[462.] SLS i SLES- wszystko co powinnyście wiedzieć!

[462.] SLS i SLES- wszystko co powinnyście wiedzieć!

Temat SLS i SLES był na blogu już poruszany, jednak chciałabym uaktualnić ten wpis i zebrać wszystkie informacje w jednym miejscu. Artykuł ten będzie szczególnie pomocny dla nowych Czytelników a także członków grupy facebookowej "Kosmetologia Naturalnie" - jeśli do niej nie należycie, serdecznie zapraszam!

Sodium Lauryl Sulfate (SLS) i Sodium Laureth Sulfate (SLES) to substancje myjące, a dokładnie: anionowe środki powierzchniowo-czynne (jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o rodzajach substancji myjących i ich wpływie na skórę, zerknij do porównania). Odpowiadają nie tylko za właściwości myjące kosmetyku, ale także jego pienienie się. Obie substancje są bardzo podobne i można przypisać im kilka wspólnych cech, jednak posiadają też kilka różnic- dlatego też wrzucanie SLS i SLES do jednego worka nie zawsze jest trafne. Dziś chciałabym opowiedzieć Wam więcej o obu substancjach!



1. SLS może być stosowany w kosmetykach naturalnych, ale...
... jest substancją o silnie drażniących właściwościach (więcej na ten temat w linku podanym w poprzednim akapicie i na poniższej rycynie). Wymywa lipidy z bariery ochronnej naskórka, co prowadzi do naruszenia bariery hydrolipidowej a tym samym wzmożenia uciekania wody i w konsekwencji odwodnienia cery. Takie działanie zwłaszcza w przypadku młodych cer, prowadzi do aktywizacji pracy gruczołów łojowych i rozregulowania ich pracy: jest to reakcja obronna skóry na czynnik drażniący, próbuje ona odbudować płaszczy hydrolipidowy i zapobiec ucieczce wody z naskórka a jednocześnie wytworzyć bardziej szczelną barierę, która będzie w stanie ochronić skórę przed kolejnym, zbyt mocno oczyszczającym czynnikiem. Niestety, SLS jest w stanie naruszyć barierę hydrolipidową nawet tłustych cer, dlatego jego stosowanie przyczynia się do nasilenia problemu łojotoku, któremu będzie towarzyszyć wzmożenie niedoskonałości jak trądzik, czy zaskórniki.

Dlaczego może być stosowany w kosmetykach naturalnych? Ponieważ jest otrzymywany z kwasu laurynowego pozyskiwanego z oleju kokosowego. Jego otrzymywanie nie szkodzi środowisku a sam SLS jest biodegradowalny. Jednak ze względu na jego agresywne właściwości oczyszczające, odradzam jego stosowanie.



Tabela z publikacji "Clariant Mild Surfactant" - widzimy, że SLS jest o wiele mocniej myjącą substancją niż SLES.


2.  SLES jest łagodniejszym preparatem myjącym, ale...
.... przy jego produkcji wykorzystywany jest proces oksyetylenowania. Proces ten polega na wprowadzeniu do SLSu cząsteczek tlenku etylenu, w wyniku którego tworzy się SLES. Spójrzcie na powyższy wykres- jeśli do produkcji SLESu zostały dołączone tylko 2 mole tlenku etylenu na cząsteczkę SLESu (SLES + 2 EO), wykazywał on działanie średnio-drażniące a gdy zostały dołączone 3 mole tlenku etylenu na cząsteczkę SLESu (SLES + 3 EO)- nie wykazywał działania drażniącego.

Sam tlenek etylenu nie jest szkodliwy, natomiast podczas przeprowadzania reakcji może dojść do jego przekształcenia w dioksan- a ten gaz działa drażniąco, toksycznie a nawet ma udowodnione działanie kancerogenne przez co nie jest dopuszczony do stosowania w żadnych kosmetykach dostępnych na terenie UE. Warto zaznaczyć, że nie jest dopuszczony jako samodzielny surowiec, jednak może pojawić się jako skutek uboczny oksyetylenowania w ilościach śladowych.

Zdania osób zajmujących się produkcją i badaniem kosmetyków są podzielone- część z nich odradza sięganie po substancje oksyetylenowane ze względu na udowodnioną szkodliwość, natomiast inni wskazują na możliwość zmiany konsystencji produktu, gdyby dioksan uwalniał się z preparatu, dzięki czemu od razu zorientujemy się, że preparat nie powinien być użytkowany. Często wskazują oni na niewielkie stężenie tlenku etylenu wykorzystane w produkcji surowca, natomiast przeciwnicy oponują, że niemożliwym jest całkowite usunięcie dioksanu z kosmetyku i problem toksyczności dotyczy nawet jego niewielkich dawek.


Przejmować się dioksanem, czy też nie? Osobiście odradzam sięganie po kosmetyki, które mają substancje oksyetylenowane, ponieważ stawiam na prewencję. Łatwiej jest zapobiegać i unikać pewnych substancji niż później próbować cofać skutki ich działania. Aktualnie znajdziemy głosy zarówno "za" jak i "przeciw" SLES dlatego podejrzewam, że jednoznaczne stwierdzenie, czy substancja ta jest bezpieczna czy też nie, będzie możliwe dopiero w przyszłości, wraz z wykonaniem szeregu odpowiednich badań.

To, co warto zapamiętać- SLES jest substancją znacznie mniej drażniącą "samą w sobie" niż SLS, jednak szkodliwa jest pochodna reakcji jego otrzymywania- dioksan, którą SLES może być zanieczyszczony. Wraz ze wzrostem ilości tlenku etylenu użytego w syntezie SLES spada jego potencjał drażniący "sam w sobie" ale wzrasta ryzyko zanieczyszczenia dioksanem. Ponadto wybierając kosmetyk z SLES nie mamy pewności, ile zawiera tlenku etylenu na mol. Podejrzewam (ale są to tylko moje przypuszczenia!), że preparaty do higieny intymnej czy dla niemowląt oparte o SLES zawierają "delikatniejsze", czyli bardziej oksyetylenowane cząsteczki SLESu. Substancje oksyetylenowane nie są dopuszczone do stosowania w kosmetykach naturalnych!


3. Zaburzanie pH- czy aby na pewno?

I tutaj mój błąd!- przyznaję się i chciałabym sprostować!- w notce, którą napisałam dwa lata temu "SLS i SLES- o co tyle krzyku?" wskazywałam na zaburzanie pH skóry przez obie substancje, ponieważ zawierają w składzie sód (Sodium). I tutaj kij ma dwa końce- to prawda, że obie substancje podnoszą pH produktu, jednak po to w kosmetykach wykorzystywane są regulatory pH, żeby obniżyć pH preparatu do odpowiedniego poziomu. Najczęściej wykorzystywanymi substancjami obniżającymi pH kosmetyku są kwasy: najczęściej wykorzystywanym jest mlekowy, ponieważ jest to substancja naturalnie występująca w naszej skórze, ale często można też spotkać kwas cytrynowy, fitowy i inne. Problem zaburzania pH przez substancje myjące dotyczy także amfoterycznych substancji myjących (jak np. betaina kokamidopropylowa) czy niejonowych (glukozydy)- dlatego do kosmetyków w których występują, również dodaje się kwasy w celu obniżenia pH.

Jedynym produktem myjącym, podczas którego produkcji nie obniża się pH, jest mydło w kostce i dlatego bardzo mocno odradzam te kosmetyki. Zaburzanie pH nie przynosi nic dobrego! Nie tylko sprzyja wysuszaniu skóry ale też sprzyja rozwojowi patologicznej flory bakteryjnej a nawet uniemożliwia prawidłową syntezę ceramidów naskórka! Więcej o mydłach w artykule im poświęconym.


4. SLS pod postacią SCS (Sodium Coco-Sulfate)

SCS został okrzyknięty "Naturalnym SLSem", i w tym stwierdzeniu kryje się sporo prawdy. SCS jest pozyskiwany w podobny sposób jak SLS, dlatego tak samo jak i on, jest dopuszczony do stosowania w kosmetykach naturalnych. Różnica polega na tym, że do produkcji SLS wykorzystywany jest sam kwas laurynowy z oleju kokosowego a do produkcji SCS wykorzystywana jest cała frakcja olejowa kokosa.

Jednak kwas laurynowy stanowi aż 70% frakcji olejowej kokosa! SCS jest niejednorodną substancją, podczas jego syntezy wytwarzane jest kilka związków (w tym także SLS, który może stanowić go 70%, tak jak ilość kwasu laurynowego z użytej frakcji olejowej kokosa). Dlatego jeśli producent deklaruje na opakowaniu, że produkt nie zawiera SLS a w składzie widzimy SCS, to deklaracja ta jest grubymi nićmi szyta. Oczywiście tolerancja skóry na tę substancję jest kwestią indywidualną- swoje doświadczenia opisywałam Wam niedawno w osobnym artykule.


5. SLS i SLES - moje doświadczenia

Oczywiście jak wyżej- kwestia tolerancji skóry jest indywidualna i każdy może zareagować na SLS i SLES inaczej. Osobiście odradzam ich stosowanie ze względu na wysoki potencjał drażniący- a szukając preparatów dla problematycznych cer warto sięgać po te najbezpieczniejsze, by niwelować ryzyko przypadkowego pogorszenia stanu cery.

Moją skórę (zwłaszcza na ciele) zawsze mogłam określić jako odporną i dobrze nawilżoną- nigdy nie miałam problemów z jej wysuszeniem, rogowaceniem, podrażnieniami. Wszelkie ranki i zadrapania szybko się goiły oraz znikały bez pozostawiania śladu. Jednak nawet na tak bezproblemowej skórze, odstawienie SLS i SLES przyniosło zaskakujące i pozytywne rezultaty: okazało się, że skóra może być w jeszcze lepszej kondycji!

Efekty, jakie zaobserwowałam:
- Pozbyłam się problemu trądziku,
- Skóra stała się jeszcze lepiej nawilżona- podczas sięgania po produkty z SLS czy SLES w okresie zimowym zdarzało się drobnopłatkowe złuszczanie na łydkach, jednak znikało po aplikacji balsamu, po który i tak sięgałam co kilka dni a nie po każdej kąpieli. Aktualnie nie stosuję SLS i SLES a moja skóra w ogóle nie wymaga aplikacji balsamu (tj. nie pojawia się drobnopłatkowe złuszczanie ani inne zmiany wskazujące na jej odwodnienie),
- Pozbyłam się problemu rogowaciejącej skóry na piętach,
- Poprawa stanu skóry dłoni, brak odstających skórek przy paznokciach a także wzmocnienie samych paznokci,
- Zmniejszenie wypadania włosów oraz przetłuszczania skóry głowy,
- Trwała likwidacja łupieżu oraz świądu skóry głowy.

Więcej o tym, jakie efekty zaobserwowałam po odstawieniu SLS i SLES


Jestem bardzo ciekawa jakie Wy zaobserwowałyście zmiany po zmianie kosmetyków myjących! Dajcie znać, czy odstawiłyście SLS i SLES całkowicie, czy może zdarza Wam się po nie sięgać?

Pozdrawiam serdecznie!


[461.] Pełna gama kolorystyczna podkładów Ecolore!

[461.] Pełna gama kolorystyczna podkładów Ecolore!


W związku z tym, że na stronie pojawiało się dużo postów dotyczących sposobów aplikacji oraz użytkowania podkładów mineralnych, bardzo często padało pytanie o doradzenie odcienia podkładu. Żeby ułatwić Wam dobór, zaprezentuję Wam wszystkie odcienie podkładu "Velvet Soft Touch" od Ecolore!

Na powyższej tabeli możecie zobaczyć, jak kolory odróżniają się od siebie. To, co mi osobiście bardzo przypadło do gustu to intuicyjny dobór nazw linii do odcieni skóry, dlatego też:
- "Golden" - to linia dla ciepłych karnacji o złocistym lub żółtym tonie,
- "Warm" - również jest linią dla ciepłych karnacji, ale o brzoskwiniowym/beżowym tonie,
- "Nude" - jest linią neutralną- dla osób, które nie wyróżniają się ani wyraźnie ciepłym, ani wyraźnie chłodnym tonem karnacji,
- "Olive" - to także linia dla ciepłych karnacji jednak z dominacją oliwkowych tonów,
- "Cool" - linia dla osób o chłodnej karnacji, w której dominują różowe tony.

Ecolore ma największą gamę kolorystyczną podkładów mineralnych, dlatego każdy jest w stanie znaleźć idealny odcień! 


Najjaśniejsze odcienie- a w szczególności ten z linii "Cool" są dla osób o bardzo jasnych, niemal białych karnacjach- zwróćcie uwagę, że "Cool 0" jest niemal biały i ledwie odznacza się od białej kartki. Dlatego żeby lepiej pokazać Wam różnicę tych odcieni pomiędzy sobą, wykonałam swatche.


Zanim zdecydujecie się na pełnowymiarowy produkt, warto zdecydować się na próbki- jeśli nie umiecie określić, jaki macie ton cery, polecam spróbować wersję "Nude" w wybranym odcieniu- dzięki niej najłatwiej będzie Wam określić, jakiego odcienia brakuje cerze- tonów żółtych, różowych, oliwkowych, czy może brzoskwiniowych? Oprócz próbki z linii "Nude" przetestujcie też 1-2 inne, każdą z innej linii, które uważacie, że najlepiej stopiłyby się z Waszą cerą.


To, co bardzo mi się podoba w tych podkładach, to że kolorystyka oscyluje wokół ciepłych tonów z domieszkami dominujących pigmentów jak żółty, brzoskwiniowy czy oliwkowy- zdecydowana większość Polek ma ciepły odcień skóry. Nie dziwi mnie ani trochę taki wybór odcieni przez producenta- w końcu Ecolore to polska marka!


Swatche na ręce nie zawsze oddają to, jak podkład będzie współgrał z cerą, dlatego pamiętajcie, żeby kolor zawsze sprawdzać na twarzy! Wg powyższych swatchów zapewne dobrałabym dla siebie podkład z linii "Warm" lub "Nude" a w rzeczywistości ideałem jest "Golden"- myślę, że winowajcą jest moja reaktywna skóra, która spod złotego odcienia, najmniej ujawnia rumień.


Zabawne było także, gdy podczas początków przygody z podkładami mineralnymi przekonałam się na własne oczy, że moja cera ma żółte tony- było to ok. 3 lata temu. Koleżanka pożyczyła mi zestaw próbek podkładów mineralnych i wersja z żółtymi odcieniami sprawiła, że określiłam go jako "żółteczko". Nałożyłam go na twarz bardziej w ramach wygłupów, niż żebym faktycznie uważała, że będzie dobrze współgrał z moją cerą i szczerze się zdziwiłam- okazało się, że idealnie stapia się z cerą i od tamtego czasu poluję tylko na złote/żółte odcienie. I dopiero od tamtej pory podkład na mojej twarzy przestał być zauważalny!


Moim pierwszym podkładem z Ecolore był odcień "Warm 2" i ten brzoskwiniowy odcień nie był zły, chociaż wiedziałam, że jednak żółty byłby lepszy. Dlatego od tamtej pory jest ze mną "Golden 2" i to mój ideał!


Podkłady Ecolore cenię za wyjątkową konsystencję- ją bardzo miałkie, dobrze zmielone, co ułatwia ich aplikację a także zapewnia mocne krycie bez efektu maski. Podkłady te świetnie stapiają się z cerą i prezentują bardzo naturalnie. Oczywiście mają w 100% bezpieczne składy INCI i zapewniają ochronę SPF 10, dlatego serdecznie je polecam!

Napiszcie mi koniecznie, czy znacie podkłady Ecolore? Na który odcień zdecydowałybyście się?
Pozdrawiam serdecznie!

[460.] Dwie propozycje makijażu z odrobiną butelkowej zieleni!

[460.] Dwie propozycje makijażu z odrobiną butelkowej zieleni!

W mojej kosmetyczce znalazło się troszkę nowości, dlatego postanowiłam Wam pokazać dwa makijaże z użyciem nowych kosmetyków- pierwszy jest banalnie prosty, drugi mocniejszy i ciut bardziej skomplikowany. Chociaż do mistrzyń makijażu jest mi daleko, wykonałam też krótkie tutoriale- a nóż któraś z Was postanowi odtworzyć makijaż i zdjęcia okażą się pomocne!

Pierwszy makijaż miałyście okazję zobaczyć już podczas wpisu Oswajamy Minerały!- który dotyczył stosowania i aplikacji podkładów mineralnych w formie sypkiej. To prosty a efektowny makijaż- najbardziej lubię w nim to, że mogę przemycić do makijażu oka szalone, czasem odważne czy papuzie kolory, bez przesadnego efektu. Wystarczy, że cały makijaż oka pozostanie w stonowanej tonacji a element kolorystyczny umieścimy na dolnej powiece:


1. Na całą górną powiekę nałożyłam podkład a załamanie i dolną powiekę zaznaczyłam brązowym cieniem.
2. Intensyfikuję cień w załamaniu powieki, dokładając jego kolejną warstwę.
3. Rysuję kreskę eyelinerem, tuszuję rzęsy a na dolną powiekę nakładam kolorowy cień.

  
Ten piękny, butelkowy odcień zieleni to cień w kredce marki Felicea nr 56- produkt ma kremową konsystencję, co znacznie ułatwia jego aplikację zarówno przy pomocy pędzelka jak i bezpośrednio na powiekę. Na ten cień w kredce zwróciłam uwagę ze względu na ciekawy kolor- faktycznie zielenie pasują rudzielcom!

Jako eyelinera, użyłam ulubionego Boho Green Makeup. Natomiast najbardziej uniwersalnym kosmetykiem tego makijażu jest cień Chococholic nr 015 od Ecolore- z jego pomocą wykonałam cieniowanie powieki, ale też wyrysowałam brwi i wykonturowałam policzki!


Natomiast drugi makijaż jest już w wersji wieczorowej- chciałam postawić na turkusowo-czarne smoky eye, ale poniosła mnie fantazja i wykonałam niewielkie zdobienie z pomocą eyelinera. Przy takim mocnym makijażu cień w kredce od Felicea bardzo dobrze się spisuje, nie rozmazuje się ani nie znika. Sam odcień zieleni uważam za bardzo elegancki- nie jest przesadzony ani krzykliwy a z jego pomocą jesteśmy wstanie ciekawie urozmaicić efekt końcowy.



1. Chcąc, by makijaż był precyzyjny, rysuję kredką linię granicy cieni.
2. Nakładam kredkę na zewnętrzną część powieki i rozcieram palcem po czym nakładam na nią czarny cień i rozcieram jego granicę z użyciem brązu.
3. Dolną powiekę także podkreślam przy pomocy brązu i czerni.
4. W wewnętrznym kąciku nakładam butelkową zieleń, dodaję kreskę eyelinerem, obrysowuję linię wodną kredką oraz tuszuję rzęsy.


Jeśli planuję wykonać smoky eye, zaczynam właśnie od makijażu oka a dopiero następnie przechodzę do makijażu twarzy. W obu makijażach użyłam bazy Neve Cosmetics w wersji rozświetlającej oraz podkładu Ecolore, które są moimi ulubieńcami od dłuższego czasu! Konturowanie twarzy oraz podkreślenie brwi także wykonałam przy pomocy cienia "Chococholic" nr 015 z Ecolore a jako rozświetlacza użyłam nowości- Earthnicity!


Chociaż producent deklaruje produkt jako puder wykończeniowy, mi bardzo spodobał się w wersji rozświetlacza - daje wyraźny ale nieprzesadzony efekt jeśli zdarzy się, że nałożę zbyt dużo produktu, nie tworzy plam i bez trudu się rozciera. Po aplikacji na twarzy nie widać żadnych drobinek a efekt tafli. Jeśli chcę spotęgować jego działanie np. wykonując zdjęcia, nanoszę go najpierw zwilżoną gąbeczką a dopiero potem intensyfikuję efekt pędzlem.

Natomiast przy tak mocnym makijażu oka usta powinny zostać stonowane- i w przypadku drugiego makijażu postawiłam na neutralny odcień pomadki- Felicea w odcieniu 24 "Szary Róż"


Kolor ten pięknie dopełnia całość makijażu! Pomadka ma satynowe wykończenie, nie posiada brokatowych drobinek i prezentuje się bardzo elegancko. Na targach EkoCuda dowiedziałam się od przedstawicielki marki, że jest to ich najbardziej popularny kolor pomadki i ja również jestem nim oczarowana!

Natomiast jeśli wolicie matowe wykończenia pomadek, to koniecznie sprawdźcie, jak wyglądają na ustach konturówki od Felicea!



Jestem ciekawa, czy znacie te produkty i jak spisują się one u Was? A może zainteresowałam Was którymś?

Pozdrawiam serdecznie!

[459.] "Naturalny SLS": Sodium Coco- Sulfate

[459.] "Naturalny SLS": Sodium Coco- Sulfate


Sodium Coco-Sulfate (SCS) został nazwany "naturalnym SLSem"- dziś chciałabym Wam opowiedzieć o nim troszkę więcej. Przede wszystkim, dlaczego nazywany jest w powyższy sposób i czy jest to negatywne czy pozytywne określenie? W jaki sposób działa na skórę i dlaczego wykorzystywany jest w kosmetykach?

Pamiętacie post, w którym pokazywałam Wam bardzo dużo kosmetyków zakupionych na Ukrainie? Wśród nich znalazło się dość dużo produktów z SCS- postanowiłam więc tak ułożyć plan pielęgnacji, by przez kilka tygodni sięgać po produkty do mycia ciała i szampony właśnie z SCS. Odkąd stosuję naturalne kosmetyki zdarzało mi się sięgać po produkty z SCS, nigdy jednak nie było to systematyczne stosowanie i po zużyciu opakowania, wracałam do produktów bez tychże środków myjących. Stosowanie produktów z SCS ciągiem dało ciekawe efekty i o tym również Wam opowiem.

Zacznijmy od początku- Sodium Coco-Sulfate to środek myjący a dokładnie anionowy związek powierzchniowo-czynny. Bardzo istotne jest to, iż jest "anionowy"- oznacza to, że posiada ładunek i może wchodzić w pewne interakcje z innymi związkami. Oprócz anionowych środków powierzchniowo czynnych wyróżnia się także niejonowe (czyli nie posiadające ładunku) oraz amfoteryczne (mogące przyjmować właściwości anionowych jak i kationowych środków powierzchniowo-czynnych, w zależności od pH preparatu, w jakim się znajdują). 

Bardzo uogólniając, można przyjąć, że anionowe środki powierzchniowo-czynne (do których należą SLS i SLES, o których wiadomo, że należy unikać w kosmetykach, ale także SCS) są mocnymi środkami myjącymi i mogą doprowadzać do podrażnień, natomiast amfoteryczne i niejonowe są delikatne oraz bezpieczne. Oczywiście wśród środków anionowych jest kilka wyjątków, które są niemal tak delikatne jak niejonowe glukozydy czy amfoteryczna betaina kokamidopropylowa i jeśli chcecie zgłębić ten temat bardziej, odsyłam do wpisu o porównaniu środków powierzchniowo-czynnych stosowanych w kosmetykach.

Jednak w badaniu, na którym się opierałam pisząc powyższy post, nie było wzmianki o SCS a jest to bardzo częsty składnik kosmetyków myjących, zwłaszcza szamponów (i to nie bez powodu!). Z pomocą p. Tomasza Bujaka (któremu z tego miejsca serdecznie dziękuję!) udało mi się zgłębić temat!

Tak na prawdę SCS to niejednorodna substancja myjąca- możemy ją sobie wyobrazić jako mieszankę różnych substancji, z czego aż 70% może być SLSem! Dlaczego? Zarówno SCS jak i SLS jest pozyskiwany w bardzo podobny sposób, obie substancje pochodzą z oleju kokosowego, jedyną różnicą jest to, że SLS pozyskiwany jest z samego kwasu laurynowego (jeden z kwasów tłuszczowych frakcji olejowej kokosa) a SCS z całej tej frakcji, w skład której oprócz kwasu laurynowego, wchodzą jeszcze: mirystynowy, palmitynowy, kaprylowy, kapronowy, stearynowy, oleinowy, linolowy. Kwas laurynowy stanowi około 70% oleju kokosowego, dlatego podczas produkcji tworzy się SLS i kilka innych substancji, które łącznie nazywa się SCS. Rozumiecie więc, dlaczego określenie "naturalny SLS" jest tak bardzo trafne...

SLS wykazuje właściwości silnie drażniące skórę, podejrzewam więc, że SCS jest równie silną substancją myjącą, chociaż nie aż w takim stopniu. Uważam, że różnica pomiędzy potencjałem drażniącym obu substancji jest niewielka ale na korzyść SCS. 

Dlaczego więc SCS jest tak chętnie wykorzystywany w kosmetykach naturalnych?
- jest surowcem tanim, chociaż nie aż tak jak SLS ze względu na tę marketingową "naturalność"- mimo to, jest i tak tańszy niż inne anionowe związki powierzchniowo-czynne,
- jest dopuszczony przez Ecocert- zarówno SCS jak i SLS są biodegradowalne i pozyskiwane z naturalnych surowców. Odmienna sytuacja tyczy się SLES, ale o tym opowiem Wam innym razem,
- bardzo łatwo daje się zagęścić przy pomocy soli- ta właściwość dotyczy większości anionowych środków myjących, ale nie wszystkich. Dlatego bardzo często w składzie produktu oprócz SCS znajdziemy sól. Jest ona dodawana w niewielkiej ilości i już wtedy jest w stanie zagęścić kosmetyk, jednak może dodatkowo potęgować działanie wysuszające skórę zwłaszcza, jeśli produkt jest stosowany systematycznie,
- anionowe związki powierzchniowo-czynne umożliwiają stworzenie szamponów ułatwiających rozczesywanie. Jak?

Wyżej wspomniałam Wam, że anionowe związki powierzchniowo-czynne mogą wchodzić w pewne interakcje. Dokładnie tworzą kompleksy w połączeniu z kationowymi związkami powierzchniowo-czynnymi. Chociaż ich nazwa brzmi podobnie, są to gumy i wykazują całkiem odmienne działanie- nie mają właściwości myjących, działają wygładzająco, antystatyczne. Ułatwiają rozczesywanie włosów, sprawiają, że skóra staje się przyjemnie gładka. Same gumy są w stanie znacznie wygładzić włosy, jednak kompleks wytworzony w połączeniu związków anionowych i kationowych daje nieporównywalnie lepsze efekty w ułatwianiu rozczesania włosów.


To właśnie te kompleksy sprawiają, że włosy już podczas mycia są bardziej śliskie i sypkie a nie jak błędnie sądzi wiele osób- silikony. One delikatnie potęgują ten efekt, jednak nie mają aż tak wielkiego znaczenia, jakie często im się przypisuje- szampon bez silikonów, ale za to z anionowymi i kationowymi substancjami powierzchniowo-czynnymi umożliwi bezproblemowe rozczesanie włosów nawet bez użycia odżywki. 

A jak wygląda sytuacja z szamponami, które nie mają anionowych substancji powierzchniowo-czynnych a tylko kationowe oraz niejonowe i/lub amfoteryczne? W tej sytuacji nie dojdzie do powstania kompleksów i na właściwości wygładzające odpowiadają tylko kationowe środki powierzchniowo-czynne. Jednak żeby dały zadowalający i widoczny efekt, trzeba zastosować je w większej ilości. I dlatego w takich szamponach może się zdarzyć, że wytrąca się guma (ot, z opakowania szamponu wycieka galaretka zamiast kosmetyku)- w kosmetykach naturalnych nie powinno się stosować sztucznych stabilizatorów, które uniemożliwiłyby wytrącanie się tej gumy i nieodpowiednie przechowywanie produktu (np. w niskiej temperaturze) doprowadza do jej wytrącenia. Nie jest to niczym niepoprawnym i produkt nie traci swoich właściwości, dlatego wystarczy wstrząsnąć butelkę przed użyciem, by guma z powrotem roztworzyła się w szamponie. 

W preparatach do ciała obserwujemy podobną zależność- tuż po zastosowaniu żelu z anionowymi i kationowymi środkami powierzchniowo-czynnymi skóra jest bardziej gładka i miękka, jednak jako żywa tkanka szybciej reaguje na nieodpowiadające jej substancje niż ma to miejsce w przypadku włosów.


A jak minęło moje doświadczenie z SCS? 
Od kilku tygodni stosowałam szampony i żele z tym składnikiem. Szampony: "Arctic Rose" Natura Siberica z serii Blanche a następnie (aż do teraz) ukraińską Niveę Pure&Natural. Pierwszym żelem z SCS był Melica Organic BlackBerry a aktualnie Yaka z rumiankiem (oba przywienione z Ukrainy).

Początkowo doświadczenie przebiegało pomyślnie i skóra dobrze znosiła SCS. Niestety, już po dwóch tygodniach zaczęłam obserwować lekkie swędzenie. Efekt ten pogłębiał się i po tych kilku tygodniach zauważyłam:
- większą suchość skóry- częściej sięgam po balsamy do ciała, zużywam ich więcej a także wchłaniają się bardzo szybko. Od początku wakacji jestem w posiadaniu balsamu odżywczego Resibo i na jego przykładzie zauważyłam, jak skóra się zmieniła- przed rozpoczęciem doświadczenia mogłam stosować ten balsam tylko na wieczór, ponieważ pozostawiał na skórze nietłusty, ale treściwy film. Aktualnie skóra niemal go wypija i mogę stosować go nawet na dzień bez obaw o ubrudzenie ubrań. Cieszę się, że mam ten balsam, bo ten produkt mocno odżywia skórę i znacznie łagodzi po SCS. Gdy po niego nie sięgam, skóra staje się szorstka, pojawia się drobnopłatkowe złuszczanie na łydkach- natomiast przed rozpoczęciem doświadczenia, po balsam sięgałam okazjonalnie, bardziej z poczucia, że trzeba zrobić coś dobrego w ramach pielęgnacji niż faktycznej potrzeby, że skóra jest sucha czy źle wygląda.


- Gorsze gojenie się zadrapań- jako kocia-mama często jestem podrapana (a jakże ;)) i stosując żele bez anionowych substancji powierzchniowo-czynnych nawet nie myślę o tych drobnych niedoskonałościach. Po tych kilku tygodniach z SCS zadrapania dużo gorzej się goją, łuszczą się, są bardziej suche. Tak długie gojenie zwłaszcza w połączeniu z upalną pogodą przyczyniło się do powstania przebarwień mimo aplikacji kremu z filtrem- dlatego też przypominam, że odradzam wykonywanie zabiegów z kwasami latem nawet tych bardzo delikatnych!
- Brak uczucia gładkości i nawilżenia skóry po wyjściu z kąpieli.


Natomiast włosy dłużej trzymały fason- aż do zużycia 3/4 opakowania szamponu Natura Siberica, którym nawet się zachwycałam i pisałam Wam w ulubieńcach. Wykańczanie szamponu wiązało się z pojawieniem swędzenia skóry głowy a odkąd kontynuuję doświadczenie z szamponem Nivea, znacznie się nasiliło. 

Ponadto włosy faktycznie dużo łatwiej rozczesać: już podczas mycia są gładkie i nie plątają się, szczotka wchodzi w nie jak w masełko. Chociaż nie mam problemu z rozczesywaniem włosów, zdecydowanie widzę różnicę pomiędzy swoim ulubionym szamponem odżywczym Vianek (bez anionowych środków powierzchniowo-czynnych) a tymi szamponami z SCS. Efekt ten jednak jest tylko chwilowy i ułatwia rozczesywanie włosów tuż po umyciu- wbrew temu, co mogłabym oczekiwać, włosy nie są bardziej wygładzone ani dociążone po wyschnięciu. W tej kwestii lepiej spisuje się Vianek, ponieważ (podejrzewam, bo nie znam receptur Natur Siberica ani Nivea ;)) ma większą ilość gum które bardzo dobrze wygładzają włos. Wybierając pomiędzy ułatwionym rozczesaniem a wizualnym efektem końcowym wolę to drugie- po szamponach z SCS włosy są bardziej spuszone a w porównaniu do początków doświadczenia, stały się bardziej suche. Staram się ratować je olejami i olejuję je przed każdym myciem- wcześniej tak częste olejowanie doprowadzało do przyklapu włosów więc zazwyczaj olejowałam co 2-gie mycie. 

Intensyfikacji uległa także częstotliwość mycia włosów- przed rozpoczęciem doświadczenia myłam włosy co 3-4 dni, przy czym wcale nie wyglądały na przetłuszczone. Aktualnie myję włosy co 2-3 dni i wyraźnie widać, że są nieświeże. Efekt ten nie nastąpił nagle po zmianie szamponu, nasilał się powoli i stopniowo.

Od tygodnia obserwuję także wzmożone wypadanie włosów- i tutaj jeszcze się waham, czy jest to związane z SCS czy może nadchodzącą jesienią, kiedy u każdego z nas włosy zaczynają wypadać. Mam nadzieję, że to drugie i że nie doprowadziłam aż do takiego osłabienia cebulek...

Reasumując- stosować, czy nie stosować? Wszystko oczywiście zależy od kondycji naszej skóry- zwłaszcza niektóre skalpy preferują mocniejsze oczyszczanie. Moje subiektywne odczucia przekonują mnie, że nie będę już sięgać po produkty z SCS jedno po drugim pod rząd, jeśli kupię coś z tą substancją, będę stosowała zamiennie lub po wykończeniu całego opakowania, wrócę do delikatniejszych produktów. Ciężko całkowicie rezygnować z SCS, ponieważ jest on w wielu kosmetykach naturalnych, głównie szamponach. Ten artykuł nie miał na celu nikogo wystraszyć- miał po prostu zwiększyć Waszą świadomość i czujność =)


Koniecznie dajcie mi znać, czy ten wpis był dla Was pomocny, czy był zrozumiały? Jeśli coś pozostało niejasne albo czujecie niedosyt, koniecznie piszcie w komentarzach!

A po studiach myślałam, że jak umiem przeanalizować skład INCI to kosmetyki nie mają dla mnie tajemnic. Jakże się myliłam! Czuję, że wciąż się uczę i dostrzegam dopiero wierzchołek góry lodowej. Trzymajcie za mnie kciuki! =D

Pozdrawiam,


Copyright © 2018 kosmetologia-naturalnie.pl