[439.] Naturalny Olaplex oraz zabieg rewitalizujący ust, czyli kolejny post z serii "Naturalne SPA"

[439.] Naturalny Olaplex oraz zabieg rewitalizujący ust, czyli kolejny post z serii "Naturalne SPA"

Przepraszam bardzo za mały poślizg z kolejnym wpisem z serii "Naturalne SPA"- wszystko przez moją kotkę, która uciekła przedwczoraj z samego rana i spędziłam pół dnia na jej szukaniu. Całe szczęście Tosia znalazła się cała i zdrowa!

Za to dzisiejszy zabieg z pewnością spodoba się osobom chcącym zawalczyć o piękne włosy: kilka miesięcy temu pisałam Wam o zabiegu farbowania włosów przy pomocy chemicznej farby oraz henny, do którego wykonania użyłam także zabiegu Ultraplex marki Joanna. Oczywiście skład INCI Ultraplexu jak i wszystkich kosmetyków "-plex" pozostawia wiele do życzenia. Postanowiłam znaleźć naturalny zamiennik, bo w końcu każda chemiczna substancja ma swój odpowiednik w naturze (jak kwas salicylowy w korze brzozy i kwas acetylosalicylowy z aspiryny ;)).


Zanim jednak przejdziemy do "Naturalnego Olaplexu", chciałabym opisać Wam zabieg rewitalizujący ust, który wykonała Izabela z bloga "Zakręcone Kółko". Zabieg nietypowy, ponieważ z użyciem... własnoręcznie zrobionej maseczki w płachcie!

http://zakrecone-kolko.blogspot.com/2017/05/naturalne-spa-10-maseczka-w-pacie-do-ust.html

 1. Złuszczenie martwego naskórka przy pomocy odżywczej pomadki z peelingiem Sylveco,
2. Maseczka w płachcie DIY z użyciem miodu, jogurtu i oleju kokosowego (klik w powyższy banner przekieruje Was do przepisu),
3. Nawilżenie ust przy pomocy pomadki Soft Lips od Make Me BIO.

***

Moja przygoda z "-plexami" nie była zbyt ciekawa: poddałam się zabiegowi zdejmowania czerwonej farby z włosów na rzecz wykonania ombre w rudościach wraz z wykorzystaniem oryginalnego Olaplexu, gdy tylko zaczęło być o nim głośno (było to ok. 2 lata temu). Zabieg nie przyniósł oczekiwanych rezultatów: włosy nie stały się gładkie ani lśniące, wręcz po tak inwazyjnym zabiegu były w gorszym stanie niż "przed"- a walczyłam wtedy z niesamowitym sianem na włosach i nie umiałam poradzić sobie niczym... Ani kosmetykami drogeryjnymi ani fryzjerskimi napakowanymi w silikony ani naturalnymi... Aż w końcu trafiłam na zestaw, który znacznie poprawił stan mojej fryzury- to już osobna historia.

O ile na oryginalny Olaplex ani jego zamienniki w podobnym przedziale cenowym kompletnie mnie nie kusiły, o tyle postanowiłam wypróbować Ultraplex od Joanny- było to podczas kolejnej "większej" zmiany fryzury, gdy postanowiłam zrezygnować z ombre i całkowicie zmienić kolor włosów na rudy. Od tego czasu farbowałam już włosy niejednokrotnie i mogę wystawić opinię: Ultraplex ochronił włosy przed zniszczeniem w niewielkim stopniu ale za to nadał im lekko zielonkawy odcień a także sprawił, że farba gorzej chwyciła. Dlatego też nie zamierzam ponawiać prób używania tego kosmetyku =)

Za to zaczęłam interesować się, co takiego jest w tych "-plexach"? Co odpowiada za odbudowę mostków dwusiarczkowych?


Analizując poszczególne substancje ze składu INCI Ultraplexu, jedynie cysteina mogła być odpowiedzialna za tę funkcję! Cysteina to aminokwas posiadające w swojej strukturze grupę -SH ("tiolową"). To właśnie pomiędzy tymi miejscami cząsteczki aminokwasów łączą się ze sobą oraz z włosami, dzięki czemu zostają one wzmocnione.

Chyba każda włosomaniaczka słyszała o płukance z cysteiną! Jednak cysteina to aminokwas, który podnosi pH preparatów w których się znajduje, dlatego obawiałam się, że taka płukanka może spuszyć fryzurę. Sama płukanka ma dość krótki kontakt z włosami, dlatego postanowiłam dodać cysteinę do odżywki do włosów. 

Odżywkę (Biolaven) wraz z dodatkiem cysteiny trzymałam na całej długości włosów przez ok. 20 minut uprzednio myjąc szamponem odżywczym Vianek. Po spłukaniu odżywki z cysteiną wykonałam płukankę z octu jabłkowego, by domknąć łuski włosa (po zasadowym pH cysteiny jest to krok konieczny, żeby fryzura wyglądała przyzwoicie!). 



Efekty? Są spektakularne, jednak wymagają odrobiny cierpliwości =)

Tuż po wykonaniu zabiegu są wyraźnie sztywniejsze, czuć pod palcami zmianę, jednak nie wyglądają zbyt dobrze: odrobinę się puszą a pojedyncze włoski odstają dookoła głowy. Jednak już po paru godzinach obserwowałam zmianę: włosy stawały się bardziej lejące i sprężyste- myślę, że duży wpływ na to ma fakt, że łuska włosa cały czas pracuje (niemały wpływ mają na nią warunki atmosferyczne!) i dochodzi do ich stopniowego domykania. Jednak już po drugim umyciu włosów (już bez dodatku cysteiny) zauważyłam pełny efekt: włosy są mocniejsze, bardziej sypkie, błyszczące i sprężyste.

Zabieg z użyciem cysteiny wykonuję tylko 1x miesiącu: efekt utrzymuje się bardzo długo, wręcz po stanie włosów mogłabym podejrzewać, że cysteina wzmacnia je na stałe, przy zachowaniu dbałości o kondycję włosa i unikaniu preparatów, które mogłyby na nowo je osłabić. Stosuję cysteinę tak rzadko także z powodu jej zasadowego pH: rozchyla ono łuski włosa przez co nie tylko wizualnie pogarsza ich stan ale przede wszystkim, gdy łuski są otwarte, włosy są bardziej narażone na mechaniczne urazy i osłabienie. Dlatego też po cysteinie zachęcam do wykonania kwaśnej płukanki (jeśli nie macie octu jabłkowego, może to być cytryna czy kwas askorbinowy). Polecam potrzymać chwilę włosy w tej płukance a nie tylko spłukać je z jej pomocą, by w ten sposób domknąć łuski włosa.


Wiele osób narzeka na zapach cysteiny- jest bardzo charakterystyczny ale mi miło się kojarzy: tak pachniało w salonie fryzjerskim, do którego chodziła moja mama, gdy byłam mała =). Salon ten, mimo, że nie wyróżniał się niczym szczególnym, w oczach małej Agnieszki był miejscem niesamowitych przemian kobiet z sąsiedztwa! 

Po tym zapachu mogę śmiało stwierdzić, że cysteina w salonie była wykorzystywana- nie da się go pomylić z niczym innym. Dopiero teraz zrozumiałam, czym są te "maski zakwaszające" polecane w dawnych podręcznikach fryzjerskich: to maski o niskim pH, które miały domknąć łuski włosa po zastosowaniu cysteiny! Człowiek uczy się całe życie =)


A w jakiej ilości dodawać cysteinę do maski/odżywki? Producent (moja cysteina pochodzi ze sklepu zrobsobiekrem.pl) zaleca stosowanie nie wyższe niż 4%, chociaż moje włosy preferują ilość nie wyższą niż 2% (wyższe stężenia mocno puszą moje włosy, po 2% efekt jest znośny. Na szczęście jak pisałam wcześniej- puch nie utrzymuje się na stałe =)). 

Mimo tak niewielkiej ilości, cysteina ewidentnie działa: raz nałożyłam za dużo odżywki z cysteiną na skórę głowy co poskutkowało podrażnieniem i zaczerwienieniem (winą było prawdopodobnie zbyt wysokie pH: w produktach nakładanych na skórę ilość cysteiny nie powinna być większa niż 1%.) Warto mieć na uwadze, że cysteina to aminokwas a więc bardzo mała cząsteczka: to jedynie cegiełka, z której budowane jest białko. A są to struktury, których nawet nie da się zobaczyć pod mikroskopem! Także 2% czystej cysteiny to miliony małych cegiełek, które wzmocnią nasze włosy- i to widać gołym okiem! =)


Co sądzicie o obydwu zabiegach? Zainteresował Was któryś? A może próbowałyście wykonywać podobne?

Dajcie znać, jakie są Wasze doświadczenia!
Pozdrawiam =)

[438.] Serum Resibo oraz Biolaven- podobieństwa i różnice

[438.] Serum Resibo oraz Biolaven- podobieństwa i różnice

Serum Resibo i Biolaven- dwa kosmetyki bardzo do siebie podobne, przynajmniej patrząc w skład INCI. Może nas wprowadzić to w błędne przekonanie, że oba kosmetyki działają tak samo a różnią się ceną. Dlatego dziś chciałabym pokazać Wam oba kosmetyki i- poza oczywistymi podobieństwami- zwrócić uwagę na różnice w obu kosmetykach.

Porównanie obu serum udowodniło mi samej, jak bardzo mogą różnić się preparaty dwóch różnych marek, chociaż mają zbliżony skład INCI: bardzo dużo zależy od stężeń oraz proporcji zastosowanych składników!


Serum naturalnie wygładzające Resibo oraz serum przeciwzmarszczkowe Biolaven- podobieństwa


I. Oba są kosmetykami o oleistej konsystencji. Każde z tych serum to 100% olejów, dlatego możemy stosować je na dwa sposoby:
- jako kosmetyk samodzielny,
- nakładając na nie krem, by zemulgować resztki tłustej warstwy na skórze i ułatwić jej wchłonięcie.

II. Każdy z tych produktów jest ukierunkowane na działanie przeciwstarzeniowe oraz wygładzenie już powstałych zmarszczek.

III. Każdy z tych produktów zawiera:
- olej z pestek winogron: bogaty w resweratrol skutecznie opóźnia procesy starzenia się skóry ale także nawilża ją oraz uszczelnia naczynia krwionośne,
- substancje pozyskiwane z lawendy: przy czym w serum Biolaven jest to olejek lawendowy a w serum Resibo: białko stoechiol. Obie substancje znajdują zastosowanie w eliminacji zmarszczek mimicznych, ponieważ rozluźniają skórę i mięśnie. Więcej o tych substancjach w opisie INCI kosmetyków,
- witaminę E: która także opóźnia procesy starzenia się skóry i jednocześnie działa konserwująco dla produktu,
- skwalan: wzmacnia barierę hydrolipidową skóry wykazując pośrednio działanie nawilżające a także zapewnia skórze aksamitną gładkość.


Różnice: serum naturalnie wygładzające, Resibo


INCI (na zielono zaznaczone substancje aktywne):

Prunus Amygdalus Dulcis Oil- olej ze słodkich migdałów: olej o lekkiej konsystencji, dobrze wchłania się przez skórę i mocno ją uelastycznia. Jest dobrze tolerowanym olejem przez naszą skórę, dlatego znajduje zastosowanie w pielęgnacji skór atopowych, wrażliwych a także niemowlęcych,
Vitis Vinifera Seed Oil- olej z pestek winogron,
Sclerocarya Birrea Seed Oil- olej marula o właściwościach silnie przeciwstarzeniowych a także gojących wypryski,
Squalane- skwalan,
Mauritia Flexuosa Fruit Oil- olej buriti wykazuje działanie łagodzące i kojące. Dzięki zawartości witaminy C wzmacnia naczynka. Bogaty w beta-karoten (prowitaminę A) oraz witaminę E,
Borago Officinalis Seed Oil- olej z ogórecznika jest nazywany "naturalnym sterydem" ponieważ działa silnie przeciwzapalnie. Jest pomocny w gojeniu zmian trądzikowych i drobnych ran.
Caprylic/Capric Triglyceride- triglicerydy, działają wzmacniająco na barierę hydrolipidową skóry przez co poprawiają jej nawilżenie a także wpływają pośrednio na regulację pracy gruczołów łojowych,
Ascorbyl Tetraisopalmitate- witamina C: działa silnie przeciwstarzeniowo, rozjaśnia przebarwienia a także uszczelnia naczynia krwionośne,
Tocopherol- witamina E,
Lavandula Stoechas Extract- pozyskiwany z lawendy stoechiol, substancja o właściwościach rozluźniających mięśnie i skórę. Pod względem działania wywiera podobny efekt jak botox, dlatego serum to nadaje się także dla osób chcących zniwelować widoczność obecnych zmarszczek,
Pistacia Lentiscus Gum- żywica z drzewa pistacia lentiscus wykazuje silne właściwości antybakteryjne, dlatego jest pomocna przy problemach trądzikowych ale także poprawia jędrność skóry,
Parfum, Linalool, Geraniol- składniki kompozycji zapachowej.


To, co zaobserwowałam już od pierwszej aplikacji serum to konsystencja pozostawiająca skórę aksamitnie gładką. Systematycznie stosowane zapewnia uczucie tej gładkości na długo. Posiada przyjemny i niespotykany zapach, który nie jest ani słodki, ani kwiatowy. Nie jest wyczuwalny charakterystyczny zapach lawendy.

Zaletą tego serum jest większa ilość substancji aktywnych niż w przypadku Biolaven. Jednak to serum jest cięższe i dłużej się wchłania, co zapewne nie będzie podobać się cerom ze skłonnościom do komedogenności.


Serum przeciwzmarszczkowe Biolaven
 

INCI (na zielono zaznaczone substancje aktywne):

Glycine Soja Oil- olej sojowy dzięki wysokiej zawartości flawonoidów wykazuje właściwości opóźniające procesy starzenia się skóry zwłaszcza u kobiet w wieku dojrzałym, gdzie substancje te będą stymulowały skórę podobnie jak estrogen,
Vitis Vinifera Seed Oil- olej z pestek winogron,
Argania Spinosa Kernel Oil- olej arganowy: wykazuje takie same właściwości jak olej marula, jednak jest bardziej przystępny cenowo. Wolniej wchłania się w skórę niż olej marula.
Squalane- skwalan,
Tocopheryl Acetate- witamina E,
Lavandula Angustifolia Oil- olejek lawendowy, w którym naturalnie występuje stoechiol o właściwościach rozluźniających skórę i mięśnie. Olejek wykazuje także właściwości gojące zmiany trądzikowe,
Linalool, Limonene, Geraniol, Citronellol- składniki kompozycji zapachowej.


Serum Biolaven znacznie łatwiej się wchłania a jeśli zastosujemy na nie krem, bez trudu po zemulgowaniu wchłonie się w skórę. Mimo, że serum to jest przeznaczone dla cer dojrzałych, widocznie niweluje zmiany trądzikowe a także bardzo dobrze pomaga goić drobne skaleczenia i zadrapania.

Posiada zapach charakterystyczny dla lawendy, także trzeba brać pod uwagę nasze preferencje zapachowe :)


Które serum wybrać?
Mimo pozornego podobieństwa obu produktów, nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że któreś jest "lepsze" a któreś "gorsze". Wiele zależy od naszego typu cery a także tego, jakie substancje wykazują na niej skuteczne działanie- wiadomo, że nie istnieje kosmetyk, który u każdego spisałby się tak samo dobrze.

Serum Biolaven mogłabym polecić osobom, które wciąż borykają się z problemami trądzikowymi czy łojotokiem. Mimo, że w obu preparatach znajdziemy substancje zmniejszające wypryski, to Biolaven lepiej się wchłania a także zaobserwowałam po nim lepsze właściwości gojące zmiany trądzikowe.


Natomiast serum Resibo mogę polecić dla cer suchych (nawet tych ekstremalnie, jak atopowa), poszarzałych, z przebarwieniami czy łuszczących się. Bardzo mocno odżywia skórę i nadaje jej niesamowitą gładkość- nie tylko po zastosowaniu, ale także przez kilka następnych dni skóra jest bardziej miękka i przyjemna w dotyku.

Oba produkty mogą być stosowane przez osoby z cerą naczynkową: przy czym silniejsze właściwości wykazuje serum Resibo, ponieważ oprócz oleju z pestek winogron, zawiera także witaminę C.


Każde z tych serum polecam stosować 1-2x w tygodniu: częstsze stosowanie może przyczynić się do podrażnienia cery i wzmożenia jej zaczerwienień ze względu na wysoką zawartość substancji aktywnych. Jeśli nie wiecie jeszcze, jak poprawnie stosować serum, zapraszam do osobnego wpisu.

Każdy z powyższych kosmetyków jest dedykowany dla skór dojrzałych, by zmniejszyć widoczność zmarszczek a także im przeciwdziałać. Składy obu kosmetyków są bezpieczne i mogą być stosowane także u osób poniżej 25 r. ż., które chcą zapobiegać starzeniu się skóry. Stoechiol mimo, że wykazuje działanie podobne do botoksu, jest bezpieczną substancją i nie spowoduje porażenia mięśni twarzy =). Przypominam także, że błędnym jest myślenie, że im wcześniej sięgamy po kosmetyki "anti-ageing", tym szybciej skóra się starzeje. Więcej o tym micie jak i o zmarszczkach pisałam w osobnym artykule.

Jestem ciekawa, czy stosowałyście któreś z tych kosmetyków i jak spisały się one u Was? A może zainteresowałam Was któryś z tych serum?

Pozdrawiam serdecznie!

[437.] Mój tygodniowy plan pielęgnacji cery- krok po kroku!

[437.] Mój tygodniowy plan pielęgnacji cery- krok po kroku!

Dzisiejszy post będzie troszkę nietypowy: pokażę Wam, w jaki sposób pielęgnuję skórę na co dzień i jaki jest mój tygodniowy plan pielęgnacyjny. Być może zmotywuje to niektórych do systematyczności lub pomoże uzupełnić luki czy wyeliminować błędy popełniane podczas pielęgnacji.


Ogólny plan tygodniowy mogłabym przedstawić w formie piramidy:
Zaczniemy od podstawy piramidy (=podstaw pielęgnacji)- bez nich ani rusz! To właśnie dzięki codziennej, systematycznej pielęgnacji jesteśmy w stanie wypracować 80% efektów. Pozostałe 20% to przysłowiowa "kropka nad i"- subtelne różnice, dzięki którym sprawiamy, że skóra jest w maksymalnie dobrej kondycji!

Codziennie oczyszczam dogłębnie twarz: dogłębnie a więc poprzez masowanie twarzy. Masaż powoduje rozgrzanie skóry, dzięki któremu otwierają się pory a kosmetyk myjący ma szansę "wyciągnąć" to, co w nich zalega. Oczyszczanie dogłębne wykonuję zarówno rano jak i wieczorem, przy czym wieczorem uprzednio wykonuję demakijaż.


Po każdym kontakcie z wodą wodociągową sięgam po hydrolat: w codziennej pielęgnacji ma to miejsce po oczyszczeniu dogłębnym, ale jak zobaczycie później: zdarza mi się używać hydrolatu częściej. Hydrolaty posiadają lekko kwaśne pH dzięki czemu lekko obniżą pH skóry, jeśli pH wody wodociągowej było dla niej zbyt wysokie. Jeśli pH wody wodociągowej będzie zbliżone fizjologicznemu, hydrolat nie obniży nadmiernie pH skóry, jakby to mogło się stać w przypadku sięgnięcia po gotowy tonik (przypominam, że nigdy nie mamy pewności, jakie pH toniku ustalił dany producent, niektórzy ustalają bardzo niskie pH, które miałoby wyrównać pH skóry po kontakcie z mydłem w kostce). 


Pielęgnacja skóry opiera się na dwóch filarach: oczyszczaniu i nawilżaniu. Dlatego nie zapominam o nałożeniu kremu (na dzień) i oleju (na noc). Od kosmetyku na dzień oczekuję nie tylko nawilżenia ale także współgrania z makijażem (dlatego nie stosuję na dzień olejów) a także ochrony przed czynnikami zewnętrznymi- podczas aktualnej, słonecznej pogody sięgam po krem z filtrem UV (aktualnie La Cafe de Beaute (in. Kafe Krasoty) SPF 50) a zimą sięgam po kremy o gęstszych, bogatszych konsystencjach, by chronić skórę przed mrozem.

Moja cera uwielbia oleje i bardzo dobrze na nie oddziałuje. Gdyby oleje wchłaniały się w moją skórę, z pewnością stosowałabym je także pod makijaż ;). Myślę, że wynika to z faktu, że olej to 100% substancji czynnych a więc więcej, niż krem: krem to w końcu mieszanka wody i oleju, a w większości kremów faza tłuszczowa nie przekracza 50%, by krem mógł dobrze się wchłaniać. Podczas produkcji kremu zostają one podgrzewane, by ułatwić związanie fazy tłuszczowej z wodną a oleje, które wykorzystuję w pielęgnacji, są zimnotłoczone przez co zachowują nawet najbardziej wrażliwe na temperaturę związki jak np. witaminy. Nie zraża mnie fakt, że oleje nie wchłaniają się w moją skórę- czego skóra potrzebuje z oleju, tyle wchłonie ;). Fakt niewchłaniania olejów świadczy o dobrze wykształconej barierze hydrolipidowej- skóra nie potrzebuje czerpać substancji tłuszczowych z zewnątrz.

 
2x w tygodniu sięgam po serum: mam do nich słabość, bo to prawdziwe skarby! Posiadają wyższe stężenia substancji aktywnych, przez co pomagają osiągnąć jeszcze lepsze rezultaty w pielęgnacji. Jednak stosowane zbyt często (np. codziennie) mogą doprowadzić do pogorszenia stanu cery: podrażnienia, nadreaktywności, zwiększenia łojotoku i nasilenia wyprysków- dzieje się tak, ponieważ zbyt mocno stymulowana skóra zaczyna się bronić. Dlatego nie warto przesadzać z serum, bo przyniesie to skutek odwrotny od zamierzonego.


Serum nakładam na noc- pozwalam, by substancje aktywne przez całą noc mogły oddziaływać na skórę. Z tego też względu bardziej preferuję wzbogacanie pielęgnacji serum niż maseczkami: po prostu serum jest pozostawione dłużej na skórze, przez co ma szansę lepiej zadziałać. Pamiętajcie, że zarówno serum jak i maseczki mają służyć ubogaceniu pielęgnacji- jeśli skupiasz się na co dzień na pielęgnacji redukującej wypryski i łojotok, to właśnie te kosmetyki mają dostarczyć skórze nawilżenia i odżywienia. Jeśli na co dzień wybierasz pielęgnację mocno nawilżającą i odżywiającą: sięgnij po serum lub maseczkę oczyszczające, by usprawnić wnikanie substancji odżywczych wgłąb skóry! Pielęgnacja jest jak dieta: jeśli będzie monotonna i ukierunkowana tylko na jeden cel oraz jeśli nie będziemy dostarczać skórze zróżnicowanych substancji aktywnych- zapewne będzie ona szwankować.


1x w tygodniu wykonuję peeling- jest to ilość wystarczająca, zwłaszcza, że tzw. "Czas Przejścia" komórki ludzkiej (a więc od jej wytworzenia aż do momentu złuszczenia) wynosi 28 dni. Wykonywanie peelingu 1x w tygodniu umożliwia skuteczne złuszczenie martwych komórek naskórka bez obaw o podrażnienie żywych warstw.

Kompendium Wiedzy o Złuszczaniu Naskórka:

Z taką samą częstotliwością wykonuję maseczki: służą one głównie wzbogaceniu pielęgnacji i dostarczeniu skórze odmiennych substancji aktywnych.

Okazjonalnie a więc 1-2x w miesiącu i niesystematycznie, aplikuję na skórę inne serum czy maseczkę niż dotychczas. Czasem skóra sama daje mi znać, że potrzebuje całkiem odmiennej pielęgnacji i właśnie w takim momencie stawiam na odmianę. Często taką odskocznią są dni przed menstruacją, gdy cera kaprysi, jest bardziej reaktywna i domaga się kosmetyków wyciszających grę naczynkową, mocniej nawilżających. Nieodłącznym elementem wahań hormonalnych są wypryski, dlatego pozwalam sobie na wykonanie maseczki z glinki, zastosowanie kosmetyku z kwasem czy półproduktów (zwłaszcza dobrze w tym przypadku spisuje się żel aloesowy).


Szczegółowy plan tygodniowy przedstawia się następująco:


Poranna pielęgnacja jest niezmienna: myję twarz za pomocą białej glinki a następnie tonizuję skórę po kontakcie z wodą wodociągową przy pomocą hydrolatu- aktualnie używam hydrolatu z melisy Bioline i jestem z niego bardzo zadowolona! 

Jako krem na dzień aktualnie używam kremu "Featherlight" od Make Me BIO- ciekawiła mnie jego konsystencja, ponieważ producent opisuje ją jako lekką a spotkałam się z wieloma opiniami, iż jest wręcz przeciwnie. Wg mnie w każdej z tych opinii jest trochę prawdy: "Featherlight" ma zdecydowanie lżejszą i bardziej lejącą się konsystencję niż wersja "Garden Roses" czy "Orange Energy". Jednak w porównaniu do innych marek, ma bardziej treściwą, mocniej nawilżającą konsystencję- osobiście bardzo mi odpowiada, nie zapycha porów a dobrze pomaga goić ewentualne wypryski. Cera nie błyszczy się po aplikacji ale jest wyraźnie nawilżona. Krem ten z pewnością zostanie jednym z ulubieńców w okresie letnim!


Jeśli zamierzam spędzać czas na zewnątrz, stosuję krem z filtrem SPF 50- wybieram La Cafe de Beaute (Kafe Krasoty) ponieważ oprócz filtrów ma także dużo substancji aktywnych: używając go, nie muszę nakładać pod krem serum, by zadbać o odżywienie cery (chociaż w zeszłym roku łączyłam ten krem z serum Babuszki Agafii i byłam zadowolona z efektu, jakie dało połączenie obu kosmetyków). Słoneczny czas to jedyny, kiedy pozwalam sobie na zamienne stosowanie kremu: tj. stosuję krem z filtrem gdy wiem, że skóra będzie miała kontakt z promieniowaniem UV, w inne dni wybieram "zwykły" krem na dzień. W pozostałe dni w roku stosuję kosmetyki bardzo systematycznie: dopiero po zużyciu całego opakowania kosmetyku sięgam po nowy, innej marki czy o innych substancjach aktywnych. Systematyczna pielęgnacja pozwala skórze przyzwyczaić się do nowego produktu a następnie zacząć na niego odpowiednio reagować. 

Pielęgnacja wieczorem jest bardziej urozmaicona- wynika to z faktu, że w nocy skóra się regeneruje a więc najlepiej oddziałuje na aplikowane na nią związki. Jednak również w pielęgnacji wieczornej można zaobserwować pewną monotonię i konsekwencję: powtarzającymi się elementami jest demakijaż, oczyszczanie tą samą metodą co rano (biała glinka), tonizacja, krem pod oczy i olejowanie.

Oczyszczanie cery zawsze jest dwuetapowe: pierwszy krok to demakijaż, dzięki któremu usuwam kosmetyki kolorowe a także zanieczyszczenia z powierzchni skóry. Etap ten najchętniej wykonuję przy pomocy dowolnego oleju- czasem jest to gotowa mieszanka np. Vianek, a najczęściej olej, który akurat mam pod ręką (nawet te spożywcze jak oliwa czy słonecznikowy). Chociaż demakijaż przy pomocy olejów jest mniej wygodny niż np. płynem micelarnym, ponieważ po zmyciu pozostaje na twarzy tłusty film a jeśli olej dostanie się do oka, chwilowo utrudnia widzenie, to doceniam możliwość wykonania krótkiego masażu, dzięki czemu skóra jest stymulowana do syntezy kolagenu. Oszczędzam także skórze kontaktu z substancjami myjącymi- nawet tak delikatnymi jak te z płynów micelarnych, ponieważ moja skóra za nimi nie przepada (stąd zamiłowanie do białej glinki i hydrolatów ;)).

Czasem jednak pozwalam sobie na odskocznię i szybki demakijaż- w tym celu sięgam po płyny micelarne. Dobry micel charakteryzuje się tym, że bez agresywnego pocierania skóry jest w stanie rozpuścić kosmetyki kolorowe, jednocześnie nie podrażniając przy tym oczu. Aktualnym odkryciem jest woda micelarna od Bio IQ- bez trudu zmywa makijaż, łącznie z eyelinerem i tuszem do rzęs. Nie szczypie w oczy, nie powoduje uczucia ściągnięcia a do demakijażu wystarczy tylko 1 płatek kosmetyczny. Dla mnie bomba!


Kolejnym krokiem jest oczyszczanie dogłębne porów: w tym celu rozrabiam glinkę z wodą (przed każdym użyciem) a następnie masuję nią skórę pomijając okolicę oczu. Podczas masażu wytwarzane jest ciepło, dzięki któremu otwierają się pory i to sprawia, że glinka ma możliwość "wyciągnięcia" tego, co głęboko w nich zalega. Masaż glinką nie trwa dłużej niż gdybym używała żel, emulsję, piankę czy mleczko. Nie pozostawiam glinki na twarzy lecz od razu zmywam a także tonizuję hydrolatem z melisy. Zachęcam do stosowania tej samej metody mycia twarzy rano jak i wieczorem, ponieważ oczyszczanie twarzy ma bardzo duży wpływ na jej kondycję i stan bariery hydrolipidowej. Taka sama metoda mycia skóry wpływa na regulację pracy gruczołów łojowych i poprawne oddziaływanie na oczyszczanie.

Krem pod oczy stosuję tylko na noc- na dzień na tę okolicę nakładam ten sam krem, który stosowałam na całą twarz. Odmienny kosmetyk na okolicę oczu wynika z faktu, że skóra w tej okolicy jest cieńsza i ma płycej ukorzenione gruczoły łojowe. To sprawia, że łatwiej doprowadzić do ich zaczopowania: o ile zaczopowanie ("zapchanie") porów na twarzy skutkuje tylko pojawieniem się wyprysku, o tyle na okolicy oka pojawia się prosak, który niestety nie znika samoistnie- by się go pozbyć niezbędna jest pomoc dermatologa. Dlatego ważnym jest, żeby na okolice oczu stosować kosmetyki, które dobrze wchłaniają się w tę okolicę i nie powodują pozostawienia tłustej powłoki: kremy, które stosuję na dzień spełniają te wymagania, dlatego pozwalam sobie na ich stosowanie wokół oczu. Natomiast jak wcześniej wspomniałam: oleje, które aplikuję na noc w ogóle nie wchłaniają się w moją skórę, dlatego nie nakładam ich na okolice oka. I dlatego akurat na noc sięgam po krem pod oczy ;). Obecnie używam nawilżającego kremu pod oczy Vianek.

Krem pod oczy- czy są potrzebne?


Oleje stosuję co wieczór- moim ulubionym jest z czarnuszki i dodaję go do większości mieszanek! Czasem sięgam po pojedyncze oleje, by móc ocenić reakcję skóry na dany rodzaj, ale dużo lepsze efekty obserwuję po mieszankach olejów- dzięki różnej zawartości substancji czynnych a także innej konsystencji, uzupełniają one swoje działanie. Aktualnie stosuję mieszankę oleju z kiełków pszenicy (bogaty w witaminę E- działanie opóźniające procesy starzenia się skóry), oleju z pestek winogron (także opóźniający procesy starzenia się skóry a także wzmacniający naczynia krwionośne) oraz czarnuszki (regenerujące, przeciwtrądzikowe) w stosunku 2:2:1.

Kompendium wiedzy o stosowaniu olejów na twarz

Największe urozmaicenie w całym tygodniu kumuluje się w czwartek: nie planowałam specjalnie tego dnia, jako idealnego środku tygodnia, na wykonywanie peelingu- ten dzień sam wszedł mi w nawyk. Myślę, że wynikało to głównie z faktu, że w weekendy często wyjeżdżałam i nie chciałam zaprzątać sobie głowy peelingiem, więc wykonywałam go wcześniej. I tak ta rutyna trwa do dziś i sprawiła, że reszta pielęgnacji jest uporządkowana właśnie pod czwartkowy peeling ;).

Aktualnie używam kremu peelingującego Marilou BIO i jest to kosmetyk, który nie zawiera w sobie substancji myjących, dlatego najpierw wykonuję "pełne", dwuetapowe oczyszczanie skóry, następnie ją tonizuję i przechodzę do peelingu. Jeśli sięgam po peeling, który ma w składzie substancje myjące, wtedy wykonuję sam demakijaż a peeling umożliwia zarówno oczyszczanie dogłębne jak i złuszczenie naskórka. Oczywiście po każdym kontakcie z wodą sięgam po hydrolat, dlatego w powyższej rozpisce figuruje on aż dwa razy!

Wykorzystując to, że po peelingu skóra lepiej wchłania substancje aktywne, grzechem byłoby nie zastosować serum! W zależności od tego, jakie serum używam, odpowiednio wykonuję kolejne czynności pielęgnacyjne:
- jeśli sięgam po serum o oleistej konsystencji, pozostawiam je samodzielnie na noc lub aplikuję na nie krem (dzięki temu dochodzi do emulgacji tłustej powłoki i całość lepiej wchłania się w skórę)- w tym celu używam tego samego kremu co na dzień: "Featherlight" od Make Me BIO.
- jeśli stosuję serum humektantowe lub w formie lekkiej emulsji, aplikuję oleje.

Serum stosuję także w poniedziałki: po dogłębnym oczyszczeniu skóry aplikuję serum i w zależności od jego konsystencji dobieram kolejny kosmetyk. Serum zawsze aplikuję także na okolice oczu.

Wtorki, środy, piątki i niedziele to dni, w których pielęgnacja jest zawsze taka sama: w te dni skóra dostaje kosmetyki, które doskonale zna i na które dobrze oddziałuje.

Sobota to dzień, w którym sięgam po maseczkę- dzięki wolnemu dniu mam czas, by potrzymać ją na twarzy 15-20 minut, by skóra mogła nasycić się dobroczynnymi składnikami. Jako iż na co dzień stosuję glinkę do mycia twarzy, nie stosuję już maseczek z glinki- taka ilość i częstotliwość ich stosowania mogłaby doprowadzić do wysuszenia cery, dlatego wybieram maseczki nawilżające, odżywcze, przeciwstarzeniowe czy uszczelniające naczynka.


Tak przedstawia się mój tygodniowy plan pielęgnacji cery: oczywiście czasem zdarzają się małe odstępstwa- wynikające np. z wyjazdu, nigdy z lenistwa!- jednak mimo drobnych przesunięć, plan pielęgnacji zawsze wraca do powyższego schematu.

Jestem bardzo ciekawa, czy Wy też prowadzicie tak systematyczną pielęgnację?

Pozdrawiam serdecznie!

[436.] Gratka dla skór suchych i wrażliwych: mleczko oczyszczające i krem peelingujący marki Marilou BIO

[436.] Gratka dla skór suchych i wrażliwych: mleczko oczyszczające i krem peelingujący marki Marilou BIO

Do dzisiejszego wpisu zapraszam zwłaszcza osoby o skórach suchych, wrażliwych, naczynkowych, wymagających nawilżenia i delikatnego traktowania. Będąc na targach "Eko Cuda" w kwietniu, miałam przyjemność zapoznać się bliżej z nową na polskim rynku marką francuskich kosmetyków naturalnych- Marilou BIO. 

Marka ta zainteresowała mnie przede wszystkim wzorowymi składami INCI, ale miłą niespodzianką jest szeroki zakres cen kosmetyków tej firmy: znajdziemy wśród nich te przystępne dla kieszeni jak i ciut droższe. Na pierwsze spotkanie z tą marką wybrałam bardziej ekonomiczną wersję chociaż w przypadku tych kosmetyków mogłabym przytoczyć przysłowie, iż "apetyt wzrasta w miarę jedzenia"- z przyjemnością zapoznam się bliżej z pozostałą ofertą!


Mleczko oczyszczające do twarzy


Zaintrygował mnie skład tego mleczka, jest nietypowy- zerknijcie w INCI, jestem ciekawa, czy zgadniecie, co przykuło moją uwagę: 

Aqua, Glycerin, Butyrospermum Parkii, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Glyceryl Stearate Citrate, Helianthus Annuus Seed Oil, Cetearyl Alcohol, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopherol, Xanthan Gum, Parfum, Sodium Hydroxide, Dehydroacetic Acid, Sodium Benzoate, D-Limonene, Citronellol, Linalool 

Na zielono zaznaczone substancje aktywne: oleje: jojoba i słonecznikowy, witamina E, masło shea oraz aloes i gliceryna.

To, co przykuło moją uwagę w pierwszej kolejności to brak "typowych" substancji myjących, związków powierzchniowo-czynnych. Z jednej strony uznałam to za ciekawy wybór dla osób, których skóry źle znoszą substancje myjące, u których często powraca uczucie "ściągnięcia skóry". Ale co w takim razie odpowiada za właściwości myjące mleczka? Oleje? Emulgatory? Czy będzie w stanie skutecznie zmyć makijaż? Czy przy pomocy tego mleczka będzie można oczyścić także skórę dogłębnie?

Kosmetyk ten bardzo mnie zaintrygował i nie mogłam przepuścić okazji, by nie poznać go bliżej! 

Za właściwości myjące tego mleczka odpowiadają głównie emulgatory- Glyceryl Stearate Citrate i Cetearyl Alcohol. Przy poruszaniu ich tematu chciałabym wspomnieć o pojawiających się informacjach, że emulgatory wymywają lipidy z warstwy hydrolipidowej naskórka, co może prowadzić do nadmiernego wysychania skóry. Niestety, żadna substancja zawarta w kosmetyku nie jest "inteligentna" i jeśli któraś ma właściwości "wiązania" brudu (substancji tłuszczowych), to również będzie miała możliwość "wiązania" lipidów z powłoki ochronnej naskórka (ponieważ to też są substancje tłuszczowe). Na szczęście nie można porównać emulgatorów do substancji myjących- mimo posiadania możliwości wiązania lipidów naskórka, nie jest to tak skuteczny efekt, jak w przypadku tych drugich. W przeciwnym wypadku po stosowaniu kosmetyków obserwowalibyśmy odwodnienie i wysuszenie cery: emulgatory są w każdym kosmetyku o konsystencji kremu: kremach do twarzy, balsamach, mleczkach, emulsjach. To właśnie dzięki nim jesteśmy w stanie połączyć fazę wodną i olejową kosmetyku i wytworzenie odpowiedniej konsystencji, która będzie trwała i nie będzie się rozwarstwiać. 


Emulgatory zastosowane w tym mleczku są dopuszczone do stosowania w kosmetykach naturalnych i mogę określić je jako bezpieczne. A po czym poznać, że w kosmetyku są zawarte substancje, które naruszają barierę hydrolipidową skóry? Po obecności uczucia "ściągnięcia" po zastosowaniu kosmetyku myjącego! Dlatego powtarzam, że kosmetyk myjący nie może pozostawiać na skórze takiego efektu- oznacza to, że jest zbyt mocny dla naszej skóry i przy długotrwałym stosowaniu może przynieść więcej szkody niż pożytku.

Mleczko bez trudu zmywa makijaż- nawet wodoodporny- a przy tym nie szczypie w oczy. Postanowiłam iść o krok dalej i oczyszczać tym mleczkiem skórę dwuetapowo: moja cera całkiem dobrze toleruje kosmetyki pozostawiające film na skórze, byłam ciekawa, czy mleczko spowoduje u mnie wysyp niedoskonałości, czy jednak moja skóra wymaga aż tak delikatnego oczyszczania?

Stosując to mleczko samodzielnie, ale dwa razy pod rząd (o tym, jak powinno się używać mleczek) kosmetyk także dobrze się spisywał: delikatnie oczyszczał, nie pozostawiając tłustej powłoki. Niestety, przy długotrwałym stosowaniu zaczęły pojawiać się pojedyncze wypryski- po prostu moja skóra wymaga odrobinę mocniejszego oczyszczania. Natomiast mleczko to mogę polecić osobom o skórach bardzo suchych, wymagających delikatnego oczyszczania, u których często pojawia się uczucie "ściągnięcia" czy suchości skóry. Mleczko to z pewnością nie naruszy bariery hydrolipidowej skóry i nie spowoduje jej wysuszenia. Natomiast jako produkt do demakijażu, spisuje się wzorowo: dokładnie zmywa makijaż i przygotowuje skórę na dalsze czynności pielęgnacyjne.


Krem peelingujący

Początkowo spodziewałam się, że będzie to peeling enzymatyczny- zasugerowałam się nazwą "exfoliant", która od razu kojarzy mi się z kwasami. Ku miłemu zaskoczeniu, produkt ten jest peelingiem drobnoziarnistym, ale o małym zagęszczeniu drobinek.

Kosmetyk ten jest jeszcze delikatniejszy niż peelingi ziarniste Sylveco czy moje ulubione scruby Babuszki Agafii- jeśli szukacie kosmetyku dla cer wrażliwych, suchych czy naczynkowych, ale enzymatyczne nie dają zadowalających rezultatów, to jest to opcja warta rozważenia. Mimo swojej delikatności, skutecznie złuszcza martwe komórki naskórka.

Skład:
Aqua, Lippia Citriodora Water, Sesamum Indicum Seed Oil, Butyrospermum Parkii, Glycerin, Glyceryl Stearate Citrate, Dicaprylyl Carbonate, Cetearyl Alcohol, Tocopherol, Silica, Xanthan Gum, Sodium Hydroxide, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Ci 77289 

Na zielono zaznaczyłam substancje aktywne (werbena, gliceryna, olej sezamowy i masło shea) a na fioletowo - ziemię okrzemkową.

Ponieważ peeling ten nie zawiera substancji myjących, stosujemy go po uprzednim umyciu skóry. Więcej o peelingach a także o tym, które miejsce w szeregu pielęgnacji one zajmują w I części Kompendium Wiedzy o Złuszczaniu Naskórka.

Zarówno w powyższym peelingu jak i wcześniej opisywanym mleczku, troszkę zaniepokoiła mnie obecność wodorotlenku sodu (Sodium Hydroxide)- na szczęście jest on dodany w znikomej ilości, by uregulować pH obu kosmetyków. W obu produktach jest obecny emulgator silnie zakwaszający (Glyceryl Stearate Citrate) i żeby wyrównać pH produktu, dodano regulator w formie wodorotlenku sodu. Finalnie pH obu produktów waha się w granicach 4,5 (mierzone pehametrem)- uważam więc  produkty za bezpieczne =).


Po pierwszej przygodzie z kosmetykami Marilou BIO jestem bardzo na "tak" i z przyjemnością zapoznam się z innymi produktami tej marki. Mam też nadzieję, że będą coraz łatwiej dostępne ;).

A czy Wy znacie te kosmetyki albo markę? Jakie jest Wasze zdanie?

Pozdrawiam serdecznie!

Copyright © 2018 kosmetologia-naturalnie.pl