[47.] "Scyzoryk czy Rzeźnik"- czyli mój rok z Ewą Chodakowską ;)

[47.] "Scyzoryk czy Rzeźnik"- czyli mój rok z Ewą Chodakowską ;)

Cześć! =)

Dziś dokładnie mija rok odkąd zaczęłam ćwiczyć z Ewą Chodakowską. Kim Ona jest nie muszę chyba nikomu tłumaczyć. Jeśli jednak znajdzie się jakiś rodzynek, który nie słyszał nigdy o Ewie Ch., odsyłam go na Jej fanpage`a: >>LINK<< . Jakie są moje spostrzeżenia? Co mną kierowało? Czy sumiennie wykonywałam ćwiczenia? Czy trzymałam się zdrowej diety? Zapraszam do lektury! (Będzie dużo prywaty, mam nadzieję, że nie zniechęci Was to do przeczytania.)


Zawsze byłam osobą aktywną fizycznie. Jako dzieciak zawsze chodziłam z poobijanymi kolanami i łokciami, bo przecież nie było lepszych zabaw niż wspinanie się na korony niskich drzew, skakanie po skałach nad rzeką czy tarzanie się w trawie. Wychowałam się na wsi, więc jak tylko robiła się ładna pogoda, biegaliśmy ze znajomymi po polu aż do wieczora! Co roku rodzice zabierali mnie w góry i nad morze, także również dbali o to, żebym nie nabawiła się wad postawy. Jednak u mnie w rodzinie nikt nie bierze na poważnie czegoś takiego jak uzależnienie od słodyczy. Także od małego przyzwyczaiłam swój organizm do czekoladowych przekąsek, jednak nigdy nie miałam nadwagi, zęby miałam zdrowe, także nie było powodów do niepokoju.

Jako nastolatka zaczęłam jeździć konno, nauczyłam się pływać więc razem z tatą min. raz w tygodniu chodziłam na basen. Wraz z ekipą znajomych spotykaliśmy się na rolkach i jeździliśmy wszędzie, gdzie tylko był asfalt. I nagle, nie wiadomo skąd, okazało się, że mam poważną skoliozę kręgosłupa... Przez 3 lata zmagałam się z chorobą- ćwiczyłam codziennie pod okiem ortopedy, częściej chodziłam na pływalnię, zapisałam się na gimnastykę korekcyjną w szkole. Jednak wada nadal postępowała. Wylądowałam w sanatorium, później nosiłam gorset... I nic, ciągle nic, wada nadal się pogłębiała. Rodzice wozili mnie od lekarza do lekarza, każdy polecał inny zestaw ćwiczeń, jedni polecali gorset, inni odradzali... W końcu, całkiem przypadkiem, trafiłam na cudownego lekarza, który mi pomógł, jednak musiałam poddać się operacji kręgosłupa. Miałam wtedy 16 lat, od września miałam zacząć naukę w liceum.

Ogólnie od czasu operacji czuję się rewelacyjnie, zniknęły wszystkie dysfunkcje i bóle związane z wadą kręgosłupa. Jednak przyznaję z ręką na sercu, że w liceum przeszłam właściwie na całkowicie siedzący tryb życia. Miałam zwolnienie z wf przez całe 3 lata, nauka do matury pochłaniała cały mój czas. Od czasu do czasu wybrałam się na pływalnię. Jednak nadal wchłaniałam spore ilości ciasteczek i czekoladek, dzień bez opakowania słodyczy lub tabliczki czekolady był dniem straconym, organizm dopominał się cukru (jednak morfologię mam w normie). Moje ciało zmieniło się, stało się mniej jędrne, pojawił się cellulit. A moim największym mankamentem był brzuch- pojawiła się oponka na wysokości pępka, której nienawidziłam z całego serca. Jednak nie miałam motywacji by ćwiczyć lub odstawić słodycze. Matura była priorytetem!

Dostałam się na wymarzone studia, jednak okres życia studenckiego rządzi się swoimi prawami ;) Zaczęłam jeść nieregularne posiłki, w mojej diecie częściej zaczął występować alkohol, często pozwalałam sobie na fast foody, które uwielbiam a w rodzinnej miejscowości nie miałam- tak więc pizza i Mc`Donald często widniały w moim menu. Nie umiem gotować, przyznaję się z ręką na sercu, także szczytem moich umiejętności kulinarnych było zrobienie ryżu z jogurtem i codziennie jadłam taki obiad. Jak łatwo się domyślić, zaczęłam tyć. Moje BMI pokazywało górną granicę normy, także byłam ciut od nadwagi. To mi się jeszcze nigdy nie przytrafiło... Postanowiłam wziąć się za siebie. Zaczęłam biegać. Najpierw pół godziny dziennie, później godzinę... Początkowo zauważałam różnicę- moja skóra napięła się i ujędrniła, jednak nic ponadto. Zapewne ta stagnacja była spowodowana tym, że po przyjściu z biegania byłam zmęczona i zjadałam posiłek. Nadal nie odmawiałam sobie fast foodów czy alkoholu, bo "przecież skoro ćwiczę, to mogę sobie pozwolić na mały grzeszek". Niestety, nic bardziej mylnego...

Byłam sfrustrowana- podczas gdy ja codziennie chodziłam biegać, moja współlokatorka spała. Ja nadal byłam pulpetem, a ona miała idealnie płaski brzuch (dobre geny ;)). Do biegania dołączyłam basen, by przyspieszyć spalanie tłuszczyku. Nic mi to nie dało, bolały mnie stawy i mięśnie nóg a waga i centymetry w obwodach nadal ani drgnęły w dół. Próbowałam odstawić słodycze, jednak po trzech dniach słodyczowej abstynencji współlokatorzy prosili mnie, żebym sobie zjadła coś słodkiego, bo nie byłam sobą- nadąsana, bez energii, izolowałam się. Tak, przyznaję, jestem uzależniona od słodyczy i to jest niepodważalny fakt.

W końcu usłyszałam o ćwiczeniach z Ewą od jednej z modelek, podczas sesji zdjęciowej. Modelka miała pięknie zarysowane mięśnie brzucha, zawsze o takich marzyłam, zapytałam więc, czy ćwiczy coś? Spodziewałam się odpowiedzi: "Nie, tak już mam, takie geny." a zamiast tego usłyszałam nazwisko "Chodakowska". I tak zaczęłam swoją przygodę :)


Najpierw był Skalpel. Po półtora miesiąca podniosłam tępo do Killera. Często opowiadałam współlokatorce (tej od idealnie płaskiego brzucha) o tych ćwiczeniach, na czym one polegają, czym różnią się te zestawy treningowe. Współlokator czasem przysłuchiwał się i kiedyś zapytał mnie: "To co dziś ćwiczysz? Scyzoryk czy Rzeźnika?" (analogicznie: Skalpel czy Killer?) ;)

I tak ćwiczyłam sobie i jedyne co widziałam, to rozrost masy mięśniowej. Tyłam, ale to już przede wszystkim były mięśnie. Jednak jeśli w końcu zaobserwowałam spadek na wadze lub w obwodzie, szybko nadrabiałam. Jednak widziałam mięśnie na brzuchu, gdy go napinałam, to dawało mi motywację. Jednak nagle w moim planie zajęć pojawiły się ciężkie przedmioty jak farmakologia i biochemia, miałam coraz mniej czasu, w końcu odpuściłam codzienne treningi, ale nie odstawiłam Ewy całkowicie. W weekendy nadrabiałam, zawsze poćwiczyłam.

W końcu w maju nastąpił pewien przełom, poznałam pewnego modela, który z wykształcenia jest kucharzem. Próbował nauczyć mnie gotować, jednak nawet jemu się nie udało, zaczął więc przyjeżdżać i gotować mi obiadki i... tak już zostało do teraz ;) 

W momencie gdy poznaliśmy się z TŻ, ja ważyłam 57 kg przy wzroście 160 cm a on 60 kg przy 190 cm... TŻ mówił do mnie pieszczotliwie "kreplu" co w gwarze śląskiej znaczy: "pączku". Po zakończeniu roku akademickiego powróciłam do regularnych treningów z Ewą (przede wszystkim Skalpel i Skalpel II) a do tego - w końcu!- na moim talerzu zaczęły się pojawiać dietetyczne i zbilansowane posiłki. Po paru miesiącach oboje zauważyliśmy zmianę- ja ważę 52 kg, w końcu zrzuciłam tę znienawidzoną oponkę i cieszę się płaskim brzuszkiem :) A TŻ też zmienił wagę, ale w drugą stronę- przytył 10 kg (zapewne to zasługa tego, że z zamiłowaniem wpycham w niego słodycze- im więcej on zje, tym mniej dla mnie ;) Kiepsko gotuję, ale za to pieczenie idzie mi całkiem nieźle!). 

TŻ stwierdził, że tak nie może być, że jego dziewczyna ma bardziej widoczny kaloryfer od niego, więc sam zaczął ćwiczyć ;) Zaczęliśmy też razem chodzić na basen. Przyznaję, że przestałam mieć parcie na codzienny trening, daję organizmowi czas na odpoczynek. Walka o piękne ciało nie trwa miesiąc czy dwa, efekty są widoczne znacznie później ale za to utrzymują się długo! Warto uzbroić się w cierpliwość- i mówię to jako osoba, która jest kompletnie niecierpliwa! Warto było czekać, warto było przeżyć ten rok z Ewą Chodakowską! I nie odpuszczę, zamierzam wytrwać kolejny rok! Co mi w tym pomoże? A mam taki mały, cichy plan zrobić sobie sama prezent pod choinkę i kupić sobie nowy kalendarz Ewy na cały rok ćwiczeń: >>LINK<<


A moje sposoby na motywację? 
Przede wszystkim spotykamy się w czwórkę- ja, współlokatorka "dobre geny" i dwie koleżanki ze studiów. Zamykamy się w pokoju, odpalamy ćwiczenia, sapiemy przez 45 minut ale potem jesteśmy dumne i szczęśliwe ;) Prowadzimy tabelkę, w której zapisujemy swoje wymiary i uaktualniamy ją co miesiąc. Ponadto na osobnej planszy zapisujemy co ćwiczyłyśmy.
Kolejną moją motywacją są zdjęcia fit modelek na internecie- mogłabym godzinami przeglądać je umięśnione brzuchy, ale od patrzenia jeszcze nikomu "muły" nie urosły ;)

Jak zmieniło się moje ciało przez ten rok? 
- zdecydowanie zredukowałam cellulit,
- schudłam,
- lekko wyrzeźbiłam mięśnie,
- "zgubiłam" oponkę, w końcu mam wymarzony "kaloryfer",
- czuję się dobrze w swoim ciele, mam zdecydowanie mniej kompleksów.
Dodatkowo każdy trening dostarcza endorfin, jestem szczęśliwa i usatysfakcjonowana, ze znów pokonałam własną słabość, lenistwo i poćwiczyłam. A na słodycze mam taki sposób: zrobiłam sobie skarbonę a na niej cennik. Za małe ciastko- 2 zł, duże- 5 zł, tabliczka czekolady- 10 zł. Efekt jest taki, że albo rzeczywiście nie jem słodkiego, albo przynajmniej mam jakieś zaskórniaki ;)

Próbowałam ćwiczyć z innymi trenerkami, jednak Ewa i jej treningi najbardziej mi odpowiadają. Próbowałam Zuzki Light, Mel B i Julian Michaels. Jedyne co ćwiczę poza Ewą to ABS od Mel B, dodatkowo chodzę pieszo na zajęcia a pracując jako hostessa robię sobie 5-cio godzinne spacery z ulotkami ;)

I to byłoby na tyle. A Wy ćwiczycie z Ewą? Jak długo? Widzicie już efekty?


Przy okazji pisania notki pochwalę się bransoletką, jaką ostatnio zrobiłam:

 Ostatnio jest trend w biżuterii na jelenie łby, wcześniej były sowy. O ile sowy średnio przypadły mi do gustu, tak jelenie bardzo mi się podobają :)

 A może to wcale nie jest jeleń, tylko renifer od Świętego Mikołaja? ;)

 Moja toaletka :D Jak widać, Tender Care od Oriflame zajmuje zaszczytną najwyższą półkę- to kosmetyk, po który najczęściej sięgam. Jego recenzja: >>LINK<<

Skorzystałam z okazji, że jestem w domu i wyciągnęłam aparat, zamiast męczyć Was fotkami z mojego dziadowskiego aparatu w telefonie ;)



I na koniec jeszcze motywacja! Myślę nad wykupieniem karnetu na siłownię. Pozdrawiam!


[45.] Efekty sesji zdjęciowej w stylu "Marii Antoniny"!

[45.] Efekty sesji zdjęciowej w stylu "Marii Antoniny"!

Bonjour!

Dziś przedstawię Wam efekty wyjątkowej sesji. Jest ona dla mnie ważna nie tylko z tego względu, że już od dawna chciałam zrealizować sesję w takim stylu, ale przede wszystkim jej realizacja stała się możliwa właśnie dzięki byciu blogerem :)

Jakiś czas temu natknęłam się na bloga Gabrielle: http://lareinederetro.blogspot.com/ . Blog zrobił na mnie ogromne wrażenie, autorka ma bardzo dużą wiedzę z zakresu historii mody i życia codziennego kobiet z różnych epok. Nie spodziewałam się, że ktoś może prowadzić takiego bloga, jakoś tak słowo "blog" kojarzy mi się z typowo współczesną tematyką. Zaczęłam obserwować w/w bloga i z zapartym tchem czytać kolejne notki.

Pasją Gabrielle jest również kolekcjonowanie sukien epokowych i różnych akcesoriów nawiązujących stylem do minionych lat. Po postach prezentujących suknie widziałam, że Gabrielle chętnie pozuje i wpadł mi do głowy genialny pomysł- "a może by tak zaprosić ją na sesję?"...

Okazało się, że Gabrielle mieszka tylko kilka miast dalej! Z chęcią zgodziła się na wzięcie udziału w sesji. Zaczęłam od kompletowania ekipy- nie obyło się bez małych utrudnień, najpierw problemy z wybraniem odpowiedniego fotografa, następnie rezygnacja fryzjerki... Jednak finalnie umówiłam się z nieznanymi mi fotografką i fryzjerką, których portfolia spodobały mi się.

Sesja była dogadywana z dużym wyprzedzeniem czasowym, żeby każdy miał czas przygotować się do niej. W końcu nadeszła oczekiwana niedziela! Najpierw wyszłam naprzeciw fryzjerce, później razem poszłyśmy po Gabrielle. Fotografka miała zjawić się za ponad godzinę, ale fryzjerka od razu wzięła się za upinanie długich włosów Gabrielle. Fryzura wymagała dużych umiejętności, ale fryzjerka podołała- doświadczenie w pracy i talent robią swoje :)

Tak więc fryzura jest w trakcie robienia, powoli zbliża się godzina, w której powinna zjawić się fotografka. Jednak nie mogę się z nią skontaktować, ciągle nie dostałam od niej potwierdzenia, że zjawi się na sesji. Wiedziałam już, że nie obędzie się bez komplikacji... Chwyciłam za telefon i zaczęłam obdzwaniać znajomych fotografów z nadzieją, że któryś z nich będzie osiągalny...

Czystym fartem udało mi się uratować sesję! Zadzwoniłam do fotografki, której pozowałam jakieś 2 lata temu. Od tamtego czasu próbowałyśmy dogadać się na sesję, ale jakoś nigdy się nie udawało... Tym razem szczęście się uśmiechnęło- Dana miała mieć sesję w mojej okolicy, ale umówiona modelka ją odwołała, także Dana miała wolny poranek! Przyjechała na mieszkanie akurat, gdy ja byłam w trakcie robienia makijażu. Ekipa w komplecie, więc co? Zaczynamy!!!


Gdy Gabrielle weszła do mojego pokoju i rozejrzała się, miałam wrażenie, jakby prawdziwa Maria Antonina oceniała wystrój obecnych mieszkań i nie mogła się nadziwić: "Jakie to wszystko małe, ciasne i dziwne...".

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że makijaż nie jest żadną rewelacją. Ale ekipa wie, że zrobienie makijażu zajęło mi prawie tyle samo czasu, co robienie fryzury... Najwięcej czasu poświęciłam mieszaniu podkładów- białego i jasnobeżowego- by w odpowiednich proporcjach dały efekt porcelanowej a nie trupio-bladej cery. Tak przygotowany podkład nakładałam nie tylko na twarz, ale również na dekolt, szyję, plecy i przedramiona Gabrielle! Brwi lekko zaakcentowałam różowym cieniem, mocno zaznaczyłam policzki różem, obowiązkowo na policzku narysowałam serduszko (pierwotnie miał być to pieprzyk). Usta w kolorze soczystego różu, sztuczne rzęsy i brokat na powiekach były zwieńczeniem cukierkowego make-up`u inspirowanego osobą Marii Antoniny.

Wprawdzie Maria Antonina wolała mopsy, jednak my wykorzystałyśmy moją Tośkę ;) Tak więc widzimy dwie urocze Antoniny ubrane w pudrowy róż! Tosia była bardzo zaaferowana piórami, przy każdej możliwej sposobności próbowała je podbierać a nawet skakała do fryzury Gabrielle! Cud, że udało się jej zawiązać na szyi różową wstążkę! A na w/w zdjęciu widać, jakie ma szaleństwo w oczach na widok pióra =P

A po harcach czas na odpoczynek! Dana (fotografka) zdziwiła się, że pierwszy raz widzi kota współpracującego przy zdjęciach! Cóż, sama też pierwszy raz byłam świadkiem, żeby Tosia nie próbowała uciekać sprzed obiektywu... Chyba po prostu spasował jej ten klimat rokokowego luksusu ;)

 Ach te ciasteczka... Przygotowywałam je dzień wcześniej specjalnie na potrzeby sesji! Jednak nie zachęcałam do ich kosztowania, ponieważ Tosia przez noc dobrała się do nich- mimo, iż wydawało mi się, że są dobrze schowane!!- i zlizała masę truskawkową z części z nich =D

 Napis "Sweet Dreams" mam naklejony nad łóżkiem. Nie spodziewałam się, że zostanie wykorzystany do sesji. A jednak! =D


Mam nadzieję, że jeszcze nie raz uda się nam powtórzyć sesję w tej ekipie!

Pozdrawiam serdecznie =*

MUA: Azime
Pozowała: >>LINK<<
Foto: >>LINK<<
Fryzura: >>LINK<<
Suknia projektu: >>LINK<<

PS  A niedługo dodam kolejny tutorial! Tym razem podpowiem, jak w łatwy i tani sposób wykonać usta ombre w dowolnych kolorach ;)

PS 2 Biorę udział w rozdaniu, dlatego umieszczam banner, żeby zwiększyć swoje szanse na wygraną ;)


[44.] Recenzja morelowego kremu matującego Soraya, So Pretty! "Matt"

[44.] Recenzja morelowego kremu matującego Soraya, So Pretty! "Matt"

Witam!

Dziś będzie recenzja kremu do twarzy- coś dla cer tłustych i mieszanych, Soraya, So Pretty! "Matt".



Opis producenta:
Redukuje świecenie się cery, idealnie wygładza. Zapomnisz o ciągłym świeceniu się i pudrowaniu twarzy, mając w kosmetyczce morelowy krem matujący, idealny do cery tłustej i mieszanej. Natychmiast po nałożeniu sprawi, że skóra stanie się jedwabiście gładka, matowa i przyjemna w dotyku. Zredukuje świecenie się cery w ciągu dnia i doskonale sprawdzi się pod make-upem.
 

Składniki aktywne:
- Morelowy nektar - owocowy suplement dla skóry, który dostarcza jej składników nawilżających i przyjemnie wygładza powierzchnię naskórka.
- Płynny jedwab - przyjemnie otula skórę, nawilża, pielęgnuje, zapewnia poczucie komfortu. Dzięki niemu naskórek staje się jedwabiście gładki.
- Pudrowe sfery - wyspecjalizowane cząsteczki, które pochłaniają nadmiar sebum z powierzchni skóry. Sprawiają, że cera jest matowa i nie świeci się.
Polecany do cery mieszanej i tłustej. Rekomendowany dla młodej cery.

Cena: 15zł / 50ml



Dodatkowo na tekturowym opakowaniu znajduje się kilka celnych wskazówek, o których każda z nas powinna pamiętać:

10 sekretów pięknej cery:
  • Oczyszczaj cerę przynajmniej dwa razy dziennie rano i wieczorem.
  • Nie zapominaj o toniku, który przywróci skórze optymalne pH.
  • Przynajmniej raz w tygodniu wykonaj peeling.
  • Nawet jeśli masz skórę tłustą codziennie używaj kremu odpowiedniego dla Twojej cery.
  • Unikaj nadmiernej ekspozycji na słońce. Pamiętaj o kremach ochronnych z filtrem.
  • Nawilżaj skórę cały rok.
  • Dobieraj kosmetyki odpowiednie do wieku i rodzaju skóry.
  • Odżywiaj się zdrowo oraz pij odpowiednią ilość wody.
  • Bądź aktywna fizycznie.
  • Uśmiechaj się!



Moja opinia:
Przyznaję, że aż do lipca tego roku nie używałam żadnego kremu na dzień... Wiem, okropny błąd, szczególnie jak na osobę studiującą kosmetologię. Jednak moja tłusta skóra nigdy nie potrzebowała (tak mi się wydawało) kremu na dzień. Oczyszczałam twarz, nakładałam podkład, robiłam makijaż. Nigdy nie towarzyszyło mi uczucie przesuszenia skóry, nigdy nie łuszczyła się. 

Dlaczego akurat w lipcu postanowiłam spojrzeć przychylnie na ten krem?

Miałam praktyki w renomowanym salonie SPA i odnowy biologicznej w Sosnowcu- "La Magnolia". Podczas, gdy z innymi praktykantkami wykonywałyśmy na sobie wzajemnie zabiegi, powiedziałam jednej, żeby na zakończenie nie nakładała mi kremu, ponieważ go nie potrzebuję. Szefowa, obserwując jak wykonujemy zabiegi, zwróciła mi uwagę, że "jak mogę, jako przyszły kosmetolog nie wiedzieć, jak istotne jest nawilżanie twarzy rano i wieczorem?" - cóż, ja tę wiedzę mam i wszystkim swoim klientkom polecam stosowanie kremów na dzień i na noc, jednak sama nie wykonywałam tych zaleceń... (Hipokrytka!!!) :P
Szefowa z "La Magnolii" kazała mi się przygotować szczegółowo z wiedzy na temat "Dlaczego osoby w wieku 20 lat powinny stosować krem nawilżający i jakie substancje aktywne powinien zawierać odpowiedni krem dla młodej skóry?". Zaleciła mi też, żebym kupiła sobie jakiś tani krem matujący, przetestowała go i zobaczyła, ile dobrego wniesie dla mojej skóry. Tłumaczyłam, że moja tłusta cera nie wchłania właściwie w ogóle kremów, błyszczę się po nich, makijaż mi spływa... Szefowa nie słuchała, kazała mi zastosować się do poleceń i basta! 

Co zostało mi do zrobienia lepszego? Po praktykach poszłam do Rossmana w poszukiwaniu matującego, lekkiego kremu. Uwagę przykuła Soraya- urocze, bardzo dziewczęce opakowanie. Z Soraya używam peelingu morelowego i nie odstępuję od niego już od trzech lat. Postanowiłam zaufać tej marce. 

Nie zawiodłam się! :)

Krem ma lekką konsystencję, nawilża skórę i nie pozostawia tłustej warstwy. Cera nie świeci się po nim, ma lekko matowe zakończenie. W dodatku buzia jest niezwykle przyjemna w dotyku, miękka, odżywiona i nawilżona! Zapach bardzo przypadł mi do gustu, czuć soczystą morelę :) Opakowanie ma kremu również jest urocze: pudrowo-różowe w serduszka! Uwielbiam takie typowo kobiece gadżety w pięknej oprawie, w końcu diabeł tkwi w szczegółach. Spraya "So Pretty! Matt" sprawdza się idealnie pod makijaż- szybko się wchłania, nie powoduje spływania makijażu. W dodatku przystępna cena i dostępność w drogeriach czynią z niego mój ulubiony krem matujący.

A jak moja cera po stosowaniu tego kremu przez dłuższy czas?  

Właśnie kończę drugi słoiczek kremu (a więc jeden słoiczek wystarcza mi na ok. 2 miesiące), stosuję go po każdym oczyszczaniu twarzy, jedynie na noc stosuję bardziej nawilżający i natłuszczający krem. Jednak po paru dniach stosowania kremu, zauważyłam coś, co mnie zaniepokoiło- moja skóra wymagała tego kremu, rano po umyciu twarzy czułam lekkie ściągnięcie skóry, które mijało po aplikacji "So Pretty! Matt"... Opowiedziałam o tym Szefowej z "La Magnolii", a Ona powiedziała, że widocznie skóra potrzebowała jakiegoś składnika, który został jej dostarczony z kremem i teraz moja cera tak "manifestuje" potrzebę tego kremu, tej substancji. I znów Szefowa się nie myliła- po paru tygodniach stosowania tego kremu zniknął mój problem mocno zarumienionych policzków! Moja skóra potrzebowała nawilżenia i objawiała to tym, że była podrażniona i zarumieniona, jednak nic mnie nie szczypało, stąd nie przyszło mi do głowy podrażnienie. Kremy do cery wrażliwej nie pomogły, do cery naczynkowej również, pomogła dopiero Soraya. Ludzki organizm, jego potrzeby i to, w jaki sposób się objawiają nigdy nie przestaną mnie zadziwiać :)

To tyle, jeśli chodzi o recenzję ;) Ah, nie jest ona sponsorowana przez firmę "Soraya",  to autentyczna i szczera recenzja. 
A Paniom z Sosnowca i okolic przypominam: >>MAKIJAŻ NA SYLWESTRA!!!<<

Pozdrawiam!!
=*


[43.] Azime jako inteligentna osoba (xD)

[43.] Azime jako inteligentna osoba (xD)

Witam!

Dziś zaprezentuję sesję, w której wystąpiłam jako "modelka". Fotograf robi projekt, który polega na fotografowaniu dziewczyn w czerwonej szmince na ustach, często mających na sobie jakieś gadżety. Foto napisał mi, że moje duże oczy będą dobrze wyglądać w okularach, które kupił specjalnie na sesję, także chce mnie sfotografować w nich. Ale ja postanowiłam zabrać także pewien gadżet ze swojej szafy...

W studiu okazało się, że do wyboru mam trzy kolory oprawek: czarny, czerwony i granatowy. Wybrałam najbardziej stonowany, czarny, w obawie przed krzykliwymi kolorami:


 (Zdjęcia b&w modelek + czerwone usta to połączenie, które Łukasz (fotograf) najchętniej widzi w swoim portfolio.)

Podsyłając mi powyższe zdjęcie, fotograf stwierdził "Wyglądasz mądrze!" - cóż, dziękuję za komplement ;)

Kolejne okulary, tym razem czerwone, zasugerował mi Łukasz. Obawiałam się ich, że będą zbyt rażące, lub niepasujące do mnie. Bardziej nie mogłam się mylić, okazało się, że czerwone oprawki lepiej komponowały się do mojej urody, niż czarne!:




(A na zdjęciu kot fotografa- Różyk :D Bardzo nie lubi zdjęć, boi się jasnego, migającego światła, biedaczek!)

Na koniec postanowiliśmy, że robimy kilka ujęć w gadżecie, który przyniosłam ze sobą, czyli czapkoszaliku, który dostałam od brata na zeszłoroczne Święta (mam cudownego brata, kto nie wie, co sprezentował mi na imieniny, koniecznie powinien nadrobić >>TU<<!!!):





Czapkoszalik wzięłam ze względu na akcent czerwieni w kratce na podszewce. Śmieszny dodatek do stroju, ale uwielbiam go, bardzo dobrze oddaje mój charakter- uwielbiająca koty, infantylna, prawie 22-latka... Ot, cała ja =D Ale czapkoszalik sprawuje się zarówno do noszenia na co dzień jak i do szaleństw na nartach! Uwielbiam go ;)

Na koniec zdjęcie, które absolutnie pokochałam- Łukasz dodał je na Instagrama i ja właśnie w takiej formie je sobie ściągnęłam:


 A dla wszystkich Pań z Sosnowca i okolic mam atrakcyjną ofertę na makijaż sylwestrowy! Więcej szczegółów w ogłoszeniu: >>TU<< !!

Pozdrawiam!
Foto: >>LINK<<

PS Zmieniłam kolor włosów, w końcu! (Kto nie czytał, na jakiego fryzjera z Katowic należy uważać, zapraszam >>TU<<). Długo nie potrafiłam podjąć decyzji, co powinnam zrobić z włosami, myśl kolejnego farbowania niezbyt mi się uśmiechała, nie chciałam niszczyć włosów jeszcze bardziej. Pojechałam do fryzjerki w Będzinie, do której uczęszczałam od dłuższego czasu. Gdy mnie zobaczyła, stwierdziła, że wyglądam "jakbym niedbale zapuszczała irokeza"- super... Umówiłam się z nią na "naprawę" tej fryzury, jednak dzień przed planowaną wizytą... zadzwoniłam do fryzjerki i powiedziałam, że nie przyjdę. Nie i już, nie mam ochoty przez jakiś czas dawać się w ręce żadnego fryzjera! Sama kupiłam farbę jaka mi odpowiadała, koleżanka zafarbowała mi włosy i... cud! Mam włosy w takim kolorze, jaki od początku chciałam mieć! I wyglądam o niebo lepiej w ciepłym kolorze włosów niż w chłodnym ciemnym brązie z fioletowym połyskiem, co dla mnie i tak było "prawie czarnym kolorem"... Nigdy więcej żadnych "okazji" na ścinanie włosów, nigdy!


[42.] Znany ale trudny do wykonania makijaż, który pasuje każdemu i do wszystkiego!

[42.] Znany ale trudny do wykonania makijaż, który pasuje każdemu i do wszystkiego!

Dobry wieczór!
Dziś zaprezentuję efekty sesji zdjęciowej z fotografem Leszkiem Porwitem oraz modelką Marysią Dziedzic. Z Marysią miałam już przyjemność współpracować, >>TUTAJ<< możecie zobaczyć efekty naszej współpracy, które zatytuowałam "Jaszczureczka", po raz pierwszy wykonywałam ombre na ustach (i to jeszcze w odcieniach kobaltowych i zielonych!!). Marysia ma cudne usta, po prostu wiedziałam, że muszę kiedyś wykonać na niej klasyczny makijaż z czerwoną szminką! Tak więc zaprosiłam ją na sesję.


Przyznaję, że kreski eyelinerem na powiece to moja słabość- z jednej strony je uwielbiam i wykonuję w każdym makijażu, z drugiej strony- ile kształtów oczu, tyle sposobów rysowania kresek! Nie unikam eyelinera, staram się wprawiać rękę w precyzyjne rysowanie a także umieć zauważać, przy jakim kształcie oka dobrać jaki kształt kreski. Ciężko stworzyć poradnik pt. "Jak narysować idealną kreskę", bo po prostu każdy sam musi sprawdzić, jaki kształt mu odpowiada. Najważniejsze to nie poddawać się!

Uwielbiam, gdy modelka nie boi się grać twarzą i umie pokazać emocje! Marysia jest jedną z niewielu modelek jakie znam, które nie należą do "modelek jednej twarzy". Cóż, w końcu była kiedyś modelką HOOK, a to mówi samo przez się :)

Na sesji była obecna również fryzjerka, link do jej PF, foto i modelki podam na koniec notki.


A niedługo ja także zaprezentuję Wam się w czerwieni na ustach, w połączeniu z uroczym czapko-szalikiem :D Jednak wcześniej napiszę jakąś recenzję, jeszcze nie mogę się zdecydować, o czym będzie... Używam i używałam tak wielu kosmetyków, że nie wiem, o którym wolałybyście przeczytać. Może stworzyć listę a Wy wybierzecie, jakie chcecie recenzje? 

Wiem za to, że lubicie tutoriale! Jednak fotografowi, który pomagał mi przy tutorialach, zepsuł się laptop i nie ma gdzie zgrać zdjęć z pełnej karty, także chwilowo wstrzymał robienie zdjęć. Ale obiecuję, że gdy tylko zmieni się u niego sytuacja, zrobię coś dla Was! 

A w niedzielę szykuje mi się niemała sesja z jedną z Was, blogerek, które odwiedzają mojego bloga ;) Dziewczyna z pasją, żyjąca tą pasją i ogólnie jakby wyjęta z innych czasów! O kim mowa? Zobaczycie, potrzymam Was w niepewności!

Pozdrawiam!!!

Fotograf: >>LINK<<
Modelka: >>LINK<<
Fryzjerka: >>LINK<<

[41.] Jak u mnie sprawdza się podkład Stay Matte od Rimmel`a.

[41.] Jak u mnie sprawdza się podkład Stay Matte od Rimmel`a.


"Stay Matte" Rimmel to podkład, który wzbudza skrajne emocje. Kobiety albo go kochają albo nienawidzą. Postanowiłam napisać o nim recenzję, ponieważ chętnie wypowiem się na temat tego kontrowersyjnego kosmetyku :)

Co producent pisze o kosmetyku?
"Podkład o nowej generacji zawierający naturalne składniki.
Bawełna - długotrwale i skutecznie kontroluje błyszczenie się skóry, eliminując nadmiar sebum.
Rumianek - koi wszelkie podrażnienia i redukuje zaczerwienienia.
Ogórek - delikatnie odświeża i pomaga zachować czystość porów.
Unikalny kompleks Natural Shine Control gwarantuje 12 - godzinny efekt matowego wykończenia i naturalny wygląd cery.
Idealny do cery wrażliwej i skłonnej do alergii - nie zawiera tłuszczu, substancji zapachowych, talku ani parabenów."

Skład:  
Aqua/Water/Eau, Dicaprylyl Ether, Propylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Butylene Glycol, Mica, Cetearyl Alcohol, Isostearic Acid, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Octyldodecyl Stearoyl Stearate, Polysorbate 60, Polymethyl Methacrylate, Cetyl Alcohol, Stearic Acid, Magnesium Aluminum Silicate, Acrylates/C12-22 Alkyl Methacrylate Copolymer, Phenoxyethanol, Triethanolamine, Galactoarabinan, Kaolin, Xanthan Gum, Salicylic Acid, Caprylyl Glycol, Pentylene Glycol, Zinc Oxide, Sodium Pca, Disodium Edta, Sorbic Acid, Gossypium Herbaceum (Cotton) Powder, Propylene Glycol, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Extract, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower/Leaf Extract, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, [May Contain/Peut Contenir/+/- : Titanium Dioxide (Ci 77891), Iron Oxides (Ci 77491, Ci 77492, Ci 77499)]

Cena: 23 zł/ 30 ml


Moja opinia:
Mam bardzo tłustą, skłonną do trądziku cerę, przy czym jest ona wrażliwa a na policzkach występują zaczerwienienia i popękane naczynka. Podkład nie podrażnia mojej cery (brak parabenów i subst. zapachowych), ale bardzo dobrze pokrywa zaczerwienienia. Szybko wtapia się w skórę, nie pozostawia smug. Duży plus za szeroką gamę kolorystyczną- mam jasną cerę i używam odcienia 100 "Ivory", którego zazwyczaj nie ma wśród podkładów o wąskiej gamie kolorystycznej. Używam go również na sesje zdjęciowe, gdy mam do pomalowania modelki o jasnej cerze i dobrze spisuje się w połączeniu z pudrem Max Factor (recenzja tego pudru)

Zawsze pod podkład nakładam krem matujący a na niego aplikuję puder (obecnie jest to Affinitone z Maybelline, lecz wolę Stay Matte z Rimmel`a !recenzja! ). W takim zestawieniu makijaż utrzymuje mi się cały dzień, nie poprawiam makijażu. Podkład sam nie daje idealnego matu, jest to bardzo delikatny efekt, jednak powiedzmy szczerze- nie istnieje idealnie matujący podkład, do matowienia służy puder! Jednak późną wiosną i latem nie nakładam pudru na twarz, wychodzę tylko z zaaplikowanym podkładem Stay Matte. Twarz wygląda wtedy normalnie, ma delikatny, naturalny połysk, jakbym nic nie nałożyła, a jednak dobrze ukrywa zaczerwienione policzki. Na pryszcze nakładam korektor, ale blizny po rozdrapanych, gojących się pryszczach ten podkład ładnie zakrywa (wiem, że nie wolno drapać pryszczy, staram się z tym walczyć, ale mam taki odruch, gdy myślę, że bezwiednie dłoń wędruje mi do twarzy i rozdrapuje syfki...).

Nie zdarzyło mi się, żeby podkład mi spłynął lub żeby się zrolował. Nie zaobserwowałam zapychania porów, czy wyskakiwania po nim większej ilości pryszczy. Cena jest przystępna, w promocji można dostać ten podkład za 19 zł a nawet 9.99 zł w Rossmanie. 

Co ciekawe, dużo osób niezadowolonych ze Stay Matte używało w szczególności odcieni 103 "True Ivory", 200 "Soft Beige" i 201 "Classic Beige". Możliwe, że odcień jaki wybieramy oraz koloryt naszej skóry ma wpływ na maskowanie wyprysków i zaczewienień przez ten produkt. Jednak to nie jedyny kosmetyk, który jednym pasuje, innym nie. Gdyby ktoś stworzył podkład idealny, obstawiam, że zostałby milionerem w przeciągu paru miesięcy!! =D


I to tyle byłoby na dzisiaj :) Nie wiem, kiedy znów pojawi się jakiś tutorial, ponieważ fotograf ma chwilowo brak dostępu do laptopa i nie może zgrać zdjęć z kart pamięci a nie ma już na nich miejsca. Jednak zamierzam pokazać Wam pewną sesję z moim udziałem, w strażackiej czerwieni na ustach ;)

Pozdrawiam!

A w głośnikach: >>LINK<<



Edit (17. 02. 14r.): Mimo zadowolenia z tego podkładu, znalazłam lepszy i... przepadłam, zakochałam się całkowicie! Recenzja: >>LINK<<
Copyright © 2017 kosmetologia-naturalnie.pl