Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jama ustna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jama ustna. Pokaż wszystkie posty
[511.] Moje sposoby na idealny makijaż ust!

[511.] Moje sposoby na idealny makijaż ust!

Malowanie ust uważam za najbardziej zdradliwy element makijażu - wystarczy chwila nieuwagi a pomadka może się nam rozmazać, odbić, wypłynąć poza kontur czy nierównomiernie zniknąć. Ponadto szminka podkreśli wszystkie niedoskonałości - bruzdy i suche skórki - znajdujące się w obrębie ust. Dodatkowym problemem może być asymetria warg, która znacznie uwydatnia się, jeśli postawimy na intensywny odcień. 

Dziś chciałabym podzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi tego, jak swobodnie nosić ciemne kolory na ustach, bez nerwowego spoglądania co chwilę w lusterko, czy aby pomadka pozostaje w wyznaczonych granicach.


Zawsze piję dużo wody (nawet korzystam z aplikacji "Drink Water Reminder"), ale jeśli znam dokładnie datę, kiedy zamierzam nosić pomadkę, wyjątkowo staram się zwracać uwagę na wypijanie dużej ilości wody dzień wcześniej. W przeddzień tego szczególnego dnia, robię wszystko, by organizm był dobrze nawodniony- dzięki temu usta są lepiej nawilżone i mimo całego dnia noszenia pomadki (nawet matowej!) nie pojawiają się na niej bruzdy, nie ma efektu "zmarszczek" na ustach. Oczywiście dzień przed zamierzaną aplikacją pomadki warto wykonać peeling ust, jednak zmniejszy on tylko ilość ewentualnych suchych skórek - nie ma wpływu na poprzeczne bruzdy na ustach w przeciwieństwie do wypijanej wody!

Moim problemem zawsze było wypływanie pomadki poza kontur ust i pojawiał się niezależnie od składu pomadki (naturalna czy konwencjonalna), ceny, czy wykończenia jaki pozostawiała na ustach. Sądzę, że wpływ na to ma moja ekspresyjna mimika jak i to, że podczas zamyślania się, bezwiednie przygryzam i pocieram wargi. Mając na ustach pomadkę nie chcę się ograniczać- przecież chcę móc zjeść posiłek, jeśli mam taką potrzebę. Metodą prób i błędów wypracowałam sposób jak malować usta i mam nadzieję, że będzie on dla Was pomocny - sądzę, że te triki mogą zaciekawić nie tylko osoby o podobnym problemie wypływania pomadki poza kontur ust. Zaczynamy!

Pierwszym etapem jest lekkie zmatowienie ust pudrem transparentnym. Dzięki pudrowi pomadka pozostaje na swoim miejscu i nie migruje. Aktualnie wykorzystywanym przeze mnie pudrem jest bambusowy Ecocera- hit blogosfery, o którym już wiele słyszałam! Jestem po kilku pierwszych użyciach i faktycznie mocno matowi skórę (o czym przekonałam się przede wszystkim aplikując go przed wyjściem na siłownię) ale pełną recenzję jeszcze Wam napiszę po dłuższym stosowaniu. Jako baza pod pomadkę zachowuje się wzorowo, jednak należy mieć na uwadze, że może wzmagać suchość ust, dlatego jeśli nie wypijacie odpowiedniej ilości wody, lepiej go nie aplikować. W przeciwnym razie efekt bruzd zostanie pogłębiony.

Skład pudru bambusowego Ecocera:
Bambusa Arundinacea Stem Extract, Magnesium Stearate, Phenoxyethanol, Parfum Ethylhexylglycerin

Link do sklepu
Cena: ok. 20 zł / 8 g


Dolną wargę mam minimalnie większą niż górną, dlatego lekko koryguję tę dysproporcję makijażem - wystarczy zaaplikowanie rozświetlacza na łuk Kupidyna, by górna warga wydawała się większa, pełniejsza a jej kontur bardziej wyraźny.

Jako rozświetlacza niezmiennie używam Ecolore w wersji Nightlight, o którym już niejednokrotnie Wam wspominałam - pięknie odbija światło tworząc efekt tafli bez widocznych, brokatowych drobinek. Ten rozświetlacz zdecydowanie określam mianem swojego hitu i prędko go nie zamienię!

Pełna recenzja

Link do sklepu
Cena: ok. 40 zł / 4 g



Czas na najważniejszy i najbardziej precyzyjny element makijażu ust - wyrysowanie konturu przy pomocy konturówki! By usta wyglądały na pełniejsze i bardziej wyraźne, stawiam na odrobinę ciemniejszy kolor konturówki niż pomadka. Oczywiście kolory obu produktów powinny być dobierane rozważnie, nie chcemy efektu odgraniczonej, ciemnej obwódki wokół ust!

Ciemną pomadkę, jaką najczęściej nosiłam jesienią i zimą (oraz na której przykładzie pokazuję Wam dzisiejszy makijaż) to nr 107 "Lin" Boho Green Makeup - jest to matowa pomadka w odcieniu jasnego, rudawego brązu. Konturówka, którą do niej stosuję to Lavera, kredka do oczu nr 2 (brązowa).

Skład przedstawia się następująco (warto zwrócić uwagę na brak etanolu w składzie tej pomadki, co wyróżnia ją na tle innych kosmetyków marki Lavera!):
Hydrogenated Jojoba Oil, Mica (CI 77019), Caprylic/Capric Triglyceride, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Iron Oxide (CI 77499), Titanium Dioxide (CI 77891), Butyrospermum Parkii, Canola Oil, Copernicia Cerifera Wax, Iron Oxide (CI 77492), Glyceryl Caprylate, Euphorbia Cerifera Wax, Iron Oxide (CI 77491), Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, Ascorbyl Palmitate

Link do sklepu
Cena: ok. 35 zł / 1.15g 



Starannie wykonany kontur jest punktem kluczowym dla perfekcyjnego makijażu ust i warto poświęcić tej czynności dłuższą chwilę. Pomadka jeśli zaczyna znikać z ust, to najpierw z wewnętrznych części warg, których poprawa nie wymaga precyzji. Dzięki idealnie zachowanemu konturowi ust, jesteśmy w stanie poprawić makijaż szybko i sprawnie mając do dyspozycji nawet tylko wyświetlacz telefonu zamiast lusterka ;). Dlatego też warto zainwestować w konturówkę i nauczyć z nią pracować - dzięki niej pomadka nie migruje poza kontur ust! Przede wszystkim konturówka jest bardziej trwała jak pomadka i nie wymaga częstych poprawek, więc jeśli będziemy pamiętać o zachowaniu ostrożności i np. nie wytrzemy konturówki w chusteczkę, bez trudu wytrzyma ona kilka godzin bez żadnych poprawek. W moim przypadku kontur wykonany wg dzisiejszych wskazówek bez trudu wytrzymuje 8h w pracy.

Oczywiście by nie straszyć mocnym konturem, należy delikatnie rozetrzeć go palcem (wklepując i lekko pocierając w stronę wewnętrznych części ust) - dzięki temu ładnie stopi się on z pomadką, przejście kolorystyczne nie będzie widoczne jednak kontur wciąż pozostanie lekko podkreślony, dając złudzenie pełniejszych warg!


Jak wspomniałam wyżej - pomadką, której aktualnie używam i w której się zakochałam to nr 107 "Lin" marki Boho Green Makeup! Szminka ta ma niecodzienny, przygaszony lecz intrygujący kolor rudawego brązu. To, co bardzo pozytywnie mnie w niej zaskoczyło to całkowicie matowe wykończenie. Podczas nakładania jest kremowa i lekko odbija światło jednak po kilku minutach zastyga dając matowy efekt. Pomadka utrzymuje się całkiem dobrze - na konturze ust oraz do ich połowy nie wymaga poprawek lub tylko lekkich, ściera się jedynie pośrodku ust i tylko w tej okolicy wymaga solidnego dołożenia koloru. Mimo, iż jest to pomadka matowa, daje bardzo delikatne uczucie nawilżenia. Nakładam ją przy pomocy pędzelka, by osiągnąć bardziej precyzyjny efekt zwłaszcza przy konturze ust jednak do poprawek aplikuję pomadkę bezpośrednio z opakowania.

Skład:
Ricinus Communis Seed Oil, Isostearic Acid, Mica, Prunus Americana Kernel Extract, Euphorbia Cerifera Wax, Hydrogenated Olive Oil Stearyl Esters, CI (77891) Titanum Dioxide, CI 77491 (Iron Oxides), Prunus Americana Kernel Oil, Limonene, CI 77492 (Iron Oxides), CI 77499 (Iron Oxides), CI 75 470 (Carmine), Citrus Grandis Peel Oil, Linalool

Link do sklepu
Cena: ok. 40 zł / 3,5 g (aktualnie na stronie jest promocja i pomadkę tę można dostać za 34.90 zł, natomiast w Złotych Tarasach pomadki Boho są aktualnie na przecenie po 30 zł!)

Jeśli zdarzy mi się wyjechać pomadką poza ustalony kontur, maskuję to miejsce przy pomocy podkładu, można także użyć korektora.

 
Pomadka Boho tuż po nałożeniu - widać lekki połysk. Po zaschnięciu pomadka tworzy matowe wykończenie co widać na kolejnych zdjęciach.

 

Osobiście jestem tak oczarowana pomadką Boho, że postanowiłam zaopatrzyć się w kolejny odcień - tym razem jest to czerwień w kolorze wina nr 309. Nie jest to jednak pomadka matowa a błyszcząca, producent opisuje ją mianem błyszczyka. Jestem po pierwszym użyciu i widzę, że ma całkiem odmienną fakturę i konsystencję. O tym, jak spisuje się przy dłuższym stosowaniu z pewnością Was poinformuję!

Swoją drogą swoją wyprawę do Warszawy udokumentowałam na instagramie- wraz z dramatycznym poszukiwaniem szafy Boho- jeśli jeszcze nie obserwujecie mnie na insta, zapraszam do nadrobienia zaległości ;) .


Jestem bardzo ciekawa, czy wykorzystujecie któreś z podanych przeze mnie trików? Czy znacie któreś z wspomnianych wyżej kosmetyków? W jaki sposób Wy malujecie usta?

Pozdrawiam serdecznie!
[451.] Aktualni Ulubieńcy- wiele nowości!

[451.] Aktualni Ulubieńcy- wiele nowości!

W dzisiejszej notce chciałabym pokazać Wam kilka kosmetyków, które zachwyciły mnie swoim działaniem- wśród tych ulubieńców znajdują się same nowe kosmetyki, które jeszcze nie gościły na blogu. Będą to kosmetyki do twarzy, ciała, włosów, także z pewnością każdy znajdzie coś interesującego dla siebie!


Zacznijmy od toniku "Juice in Motion" od Lush Botanicals- produkt zainteresował mnie głównie tym, że nie posiada w składzie substancji powierzchniowo-czynnych (myjących). Moja skóra źle reaguje na pozostawianie ich na skórze, obserwuję to też często wśród osób, które proszą mnie o pomoc w doborze pielęgnacji. Nie każda cera będzie tolerować pozostawianie na niej substancji myjących, dlatego wtedy warto skłonić się ku preparatom do tonizacji, które są ich pozbawione. Najłatwiej dostępnymi produktami są hydrolaty i jeszcze nie spotkałam gotowego toniku, bez tych składników- aż trafiłam na Lush Botanicals! 



Muszę przyznać, że ten tonik nie tylko spełnia swoją podstawową funkcję, jaką jest wyrównywanie pH skóry ale także dostarcza jej cały ogrom substancji aktywnych- mogłabym określić ten produkt jako tonik-serum, skład robi wrażenie! Kosmetyk mocno pobudza skórę do regeneracji i odnowy, także osoby o skórach wrażliwych muszą uważać, czy nie będzie wzmagał zaczerwienień i reaktywności (wtedy wystarczy stosować podobnie jak serum 1-2x w tygodniu a na co dzień wybierać delikatny produkt). Ostrożnie, jeśli jesteście uczulone na aloes- zawiera jego sporą dawkę!

Produkt jest w formie dwufazowej: faza olejowa i wodna nie są połączone, ponieważ w produkcie nie ma substancji emulgujących (działanie to wykazałyby środki powierzchniowo-czynne), dlatego przed użyciem należy go wstrząsnąć. W kosmetyku nie ma też żadnych konserwantów, dlatego zamknięty jest w szkło nieprzepuszczające promieniowania UV a także należy trzymać produkt w lodówce. Tonizacja schłodzonym produktem pomoże zmniejszyć zaczerwienienia i opuchnięcia.

INCI:
Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Prunus Armeniaca (Apricot) Kernel Oil, Citrullus Vulgaris (Watermelon) Seed Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Glycerin, Royal Jelly, Paullinia Cupana (Guarana) Seed Extract, Citrus Aurantium Amara (Orange) Fruit Extract, Citrus Grandis (Grapefruit) Seed Extract, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Seed Extract, Vitis Vinifera (Grape) Fruit Extract, Citrus Limonum (Lemon) Peel Oil, Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Sweet Orange) Peel Oil, Citrus Nobilis (Mandarin Orange) Peel Oil, Limonene

Prawdziwa bomba substancji aktywnych, dzięki czemu skóra jest mocno stymulowana do pobudzenia procesów naprawczych. Bardzo podoba mi się odpowiednio zbilansowany skład produktu: znajdziemy tutaj zarówno humektanty (aloes, glicerynę) jak i emolienty (np. olej ze słodkich migdałów, pestek winogron). Ponadto w produkcie znajdziemy egzotyczne ekstrakty jak pestki guarany czy grejpfrut oraz odżywcze mleczko pszczele (to właśnie dzięki niemu królowe pszczół żyją kilka lat a "zwykłe" robotnice tylko miesiąc! Chińscy cesarze spożywali mleczko pszczele w nadziei na długowieczność).

A za tonikiem Lush Botanicals czai się kolejny fantastyczny kosmetyk- balsam rozświetlający do ciała "White Gold" firmy Natura Siberica z serii "Blanche"!


Zapewne zauważyłyście, że Natura Siberica i Babuszka Agafia od kilku tygodni mają nową serię "Blanche"- serie te zostały wypuszczone z okazji otwarcia nowego oddziału marki - tym razem w Kopenhadze. Łączą w sobie czystość Skandynawii i moc Syberyjskiej przyrody- mnie przede wszystkim urzekły ich składy i jestem pewna, że wypróbuję więcej kosmetyków z serii "Blanche"!

Balsam zachwyca już od pierwszego spojrzenia- wiem, że opakowanie to nie jest wyznacznik atrakcyjności produktu, ale ten pojemnik jest wykonany wyjątkowo finezyjnie i był prawdziwą ozdobą łazienki. Zazwyczaj balsamy chowam do szafek, na ten aż miło było popatrzeć. Moje zdjęcia nie oddają uroku tego kosmetyku =). Drugim aspektem, który mnie oczarował, był zapach! Niesamowicie przyjemny, lekko słodki ale nie duszący, nie męczący czy powodujący mdłości przy długotrwałym stosowaniu. Zapach ten utrzymuje się na długo po aplikacji kosmetyku, uprzyjemniając pielęgnację.

A działanie!- Moje Drogie!- mocno nawilża skórę, pozostawia ją gładką i miękką a przy tym szybko się wchłania. Nie pozostawia lepkiej ani tłustej warstwy, dlatego sięgam po niego rano. Balsam posiada drobinki opalizujące, które pięknie rozświetlają skórę- nie są one duże ani wyraźne, nie ma też ich zbyt dużego stężenia, dają subtelny ale widoczny efekt. Moc połysku można intensyfikować nakładając większą ilość produktu, która także dobrze się wchłania. Jest to idealny wybór na lato!

INCI:
Aqua, Isopropyl Palmitate, Butyrospermum Parkii Butter, Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate, Panthenol, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Linoleate, Glyceryl Oleate, Glyceryl Linolenate, Tocopheryl Acetate, Colloidal Gold, Alaria Esculenta Extract, Rhodiola Rosea Root Extract, Pinus Pumila Needle Extract, Cetraria Nivalis Extract, Sorbus Sibirica Extract, Juniperus Sibirica Needle Extract, Hesperis Sibirica Extract, Agrostis Sibirica Extract, Sodium Carbomer, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Sodium Stearoyl Glutamate, Xanthan Gum, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid, Parfum, Eugenol, Limonene, Linalool, Mica, CI 77891, CI 77491, CI 19140

Po pierwszym użyciu byłam zachwycona a każda kolejna aplikacja utwierdziła mnie w przekonaniu, że ponownie sięgnę po ten kosmetyk! Skóra staje się gładka i nawilżona na długo a efekt rozświetlających drobinek na skórze niemal uzależnia!


Kolejnym kosmetykiem z serii "Blanche" Natura Siberica, który zachwycił mnie swoim działaniem był szampon regenerujący "Arctic Rose". Moje włosy są już długie i ciężkie, szukałam czegoś, czym mogłabym dodać im objętości. Wybór padł na ten szampon, ponieważ zawiera proteiny ryżu. Niestety, w składzie znajdziemy SCS (który jest średnio-drażniącym środkiem powierzchniowo-czynnym) oraz sól (w roli zagęstnika, ale może wysuszyć)- jednak miałam zamiar stosować ten szampon raz na jakiś czas, żeby nie doprowadzić do przeproteinowania.


Miałam stosować go sporadycznie a tak go pokochałam, że stosowałam do każdego mycia włosów! Szczególnie mogę go polecić dla osób mających problem z rozczesywaniem- już podczas spłukiwania produktu, zanim nałożyłam odżywkę czułam, że włosy zdecydowanie mniej się plączą. Próba rozczesania włosów potwierdziła moje przypuszczenia- szczotka sunie po nich gładko, nie ma problemów z szarpaniem kołtunów!

Po kilku pierwszych użyciach włosy zyskały objętość- były bardziej odbite od nasady, ale jednocześnie dociążone na długości, na czym najbardziej mi zależało. Jednak im dłużej stosowałam produkt, tym bardziej mnie zaskakiwał: przede wszystkim znacznie zmniejszył wypadanie włosów! 
wprawdzie nie mam problemów z ich wypadaniem, mieszczę się w przepisowej granicy 100 włosów w ciągu dnia a po każdym myciu włosów wyrzucałam ich mały kłębuszek. Im dłużej stosowałam ten szampon, tym ten efekt był mniejszy- nawet raz zdarzyło się mycie głowy, po którym nie wyrzuciłam ani jednego włoska! Znaczna różnica! 

INCI:
Aqua, Sodium Coco-Sulfate, Lauryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Panthenol, Hydrolyzed Rice Protein, Rosa Damascena Flower Water, Rubus Arcticus Fruit Extract, Stearyl Citrate, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Sodium Chloride, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Citronellol, CI 14720

Oczywiście mam rękę na pulsie i zdaję sobie sprawę, że może to być tylko chwilowy efekt, SCS może jeszcze pokazać, na co go stać! A może po prostu moja skóra głowy wymaga mocniejszego oczyszczenia? Będę stosować dalej i obserwować reakcje swojej skóry =) 


Kolejnym rosyjskim kosmetykiem, który mnie zachwycił jest rokitnikowy żel do stylizacji firmy Oblepikha Siberica! Jeśli szukacie preparatów do stylizacji, warto przyjrzeć się bliżej ofercie! Nie jest to pierwszy kosmetyk tej marki, z przyjemnością wracam do ich scrubu do skóry głowy a także sprayu utrwalającego fryzurę. 

Kosmetyki tej serii charakteryzują się bogactwem substancji aktywnych, ale też substancjami stosowanymi w profesjonalnych kosmetykach do stylizacji (jednak bez silikonów!)- to bardzo dobrze pokazuje, że silikony wcale nie są niezbędne, by uzyskać piękną fryzurę- można zastąpić je innymi półproduktami, które będą dawać porównywalny efekt.

INCI:
Aqua, Acrylates/Methacrylamide Copolymer, Cocoyl Proline, Hippophae Rhamnoides Fruit Oil, Amaranthus Caudatus Seed Oil, Cratageus Monogina Flower Water, Spiraea Ulmaria Extract, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Seed Oil, Empetrum Nigrum Fruit Juice, Pinus Pumila Needle Extract, Rhodiola Rosea Root Extract, Sorbus Sibirica Extract, Pinus Sibirica Seed Oil Polyglyceryl-6 Esters, Phospholipids, Sphingolipids, Hippophae Rhamnoidesamidopropyl Betaine, Hydrolyzed Vegetable Protein, Glyceryl Linoleate, Glyceryl Oleate, Retinyl Palmitate, Biotin, Folic Acid, Cyanocobalamin, Niacinamide, Pantothenic Acid, Pyridoxine, Ribaflavin, Thiamine, Yeast Polypeptides, Silk Amino Acids, Hydroxyethylcellulose, Hydroxypropyl Guar, Sodium Cocoyl Glutamate, Parfum, Potassium Hydroxide, Caprylhydroxamic Acid, Benzyl Alcohol, Glycerine, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Geraniol, Limonene, Linalool

Żel nakładam po umyciu włosów (wraz z zastosowaniem odżywki i biofermentu z bambusa jako zamienniku silikonowego serum). Rozcieram w dłoniach i wprasowuję najpierw w końcówki a potem na długości włosa. Pozostawiam włosy do wyschnięcia, nie stosuję suszarki a włosy są idealnie proste- u mnie efekt jest jak po prostownicy! Z pewnością popróbuję też ten produkt podczas stylizacji na ciepło, ponieważ wykazuje działanie termoochronne.



Bardzo przypadły mi do gustu także najnowsze kosmetyki od Sylveco- pasta do zębów i punktowy żel na wypryski.

Pasta ma bardzo przyjemny, ziołowo-miętowy smak. Intensywny, odświeżający oddech jednak nie daje efektu mrowienia, szczypania czy innego dyskomfortu. Podczas jej użytkowania zaobserwowałam wzmocnienie dziąseł, nie krwawią podczas szczotkowania. Jeśli szukacie pasty o naturalnym składzie, zwracacie uwagę na brak fluoru, warto wypróbować!
Nie obawiajcie się jej koloru- jest w szarym kolorze, który wynika z zawartości ziół. Nie wpływa on na kolor zębów =). 

Wypróbowałam tę pastę także w połączeniu z węglem aktywnym (zawartość dwóch tabletek węgla aktywnego zmieszałam z powyższą pastą w ilości ok. łyżki stołowej). Mieszanka wystarczyła na ok. tydzień stosowania, zauważyłam delikatne rozjaśnienie szkliwa, z pewnością eksperyment będę powtarzać!

INCI:
Aqua, Glycerin, Alumina Silicate, Sorbitol, Xylitol, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Benzoate, Mentha Piperita Leaf Extract, Salvia Officinalis Leaf Extract, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Eugenia Caryophyllus Flower Extract, Mentha Piperita Oil, Hydroxyethylocellulose, Allantoin, Sodium Bicarbonate, Eucalyptus Globulus Leaf Oil

Natomiast żel punktowy na wypryski pokochałam już wtedy, gdy był w fazie testów! Mam go zawsze przy sobie- w pracy, na wyjazdach, w mieszkaniu. Gdy tylko czuję, że niechciany wyprysk pojawia się na twarzy, smaruję miejsce preparatem a przykry gość - w większości przypadków- nie pojawia się! W przypadku bardziej zaciekłych niedoskonałości szybciej się goją i nie są aż tak okazałe, jak gdybym nie zastosowała żelu. 

Żelem tym traktuję nie tylko wypryski ale także... miejsca ukąszeń komarów! Ukąszenie bardzo szybko przestaje swędzieć, nie staje się czerwone, nie rośnie. Szybko się goi i znika!

Mimo, że produkt jest malutki, wystarcza na bardzo długo: żelowa formuła jest bardzo wydajna i wystarczy odrobina (dosłownie: ilość główki od szpilki!) by nanieść na wyprysk/ukąszenie. Szczerze polecam!

INCI:
Aqua, Melaleuca Alternifolia Leaf Oil, Glycerin, Hydroxyethylocellulose, Propanediol, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Panthenol, Allantoin, Decyl Glucoside



Jestem ciekawa, czy znacie któreś z powyższych kosmetyków? Jak spisują się one u Was?

A może zaciekawiłam Was którymś ulubieńcem? Koniecznie dajcie znać!

Pozdrawiam =)


[371.] Higiena jamy ustnej- kwestia fluoru, doboru szczoteczki oraz ... mały rabat dla Czytelników!

[371.] Higiena jamy ustnej- kwestia fluoru, doboru szczoteczki oraz ... mały rabat dla Czytelników!



Jakiś czas temu pisałam Wam o pielęgnacji ust- chciałam szczególnie zwrócić uwagę na fakt, że każdy kosmetyk, który nakładamy na usta, zostaje przez nas w większości zjedzony. Dlatego bardzo ważny jest bezpieczny skład pomadek i balsamów do ust. Dziś pójdziemy krok dalej- zajmiemy się higieną jamy ustnej.

Zachęcam do szczególnego zwracania uwagi na składy INCI produktów do higieny jamy ustnej- mają one styczność z błonami śluzowymi, przez które substancje szybko przenikają do krwioobiegu. Dodatkowo nigdy nie mamy pewności, że zastosowany przez nas kosmetyk został całkowicie wypłukany. Pasta do zębów i płyn do płukania ust to produkty, które powinny mieć wyjątkowo bezpieczne składy, które nie zaszkodzą nie tylko błonom śluzowym ale również całemu organizmowi, w przypadku połknięcia.

Niestety, patrząc na tę grupę kosmetyków często chwytam się za głowę: często w składzie znajdziemy SLS lub SLES, glikole, PEGi czy etanol… Dziś chciałabym pokazać Wam kilka kosmetyków, które zapewnią nam kompleksową pielęgnację jamy ustnej a przy tym posiadają bezpieczne składy.


Aktualnie bardzo przypadła mi do gustu pasta wybielająca z węglem drzewnym EcoDenta. Próbowałam już chyba wszystkich dostępnych past wybielających- zarówno drogeryjnych jak i aptecznych- i dopiero ta dała zauważalne efekty, dlatego serdecznie Wam ją polecam!


Skład przedstawia się bardzo ciekawie:
Glycerin, Aqua, Hydrated Silica, Sorbitol, Sodium Pyrophosphate, Sodium Cocoyl Glutamate, Aroma, Epigallocatechin Gallate, Xanthan Gum, Mentha Piperita (Peppermint) Oil, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Sodium Saccharin, Cl 77266, Cl 77499


W składzie mamy dużo substancji pielęgnujących, jak: glicerynę, krzem czy olejek miętowy. Bardzo ciekawą substancją jest galusan epigallokatechiny- substancja pozyskiwana z zielonej herbaty bezkofeinowej wykazująca bardzo silne właściwości przeciwutleniające, silniejsze niż witamina C czy E- chroni przed kamieniem nazębnym oraz działa bakteriobójczo. W składzie znajdziemy dwie substancje myjące o średniej sile, dwa konserwanty dopuszczone do stosowania w kosmetykach naturalnych przez COSMOS oraz dwa pigmenty: czerń węglową oraz czarny tlenek żelaza. Jedyną substancją, która budzi wątpliwości jest fenoksyetanol- jest to substancja bardzo dobrze konserwująca, jednak od niedawna stosowana w kosmetykach, nie wiadomo, czy wykazuje szkodliwe właściwości.


Do wypróbowania pasty zachęcił mnie kolor- czarna pasta, która miała działać wybielająco? Musiałam to zobaczyć! Dodatkowo w drogerii usłyszałam historię o tym, ze pasta zostawia osad na zębach. Zapowiadało się dużo śmiechu podczas szczotkowania =). Na szczęście pasta bez trudu wypłukuje się z ust przy użyciu wody, nie pozostawia osadu. Już po kilku tygodniach zauważyłam wybielenie szkliwa. Pasta jest delikatna, nie podrażnia, nie powoduje krwawienia z dziąseł. 

Jednak to, co najbardziej przykuło moją uwagę w tej paście to brak fluoru- od niedawna coraz częściej mówi się o szkodliwości fluoru, że jest to związek silnie toksyczny, trujący. Faktem jest, że fluoru potrzebujemy w ilościach śladowych, a znajdziemy go m. in. w pożywieniu oraz wodzie. Rozmawiając z kilkoma stomatologami (niezależnymi od siebie) uzyskałam informację, że dawka śmiertelna fluoru wynosi 15 mg na 1kg masy ciała a więc przeciętny Kowalski musiałby zjeść 13 tubek pasty na raz. Badania naukowe potwierdzają skuteczność fluoru we wzmacnianiu szkliwa a odkąd w szkołach nie prowadzi się fluoryzacji, stomatolodzy obserwują pogorszenie stanu uzębienia u najmłodszych. Zwolennicy teorii toksyczności fluoru zarzucają stomatologom lobby oraz działania marketingowe, jako, że stomatolodzy utrzymują się z chorych zębów a fluor w wysokich dawkach osłabia szkliwo. Niestety, w Polsce nie ma możliwości wykonania badań określających poziom fluoru w organizmie, dlatego nie wiemy, czy dodatkowa porcja fluoru rzeczywiście jest nam potrzebna. Badania naukowe mówią same za siebie, nie mniej jednak nigdy nie można ślepo w nie wierzyć- czasem zdarzają się pomyłki, źle opracowane wnioski, które są powtarzane przez lata i urastają do rangi mitu. 


Staram się zachować zdrowy rozsądek- naprzemiennie stosuję pasty zarówno z fluorem jak i bez. Na chwilę obecną pasta EcoDenta jest moją ulubioną w kwestii past bez fluoru. Natomiast pastą drogeryjną, z fluorem o dobrym składzie jest… Elmex!
 

Sklad: Aqua, Hydrated Silica, Sorbitol, Hydroxyethylcellulose, Olaflur, Aroma, Titanium Dioxide, Saccharin


Skład jest krótki i przyjemny- krzem zapewnia delikatne właściwości oczyszczające, sorbitol i sacharyna odpowiada za przyjemny smak. W składzie znajdziemy aminofluorek, który jest organiczną postacią fluoru- tutaj kolejny ukłon w stronę naturalności. Dodatkowo aminofluorek to najskuteczniejsza forma wzmacniania szkliwa.




Czy wybór przyboru do mycia zębów ma znaczenie?

Aktualnie największym uznaniem cieszą się szczoteczki elektryczne, jednak ile stomatologów- tyle teorii. Mój stomatolog jest całkowitym przeciwnikiem szczoteczek do zębów, zarówno elektrycznych jak i klasycznych. Poleca tylko i wyłącznie nić dentystyczną i płyny do płukania jamy ustnej.
 


Moim hitem jest szczoteczka EcoBamboo – przybory te zmieniam co 2 tygodnie, a biorąc pod uwagę ilość zużytych szczoteczek w ciągu roku (czy nawet całego życia), wychodzi spora ilość. Plastikowe szczoteczki nie są ekologiczne, bardzo powoli się rozkładają, nie są to materiały wielorazowego użytku. Dlatego wybór drewnianej szczoteczki będzie przyjaznym dla środowiska. Sama drewniana rączka przykuwa uwagę, jednak również doceniłam wyprofilowanie jej włókien - nie drażnią dziąseł, nie powodują krwawienia a przy tym dokładnie oczyszczają zęby.


W przypadku płynu do płukania ust zapewne Was nie zaskoczę- tutaj sięgam po Sylveco. Nie posiada w składzie etanolu, dlatego nie szczypie ani nie piecze jamy ustnej. Ma w sobie ksylitol, miętę, rozmaryn, goździki i szałwię, dlatego wzmacnia szkliwo, odświeża oddech oraz pomaga goić urazy w jamie ustnej.


Aqua, Glycerin, Sodium bicarbonate, Xylitol, Salvia Officinalis (Sage) Leaf Extract, Mentha Piperita Leaf Extract, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Eugenia Caryophyllus Flower Extract, Allantoin, Sodium Benzoate, Citric Acid, Cocamidopropyl Betaine, Mentha Piperita Oil


Skład jak widać, bogaty w substancje pielęgnujące, dodatkowo znajdziemy w nim jeden konserwant, dopuszczony do stosowania w kosmetykach naturalnych oraz dwie substancje myjące: o średniej sile oraz łagodną.  W przypadku połknięcia takiego płynu możemy być spokojni, bez szkody dla organizmu zostanie zdetoksykowany.
 

A teraz coś miłego dla Was!! 


Większość wymienionych wyżej produktów (i nie tylko!) znajdziecie w sklepie internetowym NaturaBazar.pl – wraz ze sklepem przygotowaliśmy rabat dla czytelników bloga! Przy składaniu zamówienia na hasło „kosmetologianaturalnie71B551” a otrzymacie -10% rabatu! W sklepie znajdziecie ciekawe i mało znane kosmetyki oraz suplementy diety. Warto rzucić okiem na asortyment =)



Pozdrawiam,



Copyright © 2018 kosmetologia-naturalnie.pl