[134.] Jak wybierać kosmetyk, by działał?

[134.] Jak wybierać kosmetyk, by działał?

Witam!
Dzisiejsza notka będzie typową opisówką, padł mi dysk w laptopie a wraz z nim utraciłam wszystkie zdjęcia, które czekały w kolejce do publikacji na blogu (większość zdjęć jestem w stanie wykonać jeszcze raz, jedyne co przepadło całkowicie to "sierpniowe denko", ponieważ zaraz po zrobieniu zdjęć wyrzuciłam puste opakowania. A miałam do opisania kilka bardzo ciekawych produktów :(( ).

Mam jednak mam nadzieję, że ten post będzie przydatny. Wiem, że mojego bloga czytają nie tylko osoby wtajemniczone w kosmetyczny świat, ale również osoby, które chciałyby w końcu "coś" zrobić ze swoją skórą i sprawić, by wyglądała ona lepiej. Jak w ogóle się za to zabrać? Od czego zacząć?

Firmy kosmetyczne i dermokosmetyczne zalewają nas reklamami i obietnicami pięknej skóry. Z bilboardów i reklam spoglądają na nas modelki o idealnych rysach twarzy, ponętnym uśmiechem zachęcając do kupienia produktu. I chociaż absolutnie zdajemy sobie sprawę, że za tą dziewczyną stoi sztab stylistów, wizażystów, lekarzy medycyny estetycznej, fryzjerów oraz - albo przede wszystkim- grafików, nie jesteśmy w stanie oprzeć się zakupowi kolejnego produktu, który "niby fajnie nawilżył, ale zmarszczki pozostały". Moja mama zwykła mawiać "Vichy, Vichy a jak wisiało tak wisi"- i powiedzmy sobie szczerze i otwarcie- wiele z nas zraziło się do kosmetyków. Ba, wiele osób jest przekonane, że stosując kosmetyki na dłuższą metę zniszczymy sobie skórę. Wg niektórych, lekarstwem na piękną cerę jest nie stosowanie niczego, mycie twarzy szarym mydłem, okazjonalne zastosowanie kremu Bambino lub "klasycznego" Nivea. Najczęstszym argumentem jest: "bo moja koleżanka nic nie stosuje, a ma taką piękną cerę!".

Czy w tym momencie usłyszałyście siebie, albo kogoś ze swojego otoczenia? :)

Zgodzę się, że od genów zależy bardzo wiele. Nie oznacza to jednak, że jeżeli natura obdarzyła nas suchą skórą, na której bardzo szybko pojawiły się pierwsze zmarszczki, powinnyśmy usiąść z założonymi rękami i płakać, lub co gorsza obnosić się z w/w problemami i użalać się na swój biedny los. Wystarczy spojrzeć na  azjatów- słyną z młodego wyglądu, jednak stosują bardzo wiele kosmetyków. I nie są to takie kosmetyki jak u nas- cały rytuał porannej i wieczornej toalety jest o wiele dłuższy i bardziej skomplikowany niż nasz, "zachodni" demakijaż i nałożenie kremu. Azjaci wspomagają swoją skórę naturalnymi składnikami i unikają szkodliwej chemii w kosmetykach.  

Czemu nie wziąć z nich przykładu?

Zacznijmy po kolei. Najpierw musimy zacząć od określenia typu oraz podtypu naszej cery: KLIK!. Kiedy już wiemy, z jakimi problemami się borykami, spójrzmy realnie na działanie kosmetyku- nie dajmy sobie mydlić oczu, że jakikolwiek krem cofnie nam głębokie zmarszczki. Niestety, kosmetyki w przypadku tak głębokich zmian są bezradne. Dlatego rada na przyszłość- "zapobiegajmy, żeby potem nie leczyć"- KLIK!.

Teraz przejdźmy do najważniejszego- po czym poznać, że kosmetyk w ogóle zadziała?

Całą tajemnicą jest skład INCI. "INCI" to skrót od "International Nomenclature of Cosmetic Ingredients", czyli "Międzynarodowe Nazewnictwo Składników Kosmetycznych". Spis ten znajduje się obowiązkowo na opakowaniu kosmetyku i jako jeden z niewielu informacji podanych na opakowaniu- jest regulowany prawnie. Oznacza to, że dokładnie to, co znajduje się w INCI, znajduje się również w kosmetyku. Im wyżej wypisany jest dany składnik, tym więcej znajdziemy go w produkcie.

Więc dlaczego do tej pory nie zwracałyśmy uwagi na INCI?

Jedynym wielkim minusem INCI jest fakt, że jest napisany albo po łacinie albo po angielsku (dlatego, ponieważ jest to międzynarodowe nazewnictwo). Mało który konsument posługuje się biegle łacińskimi nazwami roślin oraz angielskimi nazwami substancji chemicznych. Dlatego czytanie składników INCI przychodzi nam z trudem.

Jak możemy sobie pomóc?

Na stronie wizaz.pl znajduje się zakładka "KWC- Kosmetyk Wszech Czasów". Link do "KWC"- KLIK!. Jest to spis praktycznie wszystkich kosmetyków dostępnych na polskim rynku. Przy zdecydowanej większości tych kosmetyków, mamy również podany skład INCI. Kolejnym krokiem jest włączenie strony kosmopedia.org- w prawym górnym rogu znajduje się wyszukiwarka. Wystarczy skopiować nazwę składnika, której nie potrafimy odszyfrować, i wyszukać ją na kosmopedii. Czasem aż włos się jeży na głowie gdy czytamy, czym codziennie traktujemy swoją skórę i jakie to może dać skutki na przyszłość. Jeśli jednak nie możemy znaleźć czy to składu INCI kosmetyku na wizaz.pl, czy to kosmopedia nie odnajduje wybranej przez nas frazy, pozostaje jeszcze wyszukiwarka google, która zazwyczaj radzi sobie z odnalezieniem wszystkiego- zarówno bardziej i mniej rzetelnych informacji :).

Jak już wcześniej wspomniałam- im wyżej dany składnik jest w INCI, tym jest go więcej w kosmetyku. Dlatego też nie ma co oczekiwać, że jeśli jakaś substancja czynna znajduje się na końcu składu (np. za konserwantami), będzie dawać widoczne efekty.


Zagłębiając się w rozszyfrowywanie INCI zaczęłam zauważać, że większość drogeryjnych kosmetyków jest na jedno kopyto- masa chemii, która z założenia ma być obojętna dla skóry (są to przede wszystkim substancje tworzące "bazę kremu", sztuczne emolienty, emulgatory i substancje stabilizujące) oraz 3-4 składniki roślinne. Do tego dodany stearyl- i/lub cetyl alkohol jako substancje zmiękczające, dimethicone, czyli silikon, który ma na zadanie wygładzać skórę i sprawiać, że będzie miękka w dotyku oraz parafina- jako warstwa okluzyjna, zapobiegająca utracie wody z naskórka. Jak sytuacja ma się do kosmetyków aptecznych? Tutaj nie będę aż takim chojrakiem, ponieważ przyznaję, że mój studencki budżet ograniczał mnie i nie byłam w stanie wydawać pieniędzy na drogie dermokosmetyki. Jednak dzięki zajęciom na uczelni miałam okazję poznać bardzo dużą ilość dermokosmetyków i ich składów. Niestety, cena nie zawsze przekłada się na efekt. W dodatku, jako że dermokosmetyki zawierają silniej działające substancje, można zrobić sobie krzywdę, stosując je nieodpowiednio. Co ciekawe- często sami producenci opisują na etykietach takie farmazony, jakby sami nie wiedzieli, czym pielęgnować problematyczną cerę oraz w jaki sposób działają poszczególne substancje w kosmetyku. Musimy same trzymać rękę na pulsie, nie wierzyć obietnicom producentów, same zadecydować, jak stosowanie danego kosmetyku może wpłynąć na stan naszej cery w przyszłości.

Dlaczego jestem tak nieufna w stosunku do producentów?

Niewiele informacji znajdujących się na opakowaniu kosmetyków jest regulowana prawnie. Należą do tego m. in.: nazwa producenta, koncernu, nazwa kosmetyku, sposób jego użycia, termin ważności oraz jak długo można stosować kosmetyk po otwarciu. Regulowany również jest skład INCI. Cała reszta znajdująca się na kosmetyku, czyli obietnice cudownego działania, przeznaczenie dla wybranego typu skóry oraz wybiórczy opis substancji znajdujących się w kosmetyków może być jedną, wielką, totalną ściemą. Zdarzyło mi się zarówno prywatnie jak i na uczelni mieć "przyjemność" pracy z kosmetykiem, który miał np. napis "naturalny" a natury to on raczej nigdy nie uświadczył, czy też: "bez konserwantów/bez parafiny" a konserwanty/parafina jak byk postawione w INCI.

Jak na szybko ocenić skład kosmetyku?

Najprościej i najbardziej "łopatologicznie" będzie przyjąć sobie do wiadomości kilka wskazówek:

1. Unikamy niektórych rodzajów alkoholi:
a) jeśli w składzie widnieje "alcohol", "alcohol denat." odstawmy kosmetyk na półkę. Jest to wysuszający rodzaj alkoholu.
b) Inaczej sprawa ma się przy "stearyl alcohol" oraz "cetyl alcohol"- są to sztuczne emolienty, które mają na zadanie zmiękczyć naszą skórę i stworzyć na niej ochronny film, zapobiegający utracie wody z naskórka. Niestety, działają komedogennie (zatykają pory). Tylko po co męczyć skórę chemią, skoro można zastosować naturalne emolienty, czyli całe bogactwo olejów?

2. Skoro już o olejach mowa:
a) Jeśli w składzie jakiegoś kosmetyku występuje spora ilość substancji z dopiskiem "oil", możemy założyć, że kosmetyk jest warty uwagi.
b) Uwaga na "mineral oil"- to "ładna" nazwa parafiny.

3. Skoro już o parafinie mowa:
a) unikamy parafiny, ponieważ powoduje zatykanie porów (jest komedogenna). Jest nagminnie dodawana do oliwek dla niemowląt. No kto przy zdrowych zmysłach smarowałby skórę dziecka produktem ubocznym otrzymywania ropy naftowej?! Często parafina jest powodem, przez który na skórze dziecka pojawiają się wypryski niewiadomego pochodzenia czy kaszka. Wystarczy nie smarować skóry dziecka oliwką zbyt często (skóra dziecka o ile jest zdrowa, jest na prawdę dobrze nawilżona) lub zamienić oliwkę na taką, która nie zawiera w sobie parafiny (np. HIPP).
b) Parafina występuje pod nazwami "paraffinum", "paraffinum liquidum" oraz "mineral oil".

4. Spora ilość dopisków "extract" również podpowiada, że kosmetyk ma sporo ekstraktów roślinnych.
5. Składniki INCI są od siebie oddzielone przecinkiem. Jeśli między niektórymi składnikami zamiast przecinka jest znak "/" oznacza to, że składnik wymieniony jest kilkakrotnie tylko za każdym razem podana jest inna nazwa. Producenci często wykorzystują taki myk przy ekstraktach roślinnych. Często jedna roślina posiada kilka nazw, dlatego wypisywana jest po kolei każda z tych nazw, każda z dopiskiem "extract"- przez to wydaje się konsumentom, że w składzie jest wiele substancji roślinnych a tak na prawdę chodzi o jeden i ten sam składnik.

Rozszyfrowywanie składów INCI pchnęło mnie w kierunku bardziej naturalnej pielęgnacji. Nie jestem radykalną fanką kosmetyków naturalnych, nie mniej jednak dostrzegam różnicę pomiędzy kosmetykami w 100 % naturalnymi a drogeryjnymi. Nie każda cera reaguje tak samo- znam osoby, które twierdzą, że wolą drogeryjne kosmetyki, ponieważ chemia w nich zawarta im służy. Tak na prawdę każda skóra to całkiem nowe wyzwanie i każda z nas musi nauczyć się odczytywać sygnały, jakie skóra nam daje.


I na koniec pozwolę sobie na reklamę Sylveco- dlaczego tak polubiłam te kosmetyki? Wystarczy wejść na ich stronę internetową (sylveco.pl), wybrać jakikolwiek kosmetyk i zobaczyć na skład INCI. Sylveco nic nie ukrywa- podaje INCI nawet z przetłumaczeniem na język polski. Możemy kliknąć na każdy składnik by dowiedzieć się, jak on dokładnie działa. Lubię takie jasne sytuacje :)

Osobiście twierdzę, że naturalna pielęgnacja nie jest jakąś fanaberią szczególnie zakręconej garstki osób. Zdecydowana większość pacjentów, z którymi się spotykam, przechodząc na naturalne kosmetyki czuje i obserwuje poprawę stanu cery. Osoby takie zazwyczaj nigdy lub bardzo niechętnie wracają do drogeryjnych kosmetyków. W dodatku naturalna pielęgnacja absolutnie nie jest nudna- bogactwo olejów oraz ekstraktów roślinnych z których można robić różne mieszanki powoduje, że jesteśmy w stanie otrzymać produkt o bardzo wielokierunkowym działaniu. A naturalna pielęgnacja wcale nie musi rujnować naszego portfela czy zabierać nam sporo czasu. Stosując naturalne kosmetyki, stosujemy je dokładnie w ten sam sposób jak kosmetyki drogeryjne, kosztują bardzo podobne ceny. Zabawy z półproduktami zazwyczaj są bardziej pracochłonne, jednak zainteresowanie nimi pojawia się w wyniku miłości do naturalnej pielęgnacji :D Nie od razu Rzym zbudowano! Warto zacząć od małych kroków i zobaczyć, czego potrzeba naszej skórze :)

Ależ się dziś rozpisałam! Mam nadzieję, że miło się Wam czytało ten post i że uchyliłam Wam chociaż rąbek tajemnicy składników INCI :) Trzymajcie kciuki za naprawę mojego laptopa, żebym mogła do Was szybciutko wrócić ze zdjęciami!

Pozdrawiam =*


[132.] Lekki krem nagietkowy Sylveco.

[132.] Lekki krem nagietkowy Sylveco.


Witam!
Jak wiecie, jestem sympatyczką polskich kosmetyków ziołowych firmy Sylveco. Są to przystępne cenowo i względnie łatwo dostępne kosmetyki ziołowe (do nabycia w aptekach i sklepach zielarskich). 

Osobiście mam coraz mniej problemów ze skórą. Nie mniej jednak moja tłusta i naczynkowa cera czasem daje o sobie znać, dlatego skłoniłam się do zakupu wersji z nagietkiem. Dlaczego? 

Producent tak zachwala produkt:
"Nagietek lekarski to źródło substancji aktywnych o właściwościach przeciwbakteryjnych, przeciwzapalnych, gojących i oczyszczających. Zastosowanie tego cennego surowca gwarantuje w lekkim kremie nagietkowym skuteczną pielęgnację i regenerację w przypadku skóry skłonnej do infekcji, podrażnionej, zanieczyszczonej, z objawami trądziku. "

A co znajdziemy w kremie?

Jak widać, krem posiada wiele substancji czynnych łagodzących podrażnienia i pomagających utrzymać skórę w odpowiedniej elastyczności i nawilżeniu. Skład jest niemal całkowicie naturalny. Produkt nie zawiera żadnych sztucznych emolientów, zbędnych polepszaczy, perfum, substancji potencjalnie kancerogennych czy konserwantów.

Po rozpakowaniu pudełeczka, znajdziemy w nim krem w pojemniku z pompką oraz obszerną ulotkę.

Sylveco, jak to Sylveco, zasypuje nas ogromem informacji na temat działania poszczególnych składników. Tekturowe opakowanie jest całe pokryte ciekawymi informacjami, tak samo jak pojemnik z kremem oraz załączona ulotka.

Informacje zawarte na ulotce:



Informacje zawarte na tekturowym opakowaniu oraz pojemniczku w którym jest krem:




Trzeba przyznać, że Sylveco nie ma nic do ukrycia. Jasno i otwarcie wypisuje składniki INCI wraz z wyjaśnieniem, co kryje się pod nazwą. Ilość informacji może przytłaczać, nie mniej jednak należę do osób, które lubią wiedzieć, co jest w kosmetyku i dlatego ten ogrom informacji jest dla mnie atrakcyjny.

Jeśli jednak któreś z Was (tak jak i ja), nadal odczuwa niedosyt informacji, zapraszam na stronę sylveco.pl, gdzie możecie zapoznać się z jeszcze większą ilością informacji a także z wynikami ich badań laboratoryjnych (wspomnę, że wiele firm bardzo niechętnie publikuje swoje badania, Sylveco daje nam te badania do wglądu o dowolnej porze).

Jednak to, o czym pisze producent to jedno, a to jak działa kosmetyk to drugie. Czy lekki krem nagietkowy spełnił obietnice producenta oraz moje oczekiwania?

Tak! Krem nadaje się zarówno na noc jak i na dzień. Bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Skóra zaraz po zastosowaniu lekko się czerwieni, jednak jest to u mnie normalny objaw związany z moimi reaktywnymi naczynkami. Efekt ten jednak szybko znika, rumieńce bledną prawie całkowicie, twarz ma wyrównany, zdrowy koloryt. 

Krem nie spowodował zapchania mojej tłustej skóry, nie pojawił się u mnie wzmożony łojotok czy rozszerzenie porów. Początkowo troszkę odpychał mnie zapach- ciężko mi go określić, jednak bardzo odbiega od pięknie pachnących kosmetyków. Nie jest to też smród. To specyficzny zapach, jednak po ok. tygodniu stosowania przestałam na niego reagować (zwłaszcza, że widziałam, jak bardzo moja skóra polubiła się z tym kremem). 

Dzięki pompce, w higieniczny sposób możemy wydobyć pożądaną ilość produktu.

Jestem bardzo zadowolona z tego kremu i polecam go wielu osobom. Bardzo dobrze spisuje się u osób borykających się jednocześnie z trądzikiem oraz zaczerwienieniem i wrażliwością cery. Jest o wiele lepszy niż większość drogeryjnych kremów w tej cenie - kosztuje ok. 26 zł.

Zaprzyjaźniłam się również z łagodzącym kremem pod oczy firmy Sylveco (KLIK!) - zapraszam do przeczytania recenzji :) 
Przypomnę, że w walce o piękną cerę, "efekt wow" wywołało u mnie oczyszczanie twarzy metodą OCM (KLIK!). Serdecznie zachęcam do wypróbowania tej metody!

Pozdrawiam =)


Edit 6.01.15r.
Zdenkowałam już niejedno opakowanie tego kremu i jest najlepszym kremem na dzień, jaki miałam do tej pory!
[129.] Łatwiej zapobiegać, niż leczyć...

[129.] Łatwiej zapobiegać, niż leczyć...

Witam!
Dzisiejszy post będzie typową opisówką. Mam nadzieję jednak, że ten post naświetli niektórym konsumentom pewne sprawy dotyczące kosmetyków.

Wiele czytelniczek tego bloga to osoby związane z kosmetyką/kosmetologią mniej lub bardziej. Są świadomymi konsumentami. Jednak na co dzień w pracy spotykam osoby, które nie mają pojęcia, że kosmetyk z założenia nie jest substancją leczniczą, cofającą powstałe zmiany lecz ma spełniać funkcję pielęgnacyjną.

Czy to oznacza, że kosmetyki nie działają?

Wszystko zależy od tego, czego oczekujemy. Jeśli ślepo wierzymy w obietnice producentów oraz koncernów, niestety, często możemy obejść się smakiem. Bo przecież ile osób kupiło krem przeciwzmarszczkowy lub likwidujący popękane naczynka i nie zauważyło żadnej poprawy?

Kluczem do pięknej i zdrowej cery jest świadomość, czego naszej skórze potrzeba, jak możemy jej pomóc, oraz wybieganie myślami w przyszłość, np. "jeśli teraz będę nadużywać solarium, jak będę wyglądać za 5 lat?". 

Nabywcy kosmetyków dzielą się na dwie grupy: 
1. osoby, które kompletnie nic nie robią ze swoją skórą (lub robią niewiele i niesystematycznie) a kiedy zobaczą jakiś defekt, chcą go cofnąć, by znów cieszyć się nienaganną cerą i móc nie zawracać sobie głowy stosowaniem kosmetyków,
2. osoby stawiające na pielęgnację, by zapobiec powstawaniu defektów w przyszłości lub opóźnić starzenie się skóry.
Kosmetyk z założenia ma spełniać funkcję pielęgnacyjną. Także łatwo można się domyśleć, że osobom spod nr 1 kosmetyki niewiele pomogą, lub pomogą na krótki okres czasu. Jeśli klient ma takie wymagania, lepiej poradzić mu inwazyjne zabiegi kosmetyczne i medycyny estetycznej, by mógł zobaczyć efekty od razu, ponieważ zazwyczaj tego oczekują klienci. Nie jest to jednak dobre podejście - skoro i tak w/w klienci nie będą dbać o cerę, to zmiany i defekty po jakimś czasie wrócą i to ze zdwojoną siłą. Przytoczę tutaj zabieg z użyciem botoksu. Botoks, jest to substancja chemiczna, która powoduje porażenie mięśni twarzy. I ten efekt wcale nie ustępuje (wbrew powszechnej opinii :)). Mięśnie porażone są trwale, a fakt, że po ok. pół roku osoba znów odzyskuje swoją dawną mimikę jest spowodowany tym, że tworzą się nowe połączenia nerwowe w skórze. Jaki więc jest efekt przy długotrwałym stosowaniu botoksu? Albo przestaje być skuteczny, ponieważ organizm bardzo szybko tworzy nowe połączenia nerwowe, albo całkiem odwrotnie- organizm się poddaje, przestaje wytwarzać nowe połączenia i zostajemy bez mimiki w miejscu, gdzie został wstrzyknięty botoks. Przy okazji botoksu, wspomnę, że jest to metoda skuteczna jedynie w przypadku zmarszczek mimicznych, tj. jeśli marszczymy czoło między brwiami (tzw. "lwia zmarszczka") lub często unosimy brwi do góry. Botoks sprawia, że nie uniesiemy już tych brwi, nie zmarszczymy czoła. O ile patrząc zwyczajnie w lustro efekt wydaje nam się świetny, ponieważ nie widzimy zmarszczki, o tyle możemy wyglądać dziwnie, gdy nie potrafimy wyrazić zdziwienia, unieść brwi, czy ich zmarszczyć. 

Dermatolodzy zalecają, że botoks powinny stosować osoby... mające ok. 20 lat! Dlaczego? Ponieważ porażając mięśnie w młodym wieku, zapobiegamy powstawaniu zmarszczek mimicznych. A co z zanikiem mięśni, który pojawia się, jeśli mamy je przez długi czas porażone? A co, jeśli w wieku 30 lat będziemy mieć permanentnie porażone mięśnie i nie będziemy miały w ogóle mimiki? Czy rzeczywiście o to chodzi, by w wieku 20 lat stosować tak drastyczne środki?

Absolutnie. Nie dajmy się zwariować :) 

Mój zestaw do wykonania maseczki dla cery trądzikowej i naczynkowej.
Jak już wielokrotnie wcześniej wspomniałam- kosmetyki mają na zadanie pielęgnować skórę i zapobiegać powstawaniu zmian a nie cofać już powstałe. Nie oznacza to, że kosmetyki nie działają na już powstałe zmiany, nie mniej jednak jak napisałam w tytule "łatwiej zapobiegać, niż leczyć". W przypadku kosmetyków należy mieć na uwadze, że codzienne, systematyczne, małe czynności są kluczem do sukcesu i w przyszłości dadzą wielki efekt.

Jeśli wiemy, czego naszej skórze potrzeba, powinnyśmy w tym kierunku ją pielęgnować. Często jednak nieprawidłowa pielęgnacja doprowadza do gorszego stanu niż przed używaniem kosmetyku. Dzieje się tak, ponieważ wiele kosmetyków jest wręcz przeładowane chemią, która powoduje powstawanie zaskórników, pryszczy, łojotoku, a często także nie działa wcale, przez co tak na prawdę kosmetyk jest bezwartościowy. Często wynikiem nieprawidłowej pielęgnacji jest sucha, odwodniona skóra z trądzikiem (w prawidłowym profilu cery trądzik nie występuje przy suchej skórze). Wystarczy odpowiednia pielęgnacja, by cera odzyskała swój rytm.

Jeśli chodzi o dokładne składniki w kosmetykach, które są wartościowe a których powinniśmy się wystrzegać, napiszę o tym osobny post, żeby nie przedłużać. Ze swojej strony mogę polecić kosmetyki firm Sylveco, Bania Agafii czy stronę z półproduktami zrobsobiekrem.pl. Moim pielęgnacyjnym objawieniem było spróbowanie OCM, czyli oczyszczania twarzy za pomocą olejów (link do posta: >KLIK<).

Edit 14.09.14r.- post dot. składu INCI: KLIK!

Aktualnie używane przeze mnie kremy firmy Sylveco.
Pamiętajmy, że zdecydowanie łatwiej jest zapobiegać zmianom niż je cofać. I właśnie takie zadanie jest stawiane kosmetykom. Powinniśmy bacznie obserwować swoją twarz i zauważać, że np. jeśli w okresie zimowym dochodzi do częstych przesuszeń skóry, lub podrażnień, powinniśmy stosować bardziej treściwe kremy, by zapobiec popękaniu naczynek w przyszłości. Niestety, jeśli naczynka już popękają, nie uda się ich wyleczyć za pomocą kosmetyków, w takim przypadku potrzebne już są zabiegi z użyciem IPL lub lasera. Niestety, raz uszkodzone naczynka mają tendencje do nawrotu, nawet po zaleczeniu ich IPLem lub laserem, dlatego lepiej zawczasu je wzmacniać i sprawić, żeby nie popękały. Dlatego kosmetyki do cery naczyniowej z reguły mają takie substancje jak wyciąg z kasztanowca, rutynę, witaminę C, które działają uszczelniająco i wzmacniająco na naczynka. Preparaty te mogą zmniejszyć pojawiający się rumień, jednak nie cofną powstałych zmian. Jeśli więc masz często zaczerwieniona twarz, pamiętaj o wzmocnieniu naczynek krwionośnych.

Częstym problemem jest również trądzik młodzieńczy, który nieleczony i/lub nieprawidłowo pielęgnowany prowadzi do wytworzenia się trądziku różowatego. Jest to przewlekły stan chorobowy występujący u dorosłych, charakteryzujący się wrażliwą i naczyniową cerą oraz zmianami trądzikowymi. Charakterystyczne dla tej choroby są przewlekłe zaczerwienienia, popękane naczynka a w ich obrębie pryszcze. Co ciekawe- nie występują jednak rozszerzone pory. Z trądzikiem różowatym ciężko walczyć, ponieważ większość kosmetyków powoduje jedynie nasilenie się zmian. Z cerą należy postępować jak z przysłowiowym jajkiem a efekty i tak są znikome. Trądzikowi różowatemu, szczególnie wśród Panów, towarzyszy przerost tkanki skórnej na nosie. Ten stan trzeba już leczyć chirurgicznie- należy poddać się wycinaniu przerosłej tkanki.

Powyższe przykłady bardzo dobrze obrazują, po co istnieją kosmetyki i jak powinno się je stosować. Przede wszystkim liczy się świadomość, jakich rezultatów możemy oczekiwać. Często nadużywanym słowem jest "przeciwzmarszczkowy". Odpowiedzmy sobie same- czy ta nazwa oznacza, że kosmetyk wygładzi zmarszczki, czy będzie zapobiegał ich powstawaniu?
Na sam koniec przypomnę o poście, w którym opisuję jak określić swój rodzaj cery i jak powinno się ją pielęgnować. Są to podstawowe informacje, nie mniej jednak bez nich "ani rusz" :) Link do posta: >KLIK<

A Wy jakie macie podejście do kosmetyków? Czego od nich oczekujecie?

Pozdrawiam! :)

[128.] Przesyłka ze "zrobsobiekrem.pl"

[128.] Przesyłka ze "zrobsobiekrem.pl"

Witam!
Ostatnio pokończyłam półprodukty, których używam do pielęgnacji skóry. Najwyższa pora na uzupełnienie zapasów! Oczywiście widząc, że są bardzo skuteczne, postanowiłam zaopatrzyć się w kilka nieznanych mi jeszcze substancji.
Niedawno dotarła do mnie paczuszka, jej zawartość prezentowała się następująco:


Co dokładnie w niej było?
Zacznę od produktów, które już znam, polecam i bardzo lubię, następnie opiszę moje wrażenia po pierwszych użyciach nowości.

1. Francuska glinka czerwona


Jest to moje "must have". Świetnie działa na lekko przetłuszczającą się cerę, pochłania sebum a dodatkowo wzmacnia naczynia krwionośne, przez co jest polecana dla cer naczynkowych. Pełną recenzję tej glinki pisałam tutaj: KLIK!. Glinkę mieszam z hydrolatem bułgarskim różanym (właściwości nawilżające), dodaję potrójny kwas hialuronowy oraz odrobinę oleju arganowego. Dodatek oleju sprawia, że maseczka gorzej się nakłada, jednak uczucie ściągnięcia nie jest aż tak mocne jak po samym hydrolacie lub wodzie.
Glinkę można kupić tutaj: KLIK!

2. Potrójny kwas hialuronowy 1.5%




Kwas hialuronowy jest to substancja odpowiadająca za utrzymanie odpowiedniego poziomu nawilżenia skóry. Ze względu na budowę cząsteczki, kwas hialuronowy może mieć przeróżne działanie- może wnikać w skórę i w ten sposób utrzymywać odpowiedni poziom nawilżenia lub tworzyć film na skórze, który zapobiega uciekaniu wody z naskórka. Dokładnie opisywałam różne rodzaje kwasu hialuronowego tutaj: KLIK!. Ta substancja jest dla mnie obowiązkowa jako dodatek do maseczek, czasem stosuję ją jako serum pod krem na noc. Konsystencję określiłabym jako pomiędzy żelem a płynem. Nie spływa, ale też nie rozsmarowuje się jak żel (szybciej się wchłania). Polecam wypróbować jako mały dodatek do pielęgnacji.
Kwas hialuronowy można kupić tutaj: KLIK!

3. Olej arganowy



Ten olej jest jednym z najbardziej uniwersalnym z olejów- pomaga w walce z nadmiernym łojotokiem, natłuszcza cerę suchą, wycisza grę naczyniowa a przede wszystkim pomaga w walce ze starzejącą się, zanieczyszczoną i ziemistą cerą. Do tej pory używałam tego oleju do OCM (o tym, czym jest OCM, i jak stworzyć najprostszą i najbardziej uniwersalną mieszankę do oczyszczania twarzy pisałam tu: KLIK!). Do tej pory stosowałam deodorowany olej arganowy, by uniknąć tego słynnego smrodku. Widząc jednak, jakie świetne efekty daje, postanowiłam tym razem zakupić organiczny, niedeodorowany olej. I jak wrażenia? Rzeczywiście jest to lekki smrodek, jednak uważam, że opinie na internecie są przesadzone :) Zapach oleju nie jest wyczuwalny przy OCM (nie wybija się spod oliwki HIPP), nakładałam ten olej również na końcówki włosów w celu ich wygładzenia i ochrony (smrodek również się nie utrzymał). Skóra po tym oleju jest rozświetlona, gładka, bardziej promienna, stąd tak wiele osób uwielbia ten olej. Jak wcześniej wspomniałam, postanowiłam wypróbować zamienić silikonowe sera na końcówki włosów właśnie olejem. Wyczytałam, że olej arganowy sprawdza się całkiem dobrze w tej roli. Muszę jednak wyczuć, ile mogę nakładać tego oleju na włosy- dziś zdecydowanie przesadziłam i chodzę z jednym, wyjątkowo tłustym pasmem włosów :). Jednak odrobina mniej oleju i moje włosy pięknie się błyszczą i nie puszą się. Ważne, żeby nakładać ten olej na umyte, mokre włosy, omijając skalp.
Olej arganowy można kupić tutaj: KLIK!

4. Olej z pachnotki



Jako, że podczas lata zauważam, że moja skóra ma tendencje do wzmożonego produkowania łoju oraz powstawania zaskórników i pryszczy, postanowiłam wypróbować olej z pachnotki, który działa antybakteryjnie a szczególnie dobrze pozbywa się bakterii Propionibacterium acnes, wywołujących trądzik młodzieńczy. Zaczęłam dodawać ten olej zamiast arganowego do mieszanki OCM (olej arganowy nadal stosuję w maseczkach). Czy zauważyłam efekty? Tak! Odkąd używam tego oleju do mycia twarzy, nie pojawił mi się ani jeden nowy pryszcz czy zaskórnik. Stare wypryski powolutku i ładnie się goją, skóra nie jest przesuszona. Zaobserwowałam lekkie rozświetlenie twarzy, moje nadpobudliwe naczynka są wyciszone. Efekt promienności cery nie jest aż tak mocny i widoczny jak w przypadku oleju arganowego, jednak jest zauważalny. Jednak główną rolą tego oleju jest antybakteryjność i pod tym kątem jest bardzo skuteczny. Jeśli chodzi o zapach, olej z pachnotki z całą pewnością wygrywa z olejem arganowym. Ten zapach jest wyczuwalny, jednak niedrażniący, obojętny dla nosa.
Olej z pachnotki można nabyć na: KLIK!

5. Spirulina


Skoro już mówimy o zapachu, to warto zwrócić uwagę na tego śmierdziela. Cuchnie niemiłosiernie- i wcale nie jest to zapach ryby, jak niektórzy sugerują. Pozwolę sobie bardzo dosadnie opisać ten smrodek: "zatęchnięte siano, zalane deszczówką i zwierzęcą uryną". Mimo wszystko twardo wzięłam się za rozrabianie mikstury. Żeby zneutralizować zapach, zmieszałam spirulinę z hydrolatem różanym. Mieszankę nałożyłam na twarz i pozostawiłam do wyschnięcia. Dzięki intensywnemu zapachowi hydrolatu, smród spiruliny był trochę stłumiony, niestety, nadal wyczuwalny. Mimo, że nałożyłam tę algę bardzo cienką warstwą, efekty jakie zaobserwowałam to mniejsze zaczerwienienia, szybsze gojenie się ranek po pryszczach, wyrównany koloryt cery. Na większe efekty muszę niestety poczekać- nasza skóra potrzebuje około miesiąca, żeby efekty były widoczne. Dzieje się tak, ponieważ naskórek jest zbudowany z kilku warstw i zanim komórka przejdzie od warstwy rozrodczej do miejsca złuszczenia, mija 28 dni. Dlatego pamiętajmy, że stosując preparaty rewitalizujące, np. stymulujące syntezę kolagenu, efektów możemy oczekiwać dopiero po miesiącu.
Spirulina jest skuteczna ze względu na bogactwo zawartych w niej substancji czynnych: aminokwasów, protein, witamin, mikro- i makroelementów, enzymów i innych. Dokładny opis oraz możliwość zakupu znajdziecie tutaj: KLIK!

6. Hydrolat geraniowy


Jeszcze nie zdążyłam się do niego dobrać, ponieważ postanowiłam najpierw wykończyć hydrolat różany, który posiadam. Na zakup tego hydrolatu zdecydowałam się, ponieważ jest idealny dla cery tłustej i naczyniowej- wykazuje działanie antyseptyczne oraz wzmacniające naczynka. Myślę, że w połączeniu z glinką czerwoną będzie tworzył świetną maseczkę, która zaradzi mojej tłustej a jednocześnie wrażliwej i naczyniowej cerze.
Hydrolat geraniowy można nabyć tutaj: KLIK!

Jeśli nie wiecie, jaki macie rodzaj cery, zapraszam do postu, w którym opisałam poszczególne typy i podtypy cer: KLIK! Właściwe określenie typu i ew. podtypu/ów naszej cery jest kluczem do odpowiedniej pielęgnacji, która pomoże nam uporać się z nieprzyjemnymi dolegliwościami.

A czy Wy stosujecie któreś z tych półproduktów? Może polecacie jakieś inne? Chętnie dowiem się, jak Wy wykonujecie maseczki lub jakie są składniki Waszych mieszanek do OCM.

Pozdrawiam!

PS Tosia dawno nie pomagała mi w testowaniu. Tym razem przypomniała sobie o swoich obowiązkach jako naczelnej bloga i przeniuchała wszystkie półprodukty:

 Smrodek oleju arganowego wyraźnie ją zaintrygował.

Za to zapach oleju z pachnotki nie przypadł Tosi do gustu (jednak nie od dziś wiadomo, że Tosia woli smrodki, niż ładne zapaszki).

 "Dlaczego położyłaś to na moim kocyku?"

Podczas testowania kwasu hialuronowego.
Pozdrawiamy! =)
Copyright © 2018 kosmetologia-naturalnie.pl