Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomadka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomadka. Pokaż wszystkie posty
[530.] Aktualna pielęgnacja cery!

[530.] Aktualna pielęgnacja cery!


W ostatnich tygodniach zmieniłam wiele kosmetyków do twarzy, dlatego dziś przychodzę do Was z aktualizacją kosmetyków pielęgnacyjnych jakie stosuję - co nowego? Jak się spisują? Których Ulubieńców stosuję niezmiennie? 


Zacznijmy od niezwykle apetycznej maseczki Be.Loved z czekoladą - pierwsze wrażenie to oczywiście niesamowicie aromatyczny, czekoladowy zapach, który wydobywa się po odkręceniu słoiczka! Do tej pory miałam przykre doświadczenia z kosmetykami z czekoladą - było to jeszcze w czasach nastoletnich, gdy nie miałam najmniejszego pojęcia o kosmetykach jednak po kilku próbach stosowania preparatów z czekoladą doszłam do wniosku, że czekoladowy (chemiczny) aromat nie jest dla mnie. Apogeum mojej "miłości" do czekoladowych kosmetyków osiągnął podarunek od ówczesnego chłopaka, który chcąc zrobić mi miłą niespodziankę na walentynki, kupił mi zestaw czekoladowych kosmetyków - by nie sprawić mu przykrości stosowałam te kosmetyki ale ich zapach przyprawiał mnie o mdłości (czego to człowiek nie zrobił dla nastoletniej miłości?) - od tamtej pory powiedziałam kategoryczne "NIE" kosmetykom z czekoladą, aż do maski Be.Loved - naturalna pielęgnacja nie zawiodła mnie również w kwestii aromatu czekolady - dodatek prawdziwego kakao do kosmetyku nadaje mu niesamowitego aromatu, jest to całkowicie przeciwny biegun do chemicznego zapachu czekolady!

Jednak kakao w tej maseczce ma nie tylko właściwości uprzyjemniające stosowanie - przede wszystkim kakao dostarcza skórze wielu substancji odżywczych (magnez!) a także wpływa ujędrniająco na skórę. Rozluźnia mięśnie, dzięki czemu rysy twarzy są delikatniejsze, nie pogłębiają się zmarszczki mimiczne a cera prezentuje się znacznie bardziej promiennie i świeżo! Poza kakao, w maseczce znajdziemy ekstrakt z granatu, róży czy oleju konopnego, które dodatkowo pielęgnują skórę.

Maseczka ma postać gęstego, zbitego masła, jednak pod wpływem ciepła dłoni szybko się rozpływa co ułatwia jej aplikację. W kontakcie z ciepłem skóry aromat czekolady jest wciąż wyczuwalny, co znacznie poprawia humor! Maseczka ze względu na swoją masełkową konsystencję nie jest całkowicie spłukiwalna pod wpływem wody, więc to, czy Wasza cera ją polubi, musicie ocenić sami. Osobiście podczas spłukiwania maseczki wyczuwam film pod palcami, ale po wyjściu z kąpieli i lekkim odciśnięciu twarzy w chusteczkę, nie mam już po tym odczuciu ani śladu. Za to skóra jest przyjemnie gładka, miękka, nawilżona i nie domaga się aplikacji kremu.


INCI:
Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Carthamus Tinctorius (Safflower) Seed Oil, Theobroma Cacao Seed Butter, Theobroma Grandiflorum Seed Butter, Cannabis Sativa (Hemp) Seed Oil, Theobroma Cacao Powder, Oryza Sativa Powder,  Moroccan lava clay, Punica Granatum (Pomegranate) Seed Extract, Glycerin, Rosa Canina Seed Extract, Tocopheryl Acetate, Ananas Sativus Stem Powder

Cena: ok. 110 zł / 30 ml
Link do sklepu


Kosmetykiem, który wciąż gości w mojej łazience jest niezmiennie serum anti-age dla cery suchej i wrażliwej Planeta Organica - to serum niesamowicie służy mojej skórze - wycisza grę naczyń krwionośnych poprzez wzmocnienie naczynek a duża dawka antyoksydantów opóźnia procesy starzenia się skóry. Mimo, że serum jest lekkie, żelowe i absolutnie nie zapycha mojej cery, to ostatnimi czasy obserwuję lekkie nasilenie zmian trądzikowych, które okazało się wynikiem dusznych nocy. Dlatego sądzę, że wrócę do wersji dla cery tłustej i mieszanej tego serum, ponieważ również je sobie chwalę - powinno wspomóc gojenie się niechcianych zmian. Natomiast nawiązując do wcześniejszej maseczki - nie nakładam serum Planeta Organica na twarz po zastosowaniu maseczki Be.Loved - obawiam się, że byłoby to bezcelowe działanie, ponieważ oleje z maseczki wchłonięte w skórę mogą blokować wnikanie substancji czynnych z serum. Dlatego w inny dzień stosuję maseczki a w inny sera:

Mój tygodniowy plan pielęgnacji cery

   
INCI:
Aqua, Glycerin, Saccharide Isomerate, Panthenol, Allantoin, Hydrolyzed Vegetable Protein, Panax Ginseng Root Oil, Lycium Barbarum Fruit Extract, Phyllanthus Emblica Fruit Oil, Asparagus Racemosus Root Extract, Euterpe Oleracea Fruit Oil, Oenothera Biennis Oil, Saccharide Jasminum Officinale Flower/Leaf Extract, Carrageenan, Foeniculum Vulgare Oil, Ribes Nigrum Seed Oil, Camellia Sinensis Leaf Oil, Santalum Album Oil, Myrtus Communis Oil, Rosa Centifolia Flower Oil, Oryza Sativa Bran Powder, Elettaria Cardamomum Seed Extract, Echinacea Purpurea Extract, Ginkgo Biloba Leaf Extract, Iris Florentina Root Extract, Salix Alba Bark Extract, Curcuma Longa Root Extract, Bambusa Vulgaris Extract, Citrus Grandis Peel Oil, Citrus Aurantium Dulcis Peel Oil, Pelargonium Graveolens Oil, Superoxide Dismutase, Tocopherol, Niacinamide, Riboflavin, Retinyl Palmitate, Ascorbic Acid, Squalane, Sodium Hyaluronate, Potassium Sorbate, Citric Acid, Iron Oxydes
 
Cena: ok. 35 zł / 50 ml
 
Od jakiegoś czasu podglądam poczynania nowej marki polskich kosmetyków naturalnych - Senelle - zdecydowałam się wypróbować kilka ich kosmetyków i na "pierwszy ogień" poszedł ich korygujący krem pod oczy z serii "Summer". Niestety, okazał się zbyt mocny dla mojej skóry, powodował zaczerwienienie i podrażnienie w okolicy oka. Absolutnie nie umniejszam temu kosmetykowi - mam bardzo reaktywną okolicę oczu i zdarza się, że właśnie w taki sposób reaguje na bogactwo substancji czynnych. Właśnie przez takie sytuacje wciąż powtarzany jest mit, że kosmetyki naturalne nie są dobrym wyborem dla cer wrażliwych. Ale jeśli kosmetyk ma działać, musi posiadać substancje oddziałujące na skórę i wnikające w nią - co jednocześnie niesie za sobą ryzyko podrażnień u osób o cerze wrażliwej. Nie zraziło mnie to nawet w najmniejszym stopniu do firmy, ponieważ uczulenia to kwestia indywidualna - a nawet osoby o bardzo wrażliwych skórach mogą znaleźć wśród kosmetyków naturalnych odpowiadające im preparaty!

Z samym kremem wiązałam duże nadzieje, ponieważ ma bardzo ciekawą konsystencję, która z pewnością przypadłaby do gustu wielu z Wam - treściwy, gęsty, jednak nietłusty i jednocześnie dobrze wchłanialny o bardzo przyjemnym aromacie. Jest zapakowany z higieniczne opakowanie z pompką a przychodzi do nas w niezwykle eleganckim opakowaniu, która cieszy oko. Polecam zwrócić na niego uwagę, może spisze się u Was? Tylko jeśli macie równie wrażliwą okolicę oka jak ja, pamiętajcie o wykonaniu próby uczuleniowej!


INCI:
Aqua, Glycerin, Isoamyl Laurate, Linum Usitatissimum Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Propanediol, Coco Caprylate/Caprate, Cichorium Intybus Root Oligosaccharides, Cetearyl Olivate, Solanum Lycopersicum Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Sorbitan Olivate, Cocos Nucifera Oil, Cetearyl Alcohol, Oak Root Extract, Punica Granatum Flower Extract, Caffeine, Papaver Rhoeas Petal Extract, Olea Europaea Fruit Oil, Hydrogenated Olive Oil, Olea Europaea Oil Unsaponifiables, Sodium Phytate, Biosaccharide Gum-1, Caesalpinia Spinosa Gum, Xanthan Gum, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid, Parfum

Cena: ok. 80 zł / 15 ml
Link do sklepu


Będąc więc w potrzebie zakupu kosmetyku przeznaczonego na okolicę oczu, sięgnęłam po kosmetyk, który znam i bardzo dobrze się u mnie sprawdza - przeciwzmarszczkowy krem pod oczy Vianek! Jest to mój ulubiony krem pod oczy z całej gamy kosmetyków Sylveco, dlatego nie mając czasu na poszukiwania nowości, wybrałam znany preparat. Krem skutecznie niweluje obrzęki wokół oczu dzięki teofilinie, teobrominie oraz kofeinie w nim zawartym a kwas hialuronowy mocno nawilża okolicę oka i dba, by przede wszystkim nie uległa odwodnieniu. W składzie znajdziemy również takie substancje jak ekstrakt z miłorzębu, olej z pestek truskawek, malin oraz koenzym Q10, które przede wszystkim opóźniają procesy starzenia się skóry.

Zmarszczki - czy można je spłycić?

Wersja przeciwzmarszczkowa kremu pod oczy Vianek posiada najbardziej treściwą konsystencję spośród kosmetyków pod oczy tej marki, dlatego jeśli wymagacie mocnego nawilżenia skóry polecam zwrócić na niego uwagę!

Mocno nawilżające kremy pod oczy

INCI: 
Aqua, Oenothera Biennis Seed Oil, Glycerin, Rubus Idaeus Seed Oil, Fragaria Ananassa Seed Oil, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Coco-caprylate, Glyceryl Stearate, Stearic Acid, Squalane, Tocopheryl Acetate, Panthenol, Hydrolyzed Glycosaminoglycans, Ubiquinone, Caffein, Teophyllin, Theobromin, Sodium Hyaluronate, Sodium Alginate, Ginkgo Biloba Leaf Extract, Glycosphingolipids, Phospholipids, Cholesterol, Cetearyl Alcohol, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Parfum

Cena: ok. 34 zł / 15 ml
Link do sklepu


Skoro jesteśmy już przy kremach, koniecznie muszę wspomnieć Wam o dwóch nowościach, jakie zagościły u mnie w ostatnim czasie! Zacznijmy od nowości firmy Resibo, miejskiego kremu ochronnego. Skusiłam się na niego ze względu na jego właściwości silnie antyoksydacyjne - jego celem jest ochrona skóry przed powstawaniem wolnych rodników nie tylko podczas ekspozycji na promieniowanie UV ale również IR (podczerwień) oraz światłem niebieskim emitowanym przez ekrany smartfonów, które również są podejrzewane o szkodliwy wpływ na naszą skórę. Krem o właściwościach anty-pollution powinien charakteryzować się treściwą konsystencją, która będzie stanowiła fizyczną barierę przed drażnieniem skóry cząsteczkami pyłów pochodzącymi ze smogu - jednak kto z nas lubi tłuste kremy? Resibo bardzo dobrze rozwiązało ten problem: krem jest dobrze wchłanialny, chociaż wyraźnie czuć, że jest minimalnie bardziej treściwy niż pozostałe kremy tej firmy. Pozostawia na uczucie aksamitnie gładkiej cery, które nie tylko ułatwia aplikację makijażu (zapobiega podkreślaniu porów i załamań skóry przez podkład) ale także tworzy barierę przed smogiem. Krem nie spowodował u mnie wysypu niedoskonałości, jak wspomniałam wcześniej - ma przyjemną, dobrze wchłanialną konsystencję, dlatego nie powoduje nadmiernego obciążenia skóry. Ze względu na bogactwo substancji przeciwutleniających (antyoksydantów) jak m. in. olej z otrąb ryżowych, olej z kiełków pszenicy, czy ekstrakt z kwiatów Budlei Dawida, który chroni skórę przed szkodliwym działaniem promieni świetlnych, takich jak UVA, UVB, IR czy skoncentrowane światło niebieskie i widzialne - był dla mnie oczywistym wyborem pod krem z filtrem! A dlaczego potrzebowałam kremu pielęgnującego pod filtr? O tym za chwilkę, najpierw zerknijmy w skład kremu Resibo:

INCI:
Aqua, Glycerin, Propanediol, Oryza Sativa Bran Oil, Coco Caprylate/Caprate, C12-C16 Alcohols, Caprylic/Capric Triglyceride, Triticum Vulgare Germ Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Palmitic Acid, Physalis Angulata Extract, Buddleja Officinalis Flower Extract, Hydrolyzed Algin, Sodium Hyaluronate, Saccharide Isomerate, Cetearyl Alcohol, Hydrogenated Lecithin, Sodium Stearoyl Glutamate, Sodium Phytate, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Phenetyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Citric Acid, Parfum 

Cena: ok. 80 zł / 50 ml

Link do sklepu 


Zdecydowałam się na zdradę mojego dotychczasowego ulubieńca - Kafe Krasoty (La Cafe de Beaute) na filtr łatwo dostępny i w dobrej cenie - Biodermę Photo Mineral SPF 50. Jej skład opiera się o same substancje zapobiegające utracie wody z naskórka (emolienty), dlatego obawiałam się, że moja skóra może mieć problem z utrzymaniem odpowiedniego nawilżenia jeśli nie dostarczę jej humektantów (uroki wieku 25+, kiedy to poziom syntezy NMF [Naturalnego Czynnika Nawilżającego] skóry sukcesywnie spada). Nie było inaczej - po raz pierwszy doświadczyłam tego, o czym do tej pory jedynie słyszałam: o "wysuszeniu skóry" przez oleje.

Kompendium Wiedzy o stosowaniu olejów na twarz

INCI:
Decyl Oleate, Dicaprylyl Carbonate, Zinc Oxide, Caprylic/Capric Trigliceride, Cocoglycerides, Titanum Dioxide, Silica Dimethyl Silylate, Polyhydroxystaeric Acid, Tocopheryl Acetate, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Stearic Acid, Alumina, Tocopherol

Cena: ok. 35 zł / 100 g
Dostępny w aptekach  

Sądzę, że nawet nie tyle problemem były oleje, ponieważ z powodzeniem wykorzystuję je na noc a serum z dodatkiem humektantu nakładam jedynie 2x w tygodniu, ale bardziej połączenie mocnego słońca, wysokiego stężenia filtrów fizycznych oraz brak humektantów w składzie. O ile tę ostatnią kwestię wyjaśniłam powyżej a efekt wysuszania skóry pod wpływem ekspozycji na UV jest oczywisty, o tyle chciałabym rozwinąć temat stężenia filtrów mineralnych w tym kosmetyku.

Otóż w przypadku kremów natrafiamy na informację, by zachować ich właściwości promieniochronne na poziomie SPF 50, należy stosować 1,5-2 mg kremu na cm kwadratowy skóry. A spray? Tłusta, oleista formuła tego spray`u uniemożliwia zaaplikowanie go w tak dużej ilości co przekłada się na pytanie - czy to oznacza, że wykazuje słabsze działanie? Niekoniecznie - jeśli przeszedł testy promieniochronne w takiej formule, oznacza to, iż wykazuje skuteczne właściwości przeciw UV już w mniejszej ilości, kosztem wyższego stężenia filtrów na mg kosmetyku. A że tlenek cynku i dwutlenek tytanu, jak i wszystkie pigmenty, wykazują lekko absorbujące właściwości, może się okazać, że ich wysokie stężenie nie służy skórze i doprowadza do jej wysuszenia. O ile aplikując spray Bioderma na krem Resibo nie zauważyłam pogorszenia stanu skóry (zasługa działania nawilżającego i odżywczego Resibo), to aplikując Biodermę na gołą skórę na ciele nabawiłam się dość mocnego wysuszenia skóry na przedramionach (na ręce najczęściej aplikowałam filtr, ponieważ mam je stale odsłonięte a w ostatnim czasie byłam w Macedonii, więc filtr był dla mnie koniecznością) a na wewnętrznej części ud nabawiłam się odparzeń (dużo spacerowaliśmy i podczas ocierania uda o udo dochodziło do mikro-podrażnień właśnie przez cząsteczki niezmikronizowanych filtrów. Taka sytuacja nie spotkała mnie jeszcze nigdy nawet, gdy byłam znacznie bardziej pulchna i podczas chodzenia uda ocierały o siebie znacznie mocniej.) Po tej sytuacji wiem, że do filtra Bioderma jeśli będę wracać, to z pewnością nie zabiorę go ponownie na aktywne wakacje.


Czy polecam ten filtr? Tak, jak najbardziej - zwłaszcza, że ma całkowicie bezpieczny skład, więc mogą śmiało po niego sięgać alergicy i posiadacze wrażliwych skór - ale zanim weźmiecie go ze sobą na urlop przetestujcie, jak spisuje się u Was. Osobiście pomimo, że uwielbiam kosmetyki i pielęgnację, to nie stosuję codziennie balsamu do ciała (odstawienie żeli z SLS i SLES przyczyniło się do mojego rozleniwienia - moja skóra zwyczajnie nie potrzebuje dodatkowego nawilżania) a stosowanie go rano + nakładanie na niego filtra nie byłoby dla mnie komfortowe.

SLS i SLES - wszystko, co powinnyście wiedzieć!

Największym minusem spary`u Bioderma było właśnie jego problematyczne stosowanie i użytkowanie. Natomiast kwestią, o której często mi piszecie i której i ja doświadczyłam, to zepsuty dozownik sprayu, dlatego musiałam przelać krem do innego pojemnika (z pompką). Jestem w stanie wiele wybaczyć kremowi z filtrem - tłustą konsystencję, bielenie, trudność w aplikacji, szybsze ścieranie się makijażu - ale jeśli Wy nie macie takich pokładów cierpliwości, to może się okazać, że ten spray niekoniecznie przypadnie Wam do gustu. Dlatego w celu wcześniejszego zapoznania się z kosmetykiem można udać się na dermokonsultacje lub pytać o jego próbki w aptekach.


Natomiast podczas wieczornej pielęgnacji pozostaję wierna olejom zamiast kremu. Aktualnie stosuję olej makadamia Mydlasie - kilka lat temu, jeszcze borykając się z trądzikiem lubiłam sięgać po olej makadamia, ponieważ jest lekkim olejem i nie powoduje pogorszenia cery trądzikowej. Byłam tak zadowolona z jego stosowania, że wypróbowałam oleje makadamia różnych firm a efekty finalne bardzo mnie zaskoczyły!

Porównanie olejów makadamia różnych firm

Dlatego przeglądając ofertę sklepu Mydlasie pomyślałam, że chciałabym powrócić do oleju makadamia - przypomnieć sobie jego działanie a także porównać ten olej do wcześniej przeze mnie stosowanych. Olej makadamia Mydlasie jest olejem zimnotłoczonym i nieperfumowanym, który doskonale nawilża skórę, jednocześnie jej nie obciążając. Na duży plus zasługuje duże opakowanie tego oleju, dzięki czemu stosuję go także do olejowania włosów. O tym, jak spisuje się na włosach, pisałam Wam jakiś czas temu:

Aktualna pielęgnacja włosów

Cena: ok. 11 zł / 50 ml

Oleje doceniam od samego początku mojej przygody z naturalną pielęgnacją, ale gdy spróbowałam maseł, przepadłam! Mam wrażenie, że mocniej zmiękczają naskórek niż olej, pozostawiając skórę niesamowicie miękką i przyjemną w dotyku. Moim ulubionym masłem jest awokado, ale mam zamiar popróbować także inne rodzaje maseł. Aktualnie wypróbowałam masło z zielonym jęczmieniem Botanicum Natural SPA - zdecydowałam się na nie ze względu na uniwersalność, która idealnie nadaje się na wyjazdy! Przede wszystkim masło nie rozleje się w bagażu a z jego pomocą mogę wykonać: demakijaż, zaaplikować na noc zamiast kremu, zastępuje mi także krem do rąk a w skrajnych przypadkach - balsam. Mogę również z jego pomocą "naolejować" włosy przed myciem - kto będąc na urlopie myśli o olejowaniu włosów? Cóż, Włosomaniaczki z pewnością mnie zrozumieją!

Masło Botanicum Natural SPA posiada bardzo przyjemną konsystencję - jest to masło, więc pozostawia na skórze film, jednak w przypadku mojej skóry całkiem dobrze się on wchłania, chociaż nie całkowicie. Masło posiada bardzo przyjemny, cytrusowy zapach, który uprzyjemnia jego stosowanie. Wbrew temu, co może się wydawać - nie posiada zbitej i twardej konsystencji, ale jest puszyste i bez trudu można go wydobyć z pojemniczka.

INCI:
Butyrospermum Parkii Butter & Wheatgrass Extract

Cena: ok. 50 zł / 120 ml
Link do sklepu 


Jednym z moich ostatnich hitów pielęgnacyjnych jest woda aloesowa (hydrolat) Beaute Marrakech. Na tę firmę natknęłam się w osiedlowym sklepie zielarskim (serdecznie pozdrawiam Dziewczyny z Eco Life!) i postanowiłam wypróbować hydrolat w wersji aloesowej, ponieważ nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim hydrolatem. Na testowaniu się nie skończyło, ponieważ zużyłam już kilka buteleczek i z pewnością na nich nie poprzestanę! Z jednej strony kusi mnie wypróbowanie innych hydrolatów Beaute Marrekech, z drugiej strony wciąż nie jest mi mało wody aloesowej!

Cena: ok. 16 zł / 125 ml
Link do sklepu - a osoby z Rzeszowa oczywiście zapraszam do Eco Life na ul. Staromiejskiej 1!


Ostatnim kosmetykiem o którym chciałabym Wam wspomnieć jest regenerująca pomadka do ust Vianek - już od dziecka borykam się z mocno wysuszonymi ustami, dlatego zawsze muszę mieć przy sobie pomadkę ochronną. Pomadka Vianek spisuje się u mnie wzorowo, mocno nawilża i regeneruje usta, zapobiega ich wysychaniu. Podczas jej stosowania nie pojawiły się na moich ustach żadne suche skórki. Przeplatam jej stosowanie z pomadką brzozową Sylveco, ponieważ zawarta w niej betulina ma właściwości przeciwwirusowe - zapobiega rozwojowi opryszczki.

Uważam, że poszerzenie oferty Vianek o pomadki było bardzo dobrym pomysłem, ponieważ ta marka kosmetyków wyróżnia się zapachami a większość z Pań lubi ładnie pachnące kosmetyki (i smaczne pomadki!) - możemy wybierać aż w 4 wersjach: moją ulubioną jest kojąca, tuż za nią na podium znajduje się odżywcza a regenerującą postawiłabym na miejscu 3. Nie dlatego, że mi nie smakuje - po prostu oszalałam na punkcie aromatów dwóch wcześniejszych! Natomiast rozczarowała mnie pomadka łagodząca, ponieważ miała smakować bananem a ja raczej wyczuwam w niej gumę balonową. Jednak w kwestii zapachów i smaków nie ma co dyskutować - każdy preferuje co innego!

INCI: 
Glycine Soja Oil, Oenothera Biennis Seed Oil, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Rubus Idaeus Seed Oil, Cera Alba, Butyrospermum Parkii Butter, Theobroma Cacao Seed Butter, Lanolin, Carnauba Wax, Parfum

Cena: ok. 10 zł / 4,6 g
Link do sklepu


Tak właśnie prezentuje się moja aktualna pielęgnacja twarzy - o makijażu powiemy sobie osobno, ponieważ tam również zaszło kilka zmian!

Jestem bardzo ciekawa, czy któreś z powyższych kosmetyków przykuły Waszą uwagę? A może już je stosowałyście? Jak spisują się one u Was?

Pamiętajcie, że systematycznie sprawdzam na IG hasztag #kosmetologianaturalnie i podpatruję, czy kupiłyście coś z mojego polecenia lub też czy stosujecie się do porad zawartych na tej stronie! Ponadto szykuję dla Was konkurs na IG, więc koniecznie obserwujcie profil @kosmetologianaturalnie.pl !

Pozdrawiam serdecznie!
[511.] Moje sposoby na idealny makijaż ust!

[511.] Moje sposoby na idealny makijaż ust!

Malowanie ust uważam za najbardziej zdradliwy element makijażu - wystarczy chwila nieuwagi a pomadka może się nam rozmazać, odbić, wypłynąć poza kontur czy nierównomiernie zniknąć. Ponadto szminka podkreśli wszystkie niedoskonałości - bruzdy i suche skórki - znajdujące się w obrębie ust. Dodatkowym problemem może być asymetria warg, która znacznie uwydatnia się, jeśli postawimy na intensywny odcień. 

Dziś chciałabym podzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi tego, jak swobodnie nosić ciemne kolory na ustach, bez nerwowego spoglądania co chwilę w lusterko, czy aby pomadka pozostaje w wyznaczonych granicach.


Zawsze piję dużo wody (nawet korzystam z aplikacji "Drink Water Reminder"), ale jeśli znam dokładnie datę, kiedy zamierzam nosić pomadkę, wyjątkowo staram się zwracać uwagę na wypijanie dużej ilości wody dzień wcześniej. W przeddzień tego szczególnego dnia, robię wszystko, by organizm był dobrze nawodniony- dzięki temu usta są lepiej nawilżone i mimo całego dnia noszenia pomadki (nawet matowej!) nie pojawiają się na niej bruzdy, nie ma efektu "zmarszczek" na ustach. Oczywiście dzień przed zamierzaną aplikacją pomadki warto wykonać peeling ust, jednak zmniejszy on tylko ilość ewentualnych suchych skórek - nie ma wpływu na poprzeczne bruzdy na ustach w przeciwieństwie do wypijanej wody!

Moim problemem zawsze było wypływanie pomadki poza kontur ust i pojawiał się niezależnie od składu pomadki (naturalna czy konwencjonalna), ceny, czy wykończenia jaki pozostawiała na ustach. Sądzę, że wpływ na to ma moja ekspresyjna mimika jak i to, że podczas zamyślania się, bezwiednie przygryzam i pocieram wargi. Mając na ustach pomadkę nie chcę się ograniczać- przecież chcę móc zjeść posiłek, jeśli mam taką potrzebę. Metodą prób i błędów wypracowałam sposób jak malować usta i mam nadzieję, że będzie on dla Was pomocny - sądzę, że te triki mogą zaciekawić nie tylko osoby o podobnym problemie wypływania pomadki poza kontur ust. Zaczynamy!

Pierwszym etapem jest lekkie zmatowienie ust pudrem transparentnym. Dzięki pudrowi pomadka pozostaje na swoim miejscu i nie migruje. Aktualnie wykorzystywanym przeze mnie pudrem jest bambusowy Ecocera- hit blogosfery, o którym już wiele słyszałam! Jestem po kilku pierwszych użyciach i faktycznie mocno matowi skórę (o czym przekonałam się przede wszystkim aplikując go przed wyjściem na siłownię) ale pełną recenzję jeszcze Wam napiszę po dłuższym stosowaniu. Jako baza pod pomadkę zachowuje się wzorowo, jednak należy mieć na uwadze, że może wzmagać suchość ust, dlatego jeśli nie wypijacie odpowiedniej ilości wody, lepiej go nie aplikować. W przeciwnym razie efekt bruzd zostanie pogłębiony.

Skład pudru bambusowego Ecocera:
Bambusa Arundinacea Stem Extract, Magnesium Stearate, Phenoxyethanol, Parfum Ethylhexylglycerin

Link do sklepu
Cena: ok. 20 zł / 8 g


Dolną wargę mam minimalnie większą niż górną, dlatego lekko koryguję tę dysproporcję makijażem - wystarczy zaaplikowanie rozświetlacza na łuk Kupidyna, by górna warga wydawała się większa, pełniejsza a jej kontur bardziej wyraźny.

Jako rozświetlacza niezmiennie używam Ecolore w wersji Nightlight, o którym już niejednokrotnie Wam wspominałam - pięknie odbija światło tworząc efekt tafli bez widocznych, brokatowych drobinek. Ten rozświetlacz zdecydowanie określam mianem swojego hitu i prędko go nie zamienię!

Pełna recenzja

Link do sklepu
Cena: ok. 40 zł / 4 g



Czas na najważniejszy i najbardziej precyzyjny element makijażu ust - wyrysowanie konturu przy pomocy konturówki! By usta wyglądały na pełniejsze i bardziej wyraźne, stawiam na odrobinę ciemniejszy kolor konturówki niż pomadka. Oczywiście kolory obu produktów powinny być dobierane rozważnie, nie chcemy efektu odgraniczonej, ciemnej obwódki wokół ust!

Ciemną pomadkę, jaką najczęściej nosiłam jesienią i zimą (oraz na której przykładzie pokazuję Wam dzisiejszy makijaż) to nr 107 "Lin" Boho Green Makeup - jest to matowa pomadka w odcieniu jasnego, rudawego brązu. Konturówka, którą do niej stosuję to Lavera, kredka do oczu nr 2 (brązowa).

Skład przedstawia się następująco (warto zwrócić uwagę na brak etanolu w składzie tej pomadki, co wyróżnia ją na tle innych kosmetyków marki Lavera!):
Hydrogenated Jojoba Oil, Mica (CI 77019), Caprylic/Capric Triglyceride, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Iron Oxide (CI 77499), Titanium Dioxide (CI 77891), Butyrospermum Parkii, Canola Oil, Copernicia Cerifera Wax, Iron Oxide (CI 77492), Glyceryl Caprylate, Euphorbia Cerifera Wax, Iron Oxide (CI 77491), Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, Ascorbyl Palmitate

Link do sklepu
Cena: ok. 35 zł / 1.15g 



Starannie wykonany kontur jest punktem kluczowym dla perfekcyjnego makijażu ust i warto poświęcić tej czynności dłuższą chwilę. Pomadka jeśli zaczyna znikać z ust, to najpierw z wewnętrznych części warg, których poprawa nie wymaga precyzji. Dzięki idealnie zachowanemu konturowi ust, jesteśmy w stanie poprawić makijaż szybko i sprawnie mając do dyspozycji nawet tylko wyświetlacz telefonu zamiast lusterka ;). Dlatego też warto zainwestować w konturówkę i nauczyć z nią pracować - dzięki niej pomadka nie migruje poza kontur ust! Przede wszystkim konturówka jest bardziej trwała jak pomadka i nie wymaga częstych poprawek, więc jeśli będziemy pamiętać o zachowaniu ostrożności i np. nie wytrzemy konturówki w chusteczkę, bez trudu wytrzyma ona kilka godzin bez żadnych poprawek. W moim przypadku kontur wykonany wg dzisiejszych wskazówek bez trudu wytrzymuje 8h w pracy.

Oczywiście by nie straszyć mocnym konturem, należy delikatnie rozetrzeć go palcem (wklepując i lekko pocierając w stronę wewnętrznych części ust) - dzięki temu ładnie stopi się on z pomadką, przejście kolorystyczne nie będzie widoczne jednak kontur wciąż pozostanie lekko podkreślony, dając złudzenie pełniejszych warg!


Jak wspomniałam wyżej - pomadką, której aktualnie używam i w której się zakochałam to nr 107 "Lin" marki Boho Green Makeup! Szminka ta ma niecodzienny, przygaszony lecz intrygujący kolor rudawego brązu. To, co bardzo pozytywnie mnie w niej zaskoczyło to całkowicie matowe wykończenie. Podczas nakładania jest kremowa i lekko odbija światło jednak po kilku minutach zastyga dając matowy efekt. Pomadka utrzymuje się całkiem dobrze - na konturze ust oraz do ich połowy nie wymaga poprawek lub tylko lekkich, ściera się jedynie pośrodku ust i tylko w tej okolicy wymaga solidnego dołożenia koloru. Mimo, iż jest to pomadka matowa, daje bardzo delikatne uczucie nawilżenia. Nakładam ją przy pomocy pędzelka, by osiągnąć bardziej precyzyjny efekt zwłaszcza przy konturze ust jednak do poprawek aplikuję pomadkę bezpośrednio z opakowania.

Skład:
Ricinus Communis Seed Oil, Isostearic Acid, Mica, Prunus Americana Kernel Extract, Euphorbia Cerifera Wax, Hydrogenated Olive Oil Stearyl Esters, CI (77891) Titanum Dioxide, CI 77491 (Iron Oxides), Prunus Americana Kernel Oil, Limonene, CI 77492 (Iron Oxides), CI 77499 (Iron Oxides), CI 75 470 (Carmine), Citrus Grandis Peel Oil, Linalool

Link do sklepu
Cena: ok. 40 zł / 3,5 g (aktualnie na stronie jest promocja i pomadkę tę można dostać za 34.90 zł, natomiast w Złotych Tarasach pomadki Boho są aktualnie na przecenie po 30 zł!)

Jeśli zdarzy mi się wyjechać pomadką poza ustalony kontur, maskuję to miejsce przy pomocy podkładu, można także użyć korektora.

 
Pomadka Boho tuż po nałożeniu - widać lekki połysk. Po zaschnięciu pomadka tworzy matowe wykończenie co widać na kolejnych zdjęciach.

 

Osobiście jestem tak oczarowana pomadką Boho, że postanowiłam zaopatrzyć się w kolejny odcień - tym razem jest to czerwień w kolorze wina nr 309. Nie jest to jednak pomadka matowa a błyszcząca, producent opisuje ją mianem błyszczyka. Jestem po pierwszym użyciu i widzę, że ma całkiem odmienną fakturę i konsystencję. O tym, jak spisuje się przy dłuższym stosowaniu z pewnością Was poinformuję!

Swoją drogą swoją wyprawę do Warszawy udokumentowałam na instagramie- wraz z dramatycznym poszukiwaniem szafy Boho- jeśli jeszcze nie obserwujecie mnie na insta, zapraszam do nadrobienia zaległości ;) .


Jestem bardzo ciekawa, czy wykorzystujecie któreś z podanych przeze mnie trików? Czy znacie któreś z wspomnianych wyżej kosmetyków? W jaki sposób Wy malujecie usta?

Pozdrawiam serdecznie!
[504.] Makijażowi ulubieńcy ostatnich miesięcy

[504.] Makijażowi ulubieńcy ostatnich miesięcy

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z makijażem, byłam zafascynowana kolorami - starałam się wykonywać ekspresyjne makijaże z użyciem wielu odcieni, nierzadko kontrastowych. Jednak by podejmować się tak odważnych połączeń należy mieć pewne wyczucie estetyczne, którego mi - zwłaszcza na początku makijażowej przygody! - często brakowało. W efekcie makijaż bywał karykaturalny i wcale nie upiększał. 

Po kilku latach zrozumiałam, że często w makijażu "mniej, znaczy więcej" i zdecydowanie bardziej liczy się technika oraz precyzja niż feeria barw. Dlatego mój codzienny makijaż opiera się na uniwersalnej i ponadczasowej kresce eyelinerem, natomiast na większe wyjścia wybieram stonowane kolory - brązy, beże, czasem złamane jakimś kolorem (zieleń, róż, złoto). Natomiast odkąd przybyło mi lat, zaczęłam doceniać urok klasycznego smoky eye.


Oczywiście ilość moich kosmetyków kolorowych jeszcze do niedawna była zatrważająca- miałam niezliczoną ilość cieni, różów czy bronzerów a przecież nie stosuję tych kosmetyków na co dzień. W makijażach na większe wyjście także nie stawiałam na kolor, dlatego w pewnym momencie życia dojrzałam do bardziej zdroworozsądkowego gospodarowania finansami - postanowiłam skompletować makijażową kosmetyczkę od podstaw wybierając tylko naturalne kosmetyki.

Podstawą były kosmetyki stosowane na co dzień: podkład (zmiana podkładów na naturalne była przysłowiową "kropką nad i" umożliwiającą pożegnanie trądziku), eyeliner, tusz, rozświetlacz, cień do brwi. O tych kosmetykach już niejednokrotnie Wam pisałam a dziś chciałabym pokazać Wam kosmetyki do makijażu wieczorowego, które na długo zagościły w mojej łazience!


Przetestowałam już kilka odcieni cieni do powiek marki Ecolore ale to odcień Black Swan no. 027 stał się jednym z ulubieńcy! Z jego pomocą mogę zrobić nie tylko efektowne smoky ale także pogłębić odcień każdego innego koloru sprawiając, że niezależnie od zastosowanych kolorów makijaż nabiera głębi i wyrazu. Cień ten bez wątpienia jest obowiązkowym odcieniem podczas kompletowania idealnego zestawu!

Z kompletowaniem idealnej "palety" cieni do powiek nadeszła grudniowa promocja na zestawy marki Ecolore. Wybrałam zestaw, który nazywał się "Autumn Joy", ponieważ przeważały w nim ciepłe i przygaszone odcienie - złoto, miedź, ciemna brąz oraz jeden fiolet.

 Złoto: Golden Rain no. 004, brąz: Bitter Chocolate no. 018

 Fiolet: Cranberry Cookie no. 009, miedź: Glowing Amber no. 005

Makijaż z powyższych zdjęć został wykonany właśnie przy pomocy cienia Black Swan oraz cieni zestawu Autumn Joy. Inne makijaże, które wykonałam przy pomocy tych cieni:

Nie jestem specjalistą w temacie fotografii ani obróbki zdjęć, stąd odcienie skóry różnią się w zależności od ustawienia światła i aparatu. Wprawne oko zauważy jednak, że moje włosy stały się odrobinę jaśniejsze - to zasługa kwasu jabłkowego, o którym mam zamiar opowiedzieć Wam więcej, jeśli tylko moje umiejętności fotograficzne pozwolą na uchwycenie efektu!

Link do sklepu
Cena: ok. 30 zł za 1,7 g

Gdy byłam młodsza często popełniałam także spore faux-pas starając się łączyć mocno przydymione oko z krwistoczerwonymi ustami. Jednak do tak agresywnego makijażu trzeba mieć odpowiednie rysy twarzy, w przeciwnym razie efekt jest - delikatnie rzecz ujmując - nieelegancki. Dużo bezpieczniejszym wyborem podczas mocnego smoky eye jest wybór pomadki w jasnym odcieniu- i szukając ideału natrafiłam na Couleur Caramel Twist & Lips w odcieniu 406:


Jest to różowy, naturalnie wyglądający odcień przełamany beżem, który daje efekt na pograniczu nude a naturalnie wyglądających ust. W dodatku pomadka ta bardzo mocno nawilża usta a więc spełnia nie tylko swoje podstawowe zadanie, jakim jest upiększanie ale także pielęgnuje skórę warg!

Link do sklepu
Cena: ok. 70 zł za 3 g

Pozostając w temacie kosmetyków makijażowych spełniających także rolę pielęgnacyjną, powróciłam do kremu BB Vianek! O tym kremie miałam okazję Wam już wspominać niedługo po jego ukazaniu się na rynku, pokazywałam także efekt "przed i po" jego aplikacji. Cieszy mnie bardzo, że marka zdecydowała się na rozszerzenie gamy kolorystycznej- recenzowany przeze mnie wcześniej, pierwotny odcień tego kremu aktualnie jest wersją ciemniejszą (BB2) i spisuje się na cerach muśniętych słońcem (a mnie mimo stosowania kremów z filtrem SPF 50 i totalnego fioła na punkcie unikania słońca i tak ono łapie i od razu skóra przybiera brązowy odcień). W aktualnym, zimowym okresie sięgam po wersję jaśniejszą (BB1).


Jako ciekawostkę podpowiem Wam, że podczas zmiany podkładu Couleur Caramel na krem BB Vianek doczekałam się małej masakry na twarzy- zaczęły wyskakiwać mi sporej wielkości wypryski, jednak moja cera zawsze reaguje lekkim pogorszeniem na zmianę kosmetyków. Lekkim, a w przypadku Vianka doczekałam się czegoś, co nazwałam "pryszczcepcją"! Obudziłam się z pokaźnym, dorodnym, tłuściutkim i ropiejącym pryszczem a gdy go wycisnęłam okazało się, że pod skorupą ropy skrywa się kolejna gotowa do wyciśnięcia, biała "główka" - ohyda ;). Nie pamiętam, żeby taka "pryszczcepcja" pojawiła mi się nawet, gdy byłam nastolatką! Zapchanie skóry?

A skąd! Ot, reakcja na zmianę kosmetyku przebiegła bardziej gwałtownie niż zazwyczaj. Z powodzeniem stosuję ciężkie oleje i masła, jak więc mógłby mnie "zapchać" tak lekki kosmetyk? Na szczęście po kilku dniach od owej zaskakującej sytuacji cera zaczęła wracać do normy i aktualnie z powodzeniem aplikuję krem BB. Ta sytuacja po raz kolejny mi uświadomiła, że w sytuacji zmiany kosmetyku nie należy panikować i od razu testować kolejnej nowości. Albo wrócić do znanego kosmetyku, który nam służy albo cierpliwie testować nowy preparat i dopiero po dłuższym czasie ocenić, jaki faktycznie ma wpływ na naszą cerę. Częste zmiany kosmetyków nadmiernie pobudzają cerę co może być przyczyną reaktywności cery, intensyfikacji jej rumienia, łojotoku, powstania niedoskonałości czy nawet tak zaskakujących i nieprzewidywalnych reakcji jak moja "pryszczcepcja" ;)

A działanie tego kremu? Fantastyczne! Zapewnia bardzo dobry poziom krycia bez efektu maski, łagodzi rumień i sprawia, że cera jest lepiej nawilżona. Mimo, że jest to kosmetyk typu 2w1, nakładam pod niego krem, by jeszcze mocniej chronić skórę w tym wymagającym, mroźnym okresie. W Rzeszowie panują Syberyjskie mrozy a śniegu jest po kolana!

Cena: ok. 30 zł za 50 ml



Ostatnim kosmetykiem, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, był tusz do rzęs znanej, polskiej marki o przystępnym pułapie cenowym. Mowa tutaj o... Lovely Vampire Lashes!

Skład tego tuszu podesłała mi jedna z Czytelniczek i nie mogłam uwierzyć, że znalazłam maskarę o spektakularnym efekcie wydłużania rzęs, o wzorowym składzie INCI i tak dobrej cenie! Zresztą, zobaczcie same, jak tusz się prezentuje:


Daję duży plus marce Wibo oraz Lovely za udostępnianie składów INCI swoich kosmetyków w widocznym miejscu na stronie internetowej - niewielu Producentów decyduje się na tak odważny krok zwłaszcza w obecnych czasach, gdy świadomość dotycząca składników stosowanych w kosmetykach stale wzrasta. Osobiście nabrałam ochoty na przejrzenie pełnej oferty marek tych kosmetyków i jestem pewna, że znajdę jeszcze jakieś perełki!

Natomiast co do działania tuszu, to jestem z niego bardzo niezwykle zadowolona - tusz nie kruszy się ani nie odbija na powiece. Szczoteczka jest klasyczna i na pierwszy rzut oka wydaje się być toporna, jednak dzięki zakrzywionemu kształtowi idealnie dopasowuje się do powieki co umożliwia dokładne rozdzielenie każdej rzęsy. Finalnie okazało się, że "nie taki diabeł straszny" i tą szczoteczką z łatwością jestem w stanie zaaplikować tusz.

No i przyznaję bez bicia - mam słabość do nazwy tego tuszu ;) "Wampirek" zdecydowanie na stałe zagości w mojej kosmetyczce!

Link do sklepu
Cena: ok. 15 zł za 8 g


Jestem bardzo ciekawa, czy znacie któreś z powyższych kosmetyków? Jak spisują się one u Was? 

Jakie makijaże wykonujecie na co dzień a jakie na większe wyjścia? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii i doświadczeń!

Pozdrawiam serdecznie!

[499.] Botanicum Natural SPA - odżywka do włosów, krem pod oczy oraz ziołowy balsam na usta

[499.] Botanicum Natural SPA - odżywka do włosów, krem pod oczy oraz ziołowy balsam na usta

Dziś chciałabym pokazać Wam trzy preparaty nowej marki kosmetyków naturalnych - Botanicum Natural SPA. Ich składy oparte są przede wszystkim o oleje oraz masła, kosmetyki posiadają przyjemnie proste i całkowicie naturalne składy! Z pewnością zainteresują te z Was, które - podobnie jak ja - doceniają dobrodziejstwo naturalnych emolientów!

Pierwszym kosmetykiem, którego wręcz nie mogłam się doczekać, kiedy przetestuję i będę mogła Wam opisać, jest odżywka do włosów o zapachu kokosa! Poszukiwałam preparatu, który pobudzi cebulki do wzrostu włosów i powstania babyhair, jednak tym razem zamiast po wcierkę Vianek, sięgnęłam po Botanicum. Dawno nie testowałam olejowych formuł w celu stymulacji cebulek włosów a przecież bardzo ciekawe efekty obserwowałam np. po oleju Sesa wcieranym w skalp! Najwyższa pora, żeby poznać się z czymś nowym! A że moje włosy uwielbiają olej kokosowy, odżywka Botanicum musiała trafić do mojego koszyka!


Skład INCI:
Cocos Nucifera Oil - olej kokosowy,
Urtica Dioica Leaf and Helianthus Annuus Sunflower Seed Oil - macerat pokrzywy w oleju słonecznikowym,
Equisetum Arvense Leaf and Helianthus Annuus Seed Oil - macerat skrzypu w oleju słonecznikowym,
Tocopherol - witamina E zapobiega jełczeniu kosmetyku.

Przyznaję, że skład chociaż tak prosty, to bardzo mnie zaintrygował- przede wszystkim dzięki 100% olejowej formule dostajemy kosmetyk wypełniony po brzegi substancjami aktywnymi! Zioła zawarte w tej odżywce (pokrzywa i skrzyp) są bardzo dobrze znane jako wzmacniające włosy, hamujące ich wypadanie ale także pobudzające wzrost włosa, czy minimalizujące łojotok.

Również byłam ciekawa, czy zobaczę na włosach różnicę pomiędzy czystym olejem kokosowym stosowanym dotychczas a powyższą mieszanką oleju kokosowego ze słonecznikowym i w dodatku okraszonym ziołami.



Już przy pierwszym kontakcie jest wyczuwalna różnica względem konsystencji i zapachu obu produktów- czysty olej kokosowy w temperaturze pokojowej jest stały jednak łatwo roztapia się pod wpływem ciepła ciała oraz posiada charakterystyczny, kokosowy zapach. Natomiast odżywka Botanicum posiada mniej zbitą konsystencję, bez trudu daje się nabrać na dłonie bez konieczności rozcierania produktu palcem. Pierwsza nuta zapachowa to oczywiście kokos, jednak jeśli uważnie się "wwąchacie", to wyczujecie olejową nutę z oleju słonecznikowego.

Miękka konsystencja odżywki umożliwia jej łatwą, sprawną i szybką aplikację - ze względu, że jest to mocno emolientowy kosmetyk, taką odżywkę stosujemy przed myciem głowy. Osobiście nakładałam ją zarówno na długości włosów a także na skórę głowy (jednak warto pamiętać, że nie każdej osobie służy przetrzymywanie olejów na skórze głowy! Może to przyczyniać się do czopowania mieszków włosowych a tym samym wzmożonej wypadania kosmyków! Dlatego zalecam nie trzymać olejów na skórze głowy dłużej niż 30 min.) Odżywkę nakładałam przed każdym (w wyjątkowych przypadkach co drugim) myciem włosów.


Odżywkę tę stosuję już ok. 2 miesiące a głowę myję co 2-3 dni, z taką też częstotliwością aplikowałam kosmetyk. I przyznam się, że efekt przerósł moje oczekiwania! 

Odżywkę zaczęłam stosować początkiem grudnia i moje włosy zareagowały na nią w mgnieniu oka- włosy rosły w tak szybkim tempie, że zanim nastały Święta, zdążyłam dwa razy poprawić je henną, by nie straszyć odrostem! 

Okres świąteczno-noworoczny spędziłam w podróży, dlatego dopiero po nowym roku wróciłam do systematycznego stosowania odżywki Botanicum. Po raz kolejny skóra głowy bardzo pozytywnie zareagowała na "końską" dawkę substancji aktywnych i obserwowałam szybki przyrost babyhair jak i - niestety- odrostu!

Tym razem jednak nie sięgnęłam po hennę w celu wyrównania koloru włosów: zapewne jesteście ciekawe efektu! Z góry przepraszam, że tak nieładnie pokazuję Wam swój odrost, jednak chciałabym, żebyście same mogły ocenić efekt. Włosy w naturalnym kolorze to właśnie przyrost powstały w niecały miesiąc! 


Mimo dyskomfortu związanego z obecnością tak rażącego odrostu, zamierzam jeszcze wstrzymać się z farbowaniem, ponieważ chciałabym wypróbować rozjaśnianie włosów kwasem jabłkowym zamiast chemicznej farby pod hennę (aktualnie używam Montibello Oalia, której skład pozostawia wiele do życzenia). Mam nadzieję, że efekt rozjaśniania będzie widoczny i będę mogła Wam go zaprezentować, jednak łatwiej będzie rzetelnie ocenić efekt rozjaśniania przy ciut większym odroście. 

A jak mają się moje babyhair? Spójrzcie same!



Po raz kolejny - jak było w przypadku wcierki Vianek! - doczekałam się tak okazałych babyhair, że mogłabym zaczesywać sobie z nich grzywkę! Oczywiście malutkie babyhair były jeszcze przed rozpoczęciem stosowania odżywki, jednak znacznie przybrały na długości podczas jej stosowania. Były poprawiane henną jeszcze tuż przed Świętami.


Natomiast w kwestii działania odżywki na długość włosów, to również jest wzorowo, chociaż odżywka zachowuje się odmiennie niż czysty olej kokosowy. Tak samo jak po samym oleju kokosowym, moje włosy są gładkie i ładnie odbijają światło, jednak nie mają charakterystycznej "sztywności" jak po oleju kokosowym. Są one mocniej dociążone, bardziej miękkie i podatne na stylizację. Czysty olej kokosowy nadaje moim włosom tę "sztywność" dzięki którym są mniej podatne na odkształcenia, ale też bardziej sprężyste i uniesione od nasady, jednak sprawdza się to jedynie u osób o włosach niskoporowatych lub średnioporowatych ale w kierunku niskoporowatych. U osób z tendencją do puszenia się włosów czysty olej kokosowy dodatkowo puszy włosy i sprawia, że stają się matowe oraz szorstkie (na szczęście jest to etap przejściowy i po odstawieniu oleju kokosowego stopniowo zanika. Będąc posiadaczką włosów wysokoporowatych w przeszłości także padłam "ofiarą" czystego oleju kokosowego o czym pisałam Wam w Mojej Włosowej Historii - natomiast aktualnie olej kokosowy jest moim ulubionym olejem!)

Zaobserwowałam także wzmocnienie włosów na długości- do fryzjera chodzę systematycznie na podcinanie końcówek i aktualnie moje końcówki powinny już wymagać odświeżenia- aktualnie nie widzę takiej konieczności, więc wizyta u fryzjera opóźnia się w czasie. Poza tą odżywką nie zmieniałam nic w pielęgnacji włosów stąd też to jej przypisuję efekt mniejszej podatności włosów na uszkodzenia. Zaobserwowałam także zmniejszenie wypadania włosów!

Sądzę, że odżywkę Botanicum z powodzeniem mogą spróbować te z Was, które nie przepadają za czystym olejem kokosowym- jeśli puszy Wam włosy, nie podoba Wam się jego działanie na loki lub fale, to dodatek oleju słonecznikowego z odżywce Botanicum znacząco minimalizuje to działanie oleju kokosowego. Jeśli Wasze włosy potrzebują dociążenia i wygładzenia, to odżywka może się spisać! Polecam ją także tym z Was, które mają problem z wypadaniem włosów oraz powolnym przyrostem. 

Cena: ok. 50 zł za 200 ml


Poza odżywką, do mojego koszyka wpadł też ziołowy balsam na usta oraz krem pod oczy. Zacznijmy więc od "kremu" - celowo umieściłam tę nazwę w cudzysłowie, ponieważ z definicji krem to połączenie fazy wodnej i olejowej a ten preparat jest również kosmetykiem emolientowym. Jednak dzięki nawie "krem" od razu potencjalny klient wie, w jaki sposób ten preparat stosować.

Skład INCI:
Butyrospermum Parkii Butter - masło shea,
Centaurea Cyanus Flower and Helianthus Annuus Seed Oil - macerat chabra bławatka w oleju słonecznikowym,
Trifolium Pratense Flower and Helianthus Annuus Seed Oil - macerat koniczyny w oleju słonecznikowym,

Daucus Carota Root and Helianthus Annuus Seed Oil - macerat marchwi w oleju słonecznikowym,
Achillea Millefolium Leaf and Flower and Helianthus Annuus Seed Oil - macerat krwawnika w oleju słonecznikowym,
Kaolinite - żółta glinka,
Ascorbyl Palmitate - witamina C,
Tocopherol - witamina E.



W przypadku pielęgnacji okolicy oczu należy ostrożnie dobierać preparaty pielęgnacyjne- skóra w tej strefie ma bardzo płytko ukorzenione gruczoły łojowe i łatwo doprowadzić do ich zaczopowania, co skutkuje powstaniem prosaków. Dobierając krem pod oczy należy zwracać baczną uwagę na jego wchłanialność- nie powinien pozostawiać ciężkiej ani tłustej powłoki, lecz wchłaniać się całkowicie lub z pozostawieniem bardzo delikatnego filmu.


Niektóre z moich Czytelniczek mają tak suchą skórę wokół oczu, że wchłania ona nawet treściwe oleje i masła, dlatego cieszę się, że powyższy kosmetyk zaskoczył mnie swoim działaniem i mogę Wam go zarekomendować! Przede wszystkim zawiera masło shea i olej słonecznikowy o silnie odżywczych właściwościach, a także wiele skutecznych ziół- chaber o właściwościach zmniejszających zasinienia i cienie wokół oczu, koniczyna oraz krwawnik działają antyoksydacyjnie hamując procesy starzenia się skóry a marchew wspomaga regenerację naskórka. Całość dopełnia witamina C o działaniu uszczelniającym naczynia krwionośne a także witamina E, która zapobiega jełczeniu produktu a także wykazuje działanie antyoksydacyjne (szczególnie silne w połączeniu z witaminą C za co duży plus!).

Osobiście nie stosowałam go jednak codziennie- nie jestem posiadaczką suchej skóry wokół oczu więc powyższy krem pozostawiał na ich okolicy treściwy film, który dostawał się do oka powodując zamglenie. Zawarta w kremie żółta glinka nie tylko ma nasycić skórę minerałami ale także powinna zmniejszyć efekt tłustego filmu na skórze. Stosowałam więc produkt 2x w tygodniu jako "serum" na okolice oczu - w tym celu rezygnowałam z dotychczas stosowanego kremu (Resibo) i nakładałam bardzo cienką warstwę kremu Botanicum. Zastosowany w rozsądnej ilości nie zostawiał aż tak tłustej powłoki i nie wpływał do oka, co uprzyjemniło jego stosowanie! Skóra wokół oczu stopniowo stała się bardziej rozświetlona, odżywiona i elastyczna.

Jeśli jesteście posiadaczkami bardzo suchej skóry wokół oczu i preferujecie treściwe konsystencje na tę okolicę, to ten krem z pewnością spisze się u Was! Dużym plusem jest jego niesamowita wydajność!

Cena: ok. 50 zł za 30 ml


Ostatnim kosmetykiem, który bardzo pozytywnie zaskoczył mnie swoim działaniem był ziołowy balsam na usta - czyli pomadka ochronna!

Skład INCI:
Prunus Amygdalus Dulcis Oil - olej ze słodkich migdałów,
Trifolium Pratense Flower and Helianthus Annuus Seed Oil - macerat koniczyny w oleju słonecznikowym,
Butyrospermum Parkii Butter - masło shea,
Cocos Nucifera Oil - olej kokosowy,
Mangifera Indica Seed Butter - masło mango,
Cera Alba - wosk pszczeli,
Tocopherol - witamina E.

Balsam wzorowo spełnia swoje podstawowe zadanie, jakim jest ochrona ust w czasie mrozów i wietrznych dni. Nawilża je i uelastycznia, stają się miękkie, gładkie oraz odporne na wypływ temperatury na zewnątrz. Podczas stosowania tej pomadki nie pojawiły się żadne suche skórki ani spierzchnięcia ust!

Jednak pomadka ta uratowała... mój podrażniony od kataru nos! Od ciągłego pocierania chusteczką skóra wokół nosa była czerwona, bardzo wrażliwa i okropnie się łuszczyła. Wiele kosmetyków nakładanych na tę okolicę mocno szczypało i dodatkowo drażniło skórę. Natomiast balsam Botanicum ma bardzo ciekawą formułę jak na pomadkę- nie jest bardzo sztywny i pod wpływem ciepła ciała szybko się rozpuszcza. Nie musiałam więc mocno dociskać pomadki do skóry i to znacznie ułatwiało aplikację. Był to jeden z niewielu kosmetyków, który dobrze tolerowała moja skóra a że zawsze miałam go przy sobie, pomógł mi w znacznym stopniu zregenerować podrażnioną skórę wokół nosa i już po kilku dniach po ustąpieniu kataru, po suchych skórkach, zaczerwienieniu i podrażnieniu nie było ani śladu!

Cena: ok. 25 zł za 4,3 g


Osobiście jestem bardzo zadowolona z wszystkich trzech kosmetyków i serdecznie polecam Wam przyjrzeć się bliżej ofercie marki! Osobiście zamówiłam te preparaty ze sklepu BioEcoLife przy okazji zakupu mojego ulubionego podkładu w formie płynnej marki Couleur Caramel - co więcej, na stronie sklepu jest możliwość zakupu próbek tegoż podkładu! Niezmiernie mnie to cieszy, ponieważ podkład ten nie należy do tanich kosmetyków, więc wielką szkodą byłoby nie trafić z kolorem. Jednak jeśli chodzi o jego działanie, to kompletnie się w nim zakochałam, o czym miałyście możliwość przeczytać w jego pełnej recenzji!

Wracając do oferty marki Botanicum- pod każdym z powyższych kosmetyków podałam Wam link skąd zamawiałam te kosmetyki - w dodatku mam dla Was wspaniałą wiadomość, ponieważ od dziś przez 10 dni (a więc do 6 lutego 2018r.) wpisując do zamówienia hasło "KN12" uzyskacie 12% rabatu na cały asortyment (a więc całą markę Botanicum jak i Couleur Caramel)! Warto zwrócić uwagę, że marka Botanicum Natural SPA ma w ofercie serię dla mężczyzn na bazie oleju konopnego (bardzo uniwersalny olej, nada się zarówno do pielęgnacji cery tłustej, trądzikowej, skłonnej do niedoskonałości jak i podrażnionej, czy z suchymi skórkami) a walentynki za pasem!

Jako iż Botanicum Natural SPA jest młodą marką, trzymam za nią mocno kciuki! Bardzo się cieszę, że rynek polskich kosmetyków naturalnych wciąż się rozwija, oferując przeróżne ciekawe kosmetyki, które nie tylko charakteryzują się skutecznością ale także bezpieczeństwem stosowania. 

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie!
Copyright © 2018 kosmetologia-naturalnie.pl