcu trafię na coś, co mi pomoże.

Luty 2015

W tym czasie zaczynałam swoją przygodę z naturalną pielęgnacją- początkowo nie byłam do niej przekonana, ponieważ po użyciu szamponów Sylveco włosy wyglądały jeszcze gorzej. Dopiero gdy dowiedziałam się, że efekt spuszonych włosów po zastosowaniu szamponów bez silikonów występuje, ponieważ jest to faktyczny stan naszego włosa a dopiero po pozbyciu się silikonów możemy realnie i trwale odżywić włosy, postanowiłam wytrwać przy naturalnych szamponach. Zmieniłam więc szampony na Sylveco i pierwsze 2 tygodnie były koszmarem- włosy wyglądały bardzo źle, jednak zauważyłam znaczną poprawę na skórze głowy: nagle przestał dokuczać mi łupież! A przypominam, że walczyłam z nim od ok. 6 roku życia.

Również luty 2015, po dwóch tygodniach stosowania szamponu pszeniczno-owisanego Sylveco jako pierwszego naturalnego szamponu stosowanego systematycznie.

Z powodu poprawy stanu skóry głowy pozostałam przy naturalnych szamponach. Odżywki i maski stosowałam przeróżne- zarówno te naturalne jak i konwencjonalne. Olejowałam włosy przed każdym myciem a kondycja włosów wciąż była mizerna. Postanowiłam pozostać przy naturalnych kosmetykach ponieważ uważam je za świadomy i bardziej bezpieczny wybór- a kosmetyki napakowane silikonami wcale nie dawały efektu "WOW"- nie miałam więc czego żałować. W tym okresie Sylveco wypuściło odżywkę wygładzającą i była to pierwsza odżywka, która była w stanie widocznie dociążyć moje niesamowicie spuszone kosmyki (oczywiście stosowałam ją bez spłukiwania ;)).

 Marzec 2015- włosy bez rozczesania na sucho.

 Czerwiec 2015 - totalne spuszenie włosów po miesięcznym stosowaniu oleju kokosowego. Początkowo dawał rewelacyjne efekty, dlatego gdy obserwowałam coraz mocniejsze puszenie się włosów, nie obwiniałam za to tego oleju.

Sierpień 2015- mimo zmiany oleju, włosy wciąż strasznie się puszyły, były matowe i suche.

W końcu stwierdziłam, że czerwień najwyraźniej nie jest moim kolorem- miałam już serdecznie dość wiecznie spuszonych włosów! W tym czasie wzdychałam do włosów dziewczyn z bloga SophieCzerymoja – obie autorki mają włosy niczym z reklamy a osiągnęły taki efekt głównie dzięki... hennie! Postanowiłam po raz ostatni poddać się drastycznej metamorfozie: tym razem u jeszcze innej fryzjerki ponieważ ta, do której chodziłam wcześniej, bardzo zmieniła swój stosunek do mnie- wytykała moją fascynację naturalnymi kosmetykami i uporczywie namawiała na kosmetyki fryzjerskie. A przecież już je przerabiałam i efektu nie było... Zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno ta Fryzjerka wie, jak dbać i pielęgnować włosy? Czy na pewno dobrze dobiera oksydant, czy może robi to z przyzwyczajenia? Postanowiłam spróbować więc szczęścia u nowo poznanej Fryzjerki, która jednak wydawała się mieć większe pojęcie o włosach.

U niej poddałam się ponownej dekoloryzacji- czerwony pigment po piance Venita jest zmorą fryzjerów, na szczęście Fryzjerce udało się go wywabić. Zdecydowałam się na ombre, przy czym jego górna część miała być maksymalnie zbliżona do mojego naturalnego odcienia włosów, ponieważ zamierzałam je zapuszczać. Ombre przechodziło w rudość, którą zamierzałam poprawiań henną na wzór Moniki z SophieCzerymoja. Do koloryzacji został dodany bardzo modny Olaplex.

Ten zabieg również odbił się na kondycji moich włosów- były jeszcze w gorszym stanie a myślałam, że gorzej być nie może! Nie zamierzałam już więcej farbować włosów ani udawać się do fryzjera- w tym celu zakupiłam nożyczki fryzjerskie i by samodzielnie podcinać końcówki. Postanowiłam także zmienić całkowicie kosmetyki do pielęgnacji włosów- wyrzuciłam wszystkie nienaturalne kosmetyki jakie mi pozostały i uzupełniłam je kilkoma naturalnymi nowościami. I w ten sposób trafiłam na ulubieńców, których uporczywie trzymałam się kilka miesięcy (a w przypadku odżywki i szamponu- nawet kilkanaście!). Były to:

1. Szampon do włosów osłabionych i łamliwych, Eco Laboratorie, którym myłam włosy dwukrotnie
2. Maska jajeczna, Babuszka Agafia stosowana początkowo bez spłukiwania a następnie zgodnie z zaleceniami producenta- spłukując
3. Olejek wzmacniający, Babuszka Agafia
4. Henna khadi

Wrzesień 2015

Odkąd porzuciłam chemiczne farbowanie a także zmieniłam pielęgnację na całkowicie naturalną, stan moich włosów w końcu zaczął diametralnie się poprawiać! Już po kilku miesiącach prezentowały się następująco:

Luty 2016

 Kwiecień 2016

 Czerwiec 2016

Wrzesień 2016

Nic więc dziwnego, że trzymałam się kurczowo tych kosmetyków i nie zamierzałam ich zmieniać! Jednak postanowiłam po raz kolejny powalczyć o rude kosmyki- ten kolor nie dawał mi spokoju! Tym razem postanowiłam sama zatroszczyć się o swoje włosy! Do rozjaśnienia odrostów posłużyła mi farba Montibello Oalia 7.44 na oksydancie 6.6%. Chcąc ochronić włosy przed zniszczeniami, do farby dodałam Ultraplex z Joanny- jak zaobserwowałam podczas kolejnych farbowań, Ultraplex był kompletnie zbędny a tylko nadał włosom brzydkiej, zielonej poświaty. Po raz kolejny dostałam nauczkę, że jednak to, co naturalne, najbardziej mi służy.

Luty 2017- na tej części włosów, która była farbowana po raz pierwszy, wyraźnie widać zieloną poświatę.

Odkąd przestałam katować włosy co miesiąc chemiczną farbą, ich stan diametralnie zaczął się poprawiać. Nie bez znaczenia pozostała henna, która nie tylko pomaga mi uzyskać wymarzony, naturalnie wyglądający odcień rudości, niemożliwy do osiągnięcia przy pomocy chemicznych farb, ale także wzmacnia i pogrubia włos.

Od roku farbuję włosy przy pomocy henny- początkowo używałam khadi, następnie zmieniłam na Swati (aktualnie marka zmieniła nazwę na "Sattva"). Rozrabiam ją z naparem z rumianku do konsystencji rzadkiego błota – mało atrakcyjne porównanie ale bardzo trafne ;). Hennę nakładam dokładnie na odrost a resztkę pozostałej henny przeciągam na długości włosów- w ten sposób uzyskując naturalnie wyglądające refleksy.

Kwiecień 2017

Jednak moje naturalne, brązowe włosy, nie dają się "rozjaśnić" do odcienia rudości przy pomocy samej henny- dlatego jeśli odrost zaczyna być widoczny pomimo wyrównywania jego koloru henną, nakładam farbę Montibello Oalia na 30 minut na sam odrost. Po zmyciu farby Montibello, od razu aplikuję hennę- zarówno na odrost jak i na długość włosów, by wyrównać ich koloryt. Farbowanie odrostów wykonuję nie częściej niż raz na 2 miesiące. Natomiast w ciągu minionego roku zdarzyło mi się tylko 2 razy nałożyć farbę chemiczną na całą długość włosów – podczas pierwszego farbowania, gdy naturalny kolor włosów sięgał połowy ich długości, by ujednolicić wcześniej posiadane ombre a także po 4-5 miesiącach od tego farbowania, ponieważ potrzebowałam wyrównać kolor (zielona poświata po Ultraplexie Joanny nie chciała się poddać samej hennie).

Powoli zaczęłam także wprowadzać nowe kosmetyki do włosów- wszystkie oczywiście naturalne! W końcu moje włosy są w dobrym stanie i – w przeciwieństwie do poprzednich doświadczeń- zmiana kosmetyków daje mniej lub bardziej, ale zawsze pozytywny, efekt! W końcu mogę cieszyć się pięknie wyglądającymi włosami bez potrzeby ich stylizacji. Ot, wystarczy umyć i jestem gotowa na wielkie wyjście! To duży komfort psychiczny gdy wiem, że niezależnie od sytuacji i pogody, moje włosy pozostają gładkie i lśniące.

Grudzień 2017

Aktualna pielęgnacja:
I. Szampon odżywczy Vianek stosowany 2x pod rząd,
II. Odżywce do włosów Biolaven, którą spłukuję,
III. Biofermencie z bambusa EcoSPA w ramach zabezpieczania końcówek włosów,
IV. Oleju kokosowym stosowanym przed każdym, lub co drugim myciem- w przeciwieństwie do efektu, jaki dał w czerwcu 2015r, aktualnie jest to mój ulubiony olej!

Do niedawna podcinałam włosy samodzielnie przy pomocy nożyczek fryzjerskich, jednak moje długie kosmyki mają teraz tendencję do tracenia objętości, dlatego zdecydowałam się na wizytę u profesjonalisty. Trafiłam na godną zaufania Panią Fryzjerkę, która lekko wycieniowała mi końcówki włosów, jednak w taki sposób, by nie wyglądały na przerzedzone. Dzięki temu subtelnemu cięciu fryzura zyskała całkiem inny wygląd! Systematycznie odświeżam cięcie oraz końcówki, jednak farbowanie pozostawiam w swoich rękach.


Równowaga PEH

W ciągu ostatnich kilku miesięcy bardzo doceniłam urozmaicanie pielęgnacji włosów przy pomocy PEH, czyli dostarczaniu włosom substancji z grup Protein, Emolientów i Humektantów. Wcześniej w obawie o pogorszenie stanu fryzury stosowałam minimalistyczną i sprawdzoną pielęgnację bazującą na emolientach (powyższe kosmetyki z listy). Włosy wyglądały bardzo dobrze, jednak postanowiłam wyciągnąć z nich jeszcze więcej! Tym samym zaczęłam częściej stosować humektantowy podkład pod olej przed myciem włosów- zazwyczaj żel aloesowy lub kwas hialuronowy. Jednocześnie zmieniłam szampon na taki z dodatkami protein pszenicy (dostępny na Ukrainie marki Yaka, jednak ze względu na jego brak dostępności w PL, czaję się na szampon wzmacniający z nowej, fioletowej serii do włosów firmy Vianek). Okazało się, że częstsze sięganie po humektanty i proteiny dało wymarzony efekt gładkiej tafli, który zamierzam utrzymać!

Równowaga PEH w pielęgnacji włosów- poradnik dla początkujących

Poza proteinami pszenicy obecnymi w aktualnie stosowanym szamponie, systematycznie 1x w miesiącu dodaję do odżywki czystą l-cysteinę. Działa ona na podobnej zasadzie jak Olaplex, ponieważ wbudowuje się we włos i tym samym "zastępuje" obecność pękniętych mostków dwusiarczkowych we włosie, swoimi. Jednak l-cysteina bardzo podnosi pH odżywki, do której jest dodawana, dlatego nie jest wskazane aplikować ją zbyt często. Pomijam także jej aplikację na skórę głowy a na długości trzymam ok. 20-30 minut.

L-cysteina jako naturalny Olaplex


Olejowanie włosów

Moje włosy zdecydowanie bardziej preferują maceraty ziół w olejach oraz mieszanki olejowe niż czyste oleje- nie dają one efektu "wow", ale jak najbardziej je stosuję, jeśli nie mam nic lepszego pod ręką. Oleje nie tylko odżywiają włos ale także chronią go przed zbyt agresywnym działaniem substancji myjących z szamponów (mimo iż stosuję szampony na bazie delikatnych substancji myjących to mam na uwadze, że włosy na długości nie wymagają tak częstego mycia jak włosy u nasady, nie przetłuszczają się a za to częściej ocierają (np. o szalik) i tym samym są bardziej podatne na urazy).

Olejowanie włosów- Kompendium Wiedzy

Zdecydowanie najlepsze efekty na włosach obserwowałam po: olejku na porost włosów Babuszki Agafii (stosowałam go także na długości), olejku wzmacniającym Babuszki Agafii, oleju Sesa, odżywczym olejku do włosów Vianek. Stosowałam także czyste, pojedyncze oleje i masła – całkiem ładne efekty dawało masło awokado, olej z czarnuszki, musztardowy i pestek winogron  - jednak najlepsze rezultaty widzę po oleju kokosowym!


Co ciekawe, pierwszą próbę stosowania oleju kokosowego podjęłam już podczas pierwszych eksperymentów z olejowaniem (czerwiec 2015)- miałam wtenczas włosy wysokoporowate i olej kokosowy dodatkowo uwydatnił ich złą kondycję. Chociaż po kilku pierwszych użyciach ładnie dyscyplinował włosy, przez co byłam bardzo zmotywowana do jego stosowania, to jednak przy długotrwałym stosowaniu włosy stały się spuszone i matowe. Dzieje się tak, ponieważ niewielkie cząsteczki oleju kokosowego wnikają pod otwartą łuskę włosa i tym samym uniemożliwiają jej domknięcie. Z tegoż samego powodu olej kokosowy tak bardzo pasuje mi aktualnie- na włosach mających domknięte łuski niewiele olejów ma szansę odżywić taki rodzaj włosa, zazwyczaj pokrywają jedynie jego powierzchnię. Natomiast niewielkie cząsteczki oleju kokosowego umożliwiają przeniknięcie nawet pod domkniętą łuską włosa i jego odżywienie oraz wzmocnienie. Już po pierwszym użyciu oleju kokosowego zauważyłam znaczne nabłyszczenie i zdyscyplinowanie włosów, jednak bez efektu nadmiernego obciążenia kosmyków. Po umyciu włosy wciąż posiadają charakterystyczną lekkość, sprężystość i objętość.

Rozczarowaniem okazał się dla mnie olej lniany- jest zdecydowanie zbyt mocno obciążający, przez co moje włosy zaczynają się strączkować i tracą odbicie od nasady. Podobny efekt uzyskiwałam nawet mając włosy wysokoporowate, dla których olej ten jest dedykowany- ale cóż, ile włosów, tyle przypadków!

Olejem, który zachwycił mnie szybkością swojego działania był odżywczy olejek do włosów Vianek- już po pierwszym użyciu widoczne było wygładzenie i nabłyszczenie włosa (a przypominam, że na efekty olejowania należy poczekać, czasem bardzo długo- jak widzicie, moja droga do pięknych włosów trwała aż 4 lata! Dlatego zachęcam do bycia wytrwałą, bo warto!). Co więcej- nie tylko ja obserwuję natychmiastowe działanie olejku Vianek- jeśli czytałyście historię Magdaleny to zapewne pamiętacie, że również wspominała o tym efekcie:

"Wasze Historie"- historia Magdaleny


Pobudzenie wzrostu włosów

Chociaż moim pierwotnym celem był szybki przyrost włosów, to w pewnym momencie włosomaniactwo weszło na stałe do mojego planu pielęgnacji. Kiedy najbardziej zależało mi na zapuszczeniu włosów, tuż po nieszczęśliwej metamorfozie, jak na złość włosy nie chciały rosnąć! Aktualnie bardziej zwracam uwagę na ich możliwe zagęszczenie (oczywiście w granicach możliwości genetycznych- warto jednak walczyć o każdy babyhair!) oraz ogólną kondycję niż przyrost, jednak w toku swojego włosomaniactwa wypróbowałam kilka znanych wcierek:

1. Jantar- dawała bardzo dobre efekty zarówno w kwestii przyrostu włosów jak i ilości babyhair, jednak stosowana dłużej niż miesiąc przyspieszała przetłuszczanie się skóry głowy. Nie posiada jednak całkowicie naturalnego składu, dlatego postanowiłam zmienić ją na bezpieczniejszy kosmetyk.

2. Wcierka Babuszki Agafii – nieznacznie ale widocznie pobudzała wzrost włosów, nie zauważyłam po niej znacznego zwiększenia ilości babyhair,

3. Napar z kozieradki – daje efekty porównywalne z Jantarem, wysyp babyhair oraz przyrost włosów zdecydowanie zauważalny i satysfakcjonujący, nie przyspieszyła przetłuszczania włosów,

4. Normalizujący tonik-wcierka do skóry głowy, Vianek – ten produkt dał u mnie najbardziej spektakularne efekty w kwestii babyhair! Pojawiło się ich całe mnóstwo aż mogłam zaczesać je niczym grzywkę. Nie zauważyłam za to znaczącego przyrostu włosów na długości.

Zdarza mi się wcierać olej w skórę głowy, jednak nie wykonuję tego systematycznie, ponieważ olej na skórze głowy nie powinien pozostawiać dłużej niż przez 30 minut. Stwarza to ryzyko czopowania mieszków włosowych, ich niedotlenienia a tym samym- osłabienia i wypadania włosów. Natomiast nałożone oleje na długości włosa trzymam kilka godzin (np. idąc do pracy lub na siłownię).


Podsumowując:

Moje początki świadomej pielęgnacji były bardzo trudne- mimo stosowania przeróżnych kosmetyków, systematycznego olejowania, podcinania, braku stylizacji na gorąco i bogatej pielęgnacji, moje włosy wyglądały bardzo nieestetycznie i aż ciężko było uwierzyć, ile czasu poświęcałam na ich pielęgnację. Frustrujący był brak jakichkolwiek efektów przed ok. 2 lata świadomej pielęgnacji! Dopiero rezygnacja z comiesięcznego farbowania włosów farbami chemicznymi pomogła mi uzyskać pierwsze efekty. Zmiana farby chemicznej na hennę przyczyniła się nie tylko do poprawy kondycji włosa ale także umożliwiła mi uzyskanie pożądanego, naturalnie wyglądającego odcienia rudości.

Kolejnym krokiem milowym w pielęgnacji było wdrożenie pielęgnacji PEH, dzięki której włosy wyglądają nienagannie niezależnie od warunków atmosferycznych oraz zastosowanych kosmetyków, które chętnie zmieniam w poszukiwaniu ideałów!

Pielęgnację opieram tylko i wyłącznie na kosmetykach naturalnych, żaden ze stosowanych przeze mnie preparatów nie zawiera silikonów a mimo to udało mi się osiągnąć efekt gładkiej tafli na włosach.


Mam nadzieję, że moja włosowa historia będzie dla Was motywacją w walce o piękne włosy! Ufam, że te z Was, które zastanawiają się, czy pielęgnacja włosów bez silikonów jest w stanie przynieść zadowalający efekt przekonają się, że istnieją ich naturalne zamienniki, równie skuteczne a jednocześnie nie szkodzące środowisku ani fryzurze!

Koniecznie dajcie znać, jak wygląda Wasza pielęgnacja włosów, czy stosujecie naturalne kosmetyki? Jakie są Wasze doświadczenia?

Możecie również wysyłać mi swoje historie na meila: kosmetologia-naturalnie@wp.pl - najciekawsze zostaną opublikowane, by być inspiracją i wsparciem dla pozostałych Czytelniczek!

Pozdrawiam serdecznie!

Copyright © 2017 kosmetologia-naturalnie.pl